Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
czwartek, 21 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010). Ebook.

Dokończyłam książkę, którą zaczęłam czytać niemal rok temu, przed Świętami Bożego Narodzenia, i która z jakichś powodów wtedy mi nie szła. A teraz dokończyłam ją z prawdziwą przyjemnością.

Nie czytałam nic wcześniej tej autorki, ale wiem, że teraz sięgnę po kolejne jej książki.

"Sezon na cuda" to opowieść, która zachwyci osoby, dla których tak jak dla mnie, specjalnym czasem w ciągu roku jest czas około Świąt Bożego Narodzenia. Dla osób, które lubią ten okres roku jest to lektura wręcz wymarzona. 
Nie będzie tu akcji zapierającej dech w piersiach. Nie będzie też ludzkiej podłości i niegodziwości. Będzie za to mnóstwo ciepła, dobra, serdeczności. Tego wszystkiego czym na co dzień tak mało się wzajemnie obdarzamy a jeśli już to według mnie wciąż za mało. Kto nie lubi tego typu historii, kto uważa, że za wiele w nich cukru, niech nie czyta bo domyślam się, że będzie marudził. Ja jestem zachwycona. 
W miejscowości w górach, w Malowniczym, prowadzi pensjonat Maja. Jest po rozwodzie, mieszka z nastoletnią córką. Ma to wielkie szczęście, że otoczona jest ludźmi serdecznymi i dobrymi. Ma po prostu przyjaciół i sama jest dla innych przyjaciółką i wsparciem. I oto rodzi się pomysł aby w Uroczysku, czyli w pensjonacie prowadzonym przez Maję, zorganizować wielką, zbiorową Wieczerzę Wigilijną. 
Czyż to nie wspaniały pomysł aby w ten specjalny czas podzielić się Opłatkiem i życzyć sobie tego, co najlepsze właśnie z większą niż dotąd ilością osób? Rusza wielkie wzajemne wymyślanie co przygotować na ten dzień, jak wzajemnie zorganizować pracę i przygotowania ale przede wszystkim jak zorganizować Wigilię tak aby tego wieczoru nikt nie czuł się samotny. I chociaż w pewnej chwili Mai przychodzi na myśl, że przecież jej pensjonat nie jest z gumy a i krzesła nie mają nadnaturalnej zdolności powielania się, koniec końców, wszystko udaje się zorganizować wspaniale i nadchodzi dobry, spokojny czas wspólnego radowania się i cieszenia oraz oczekiwania na Boże Narodzenie.

To ładna, dobra opowieść. To opowieść, która potrafi wzruszyć. Tak, jest to pewnie kolejna "bajka dla dorosłych" niemniej jednak nie chcę wierzyć, że nie ma już w życiu miejsca na dobro, wzajemne poszanowanie, miłość i serdeczność oraz wsparcie. 

Do tego w ten niezwykły świąteczny czas domykają się wszystkie zaległe, niedokończone dotąd sprawy i problemy. Samotni zyskują towarzystwo, miłość staje się faktem, wahający się do tej pory nabierają odwagi do zmiany własnego życia na lepsze. Pojawia się też pewna niezwykła Postać. W którą można lub nie , wierzyć ale w którą wierzą mieszkańcy Malowniczego. I która zapowiada lepszy czas.

"Sezon na cuda" wpisuję na osobistą listę książek około świątecznych i cieszę się,że jednak dałam jej drugą szansę. 

Moja ocena 6 / 6. 

środa, 20 września 2017

Cykl Teatr Węży.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2017).

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Autorki. 

No i stało się. Po bardzo długim czasie przeczytałam coś z gatunku fantasy. Ci, którzy mnie znają, raczej wiedzą, że nie sięgam po ten gatunek często. Ba, ale w życiu (zwłaszcza czytelniczym) warto jest stosować płodozmian i sięgać po coś nowego. 
Nie ukrywam, sama się zgłosiłam po egzemplarz do autorki (w odpowiedzi na Jej apel). I mimo, że z fantasy mi nie po drodze, intuicyjnie czułam, że tu się nie zawiodę. Nie wiem do końca co to sprawiło. Czy okładka, która przyciągnęła mój wzrok natychmiast i zaciekawiła postacią ciemnego mężczyzny w opończy i z przytroczonym do pasa mieczem. Czy był to sam opis książki? Wreszcie, polecenie M. Wegnera na okładce (na stylizowanej pieczęci, co znów na plus dla okładki wspaniale komponującej się z treścią książki).

Jaki jest efekt mojego doświadczenia z sięgnięciem po coś, czego na co dzień raczej nie czytuję? Bardzo, bardzo dobry i więcej niż zadowalający.

"Dwie karty" to pierwsza część Cyklu Teatr Węży. Jest to też wznowienie albowiem w 2011 roku już się ten cykl ukazał. Ja jednak jak napisałam, sięgnęłam po niego po raz pierwszy i nie powiem aby "Dwie karty" nie nastroiły mnie do tego abym w przyszłości nie zechciała sięgnąć po dalsze części. Bo nastroiły i chcę zdecydowanie sięgnąć po kontynuację.

Co mnie zachwyciło przede wszystkim w "Dwóch kartach"? Ano dwie rzeczy, istotne w moim pojęciu. Po pierwsze, wspaniale skonstruowany świat jaki na kartach książki skreśliła autorka. Świat wypełniony szczegółami, świat spójny i tak plastycznie odmalowany słowem, że wydający się możliwym do zaistnienia. Co jeszcze? Mówiąc o słowie, nie sposób nie zachwycić się (a wierzcie mi , zwracam na to bardzo uwagę podczas lektury) wspaniałą polszczyzną jaką posługuje się Autorka. Nie waham się stwierdzić, że popełniła Ona ten rodzaj prozy co książka, którą zachwycałam się dwa lata temu i która wtedy przypomniała mi za co kocham beletrystykę a mówię tu o "Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta" Davida Mitchella. 

Do Shan Vaola trafia tajemniczy mężczyzna. Nosi się na ciemno a twarz jego pokrywają blizny. Zachowuje się wstrzemięźliwie , żeby nie powiedzieć, tajemniczo. Być może ma ku temu jakiś powód. 
Miejsce, do którego trafia zamieszkuje wiele postaci. I ludzi i chowańców, i odmieńców. Życie toczy się na powierzchni miasta ale i pod nią. I to od życia w Podziemiach gdzie nie brak postaci rozmaitego autoramentu, żyjących i dusz pośmiertnie nawiedzających krainę,  rozpoczyna swoją wędrówkę ktoś, kto wpierw nie pamięta nic a później zaczyna z czasem coś niecoś sobie przypominać. Brune Keare to ktoś tajemniczy. Coś przeżył ale co dokładnie? Tego sam nie wie , strzępki wspomnień będą go nawiedzać z czasem. I na jaw wychodzić będą sprawy i możliwości , o jakich sam zapomniał bądź z których to nie zdawał sobie sprawy.

Jak już się wcześniej zachwycałam, Agnieszce Hałas udało się stworzyć wspaniale egzystujący na kartach książki świat wraz z zamieszkującymi go istotami. 

Postać samego Brune jest niejednoznaczna i to cieszy czytelnika (a przynajmniej mnie samą). Nie lubię postaci jednoznacznych, a o krystalicznie idealnych w ogóle nie zamierzam się wypowiadać bo te w książkach tego typu są zwyczajnie nudne. Brune więc nie jest dający się łatwo zdefiniować i nie tylko jego własna niemoc i niepamięć o tym decyduje. Również uczynki i działania pokazują, że co prawda z jednej strony wydaje się być dobry ale coś kiedyś zdarzyło się w jego życiu co sprawiło, że jest tym kim jest i trafił tu gdzie trafił. 

Poza tym , jak to interesujący bohater, ową niejednoznacznością swoich posunięć i zachowań intrygował. Nie tylko mnie oczywiście, co prowokowało do rozmaitych wydarzeń mniej bądź bardziej niebezpiecznych w ciągu akcji dziejącej się w Zmroczy skonstruowanej przez Autorkę na potrzeby świata książki. 

Oczywiście mamy tu elementy typowe dla fantasy czyli istniejące i walczące ze sobą światy dobra i zła ale czyż tak nie wygląda życie dookoła? Porzućmy na chwilę didaskalia współczesności i szybko orientujemy się, że nasze codzienne życie po trochu dzieje się na podobnych zasadach. Ktoś kogoś kocha, ktoś kogoś nienawidzi. Ktoś pożąda władzy a ktoś inny nie chce jej dać sobie odebrać. Ktoś sięgnie po każdy sposób aby coś zyskać (czary ) a ktoś inny będzie się bronił (amulety). Wreszcie, są ludzie cieszący się szacunkiem, ci, którzy bez względu na wszystko pomagają każdemu kto tej pomocy wymaga i ci, którzy na los innych są obojętni. Jest więc ta książka bardzo uniwersalna w swojej wymowie i ogromnie mi się ten uniwersalizm w niej podobał. 

Cóż mogę powiedzieć na koniec poza moim zachwytem, który wyraziłam wcześniej? Ano to, że z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg tego cyklu. I że gratuluję Autorce umiejętności, która wcale nie jest taka częsta a mianowicie wykreowania takiego świata literackiego , który ociera się wręcz o ten realny , w którym przebywam. 

Moja ocena to 6.5 / 6 .

poniedziałek, 18 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Mam wielki sentyment do książek ze szczęściem w tytule więc wiedziałam, że mam ochotę na przeczytanie tej książki. I , co od razu zaznaczam, "wybaczam" książce to, że jej zakończenie nie stanowiło dla mnie niespodzianki. Jak już kilka razy tu wspominałam, lubię sobie raz na jakiś czas przeczytać "bajkę dla dorosłych". Taką opowieść co do której nie muszę bać się, że zakończy się w sposób przygnębiający. 

Akcja książki dzieje się praktycznie na przestrzeni jednego miesiąca plus nieco później. Ale tak naprawdę cała historia zostaje opowiedziana w ciągu jednego miesiąca, jakim jest grudzień.

A jest to jak wiadomo, miesiąc przedświąteczny. I jest to też taki czas, w którym jest nadzieja na to, że zadziała słynna magia Świąt, o której tyle słyszymy w reklamach emitowanych w tym czasie. Nie jest to stricte świąteczna opowieść ale z pewnością ważna rzecz stanie się w czasie około świątecznym .

Zuzanna i Adam kiedyś byli parą. Ich związek, mimo że oboje byli młodzi, wydawał się bardzo poważny. Przynajmniej dla Zuzy. I tym bardziej zabolało ją i stało się niezrozumiałe to, że trzy lata temu Adam zniknął z jej życia dosłownie z chwili na chwilę. Zostawił ją bez słowa wyjaśnienia, dosłownie zapadł się pod ziemię. 

Jednak próby zapomnienia o miłości nie dają rezultatu. Zuza nawet próbuje stworzyć nowy związek z kimś, kogo zna od dawna, ale nie ma w tym żadnego uczucia, żadnej pasji, nie ma po prostu miłości. 

Na domiar złego, równie nagle jak trzy lata temu zniknął, tak nagle, z dnia na dzień do miasteczka powraca Adam. 
Jego historię po zniknięciu z życia Zuzanny znamy jako czytelnicy, jednak sama kobieta dowiaduje się stopniowo co stało za zniknięciem mężczyzny z jej życia. 

"Jutro będziemy szczęśliwi" jak już wspomniałam, nie była może dla mnie zaskakująca ale też i nie na zaskoczenia liczyłam sięgając po nią. Kibicowałam natomiast tej dwójce w poczynaniach obojga i próbie powrotu do siebie. Nie jest to jednak łatwe, gdy dzieli dwójkę osób nie tylko przeszłość ale może nie tyle kłamstwa co brak prawdy i informacji. Nie jest więc łatwo zaufać komuś w chwili gdy zostało się zranionym bardzo mocno. 

Cieszy mnie, że najważniejsze chwile i rozstrzygnięcia spraw autorka zostawiła w książce na czas przed i około świąteczny. Jak ciepła atmosfera przy świątecznym stole gdy dzielimy się Opłatkiem z bliskimi, z przyjaciółmi, tak to zakończenie historii otuliło mnie swoim ciepłem i optymizmem. 
Wiem, że są osoby, które oczywiście mogą narzekać na oczywistość czy wręcz może przewidywalność tej opowieści ale po pierwsze, na szczęście, nie każdy musi czytać i zachwycać się tym samym co ja, a po drugie wiem, że są chwile kiedy chcemy przeczytać coś pokrzepiającego i "ciepłego". A taka jest ta książka. 

Moja ocena 4.5 / 6. 

czwartek, 14 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Helion. Gliwice (2017). Ebook.

Przełożył Jacek Godek.
Tytuł oryginalny Flateyjargáta.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Helion / Editio.

Wciągnął mnie ten kryminał bardzo. Najpierw wydawało mi się, że spodoba mi się mniej niż się spodobał ale wraz z upływem lektury okazało się, że zdecydowanie chętnie sięgnęłabym po coś jeszcze autorstwa Ingolfssona.

Wyspa Flatey położona jest w jednej z islandzkich zatok o nazwie dla mnie nie do wymówienia. Jest jedyną zamieszkałą wyspą w tamtej części kraju. Akcja książki dzieje się w roku 1960 kiedy to na wyspie mimo dopływu cywilizacji i jej osiągnięć wciąż w wielu kwestiach życie toczy się mniej więcej jak w początku wieku. Ludzie prowadzą tam życie wyspiarskie, łowią, polują na foki czy ptaki, przędą wełnę. Jest też szkoła , lekarz, kooperatywa handlowa, kościół. Czyli w sumie wszystko to, czego w tamtych czasach zamieszkującym wyspę było potrzeba. 

Na wyspę przybywa młody człowiek, wysłannik prefekta, Kjartan. Przybywa on z niewdzięcznym zadaniem. Na sąsiedniej wysepce bowiem znaleziono ciało człowieka, trzeba owo ciało sprowadzić na ląd. Trzeba też dowiedzieć się co takiego stało się, że nieznajomy zmarł na wyspie. Czy w grę wchodzi przestępstwo? 

Mała, żeby nie powiedzieć bardzo nieliczna społeczność, dość rutynowy tryb życia mieszkańców a tu nagle taka sytuacja? Kjartan ma więc swoje zadanie do wykonania, polegające głównie na wybadaniu mieszkańców i wyciągnięciu wniosków a śledztwo w sprawie śmierci nieznanego mężczyzny zacznie się toczyć dwutorowo od chwili , gdy ofiara zostanie zidentyfikowana jako duński profesor Gaston Lund. 

To mała wyspa i do tej pory zdawałoby się, że niewiele się na niej działo ale nie do końca tak jest. Albowiem swego czasu na niej znajdowała się niezwykła księga. Średniowieczny manuskrypt spisany na skórze zwierząt zawierający teksty sag i poematów skandynawskich ludów. Przyznam się szczerze, że do momentu sięgnięcia po tę książkę nie miałam pojęcia, że tekst ten istniał. Jeszcze gdy zaczynałam czytać ten kryminał myślałam, że autor stworzył go sobie na potrzeby tekstu i sięgnęłam do internetu gdzie przeczytałam jego historię. Tekst ten faktycznie był ważny dla Islandczyków a jego losy dość burzliwe. Dość, że w chwili gdy dzieje się akcja książki ów manuskrypt spisywany przez skrybów, przebywał w Danii. A naród islandzki walczył o jego powrót do kraju. 

Czy tajemnicza śmierć duńskiego badacza manuskryptu ma powiązanie z owym dziełem?
Od razu mówię, że autor uniknął skręcenia w stronę magicznych działań dawnej księgi, żadne tu nie ma miejsce fantasy , natomiast jest walka o odzyskanie dobra narodowego. I co prawda na wyspie wciąż są tacy, którzy wierzą w elfy czy tłumaczą sny to jednak ludzie po prostu znają się na wartości własnej kultury i chcieliby aby jej część w postaci księgi powróciła do kraju. 

Początkowo najmniej wciągnął mnie sam wątek kryminalny tej książki a bardziej sama historia księgi jak również zagadka z nią związana, która dzieje się i trwa poprzez całą książkę a my wraz z kimś próbujemy wpaść na trop jej rozwiązania. Z czasem gdy okazało się, że na wyspie nikt z obecnych nie jest do końca nieznany i tak całkiem przypadkowy a na jaw zaczęły wychodzić wzajemne powiązania postaci i wątek kryminalny mnie zainteresował. 

Wyspa na której życie toczy się niespiesznie a ludzie są dla siebie pomocni i życzliwi zaczyna mieć własną tajemnicę a raczej więcej niż jedną. I śmierć Lunda zdaje się uruchomić lawinę odsłon skrywanych przez lata sekretów. Na pewno efekt grozy potęguje poczucie odosobnienia wyspiarzy i przebywających na Flatey gości aczkolwiek daleko jest tu do napięcia, które towarzyszy często thrillerom czy sensacji. Akcja może nawet dla niektórych dziać się zbyt wolno a elementem spowalniającym są wstawki z tekstów owych sag i podań, które z kolei łączą się całościowo w zagadkę składającą się z czterdziestu pytań. Mnie jednak, o czym już nadmieniałam, to wplecenie motywu średniowiecznej księgi, zagadki z nią związanej a nawet klątwy towarzyszącej sprawie, bardzo się podobało i dodało czegoś ponad zwykły kryminał tej książce. Mam świadomość, że nie bez powodu dzieje się tak akurat w książce autora pochodzącego z tego konkretnego regionu świata gdzie sagi i podania stanowią istotną część życia kulturalnego i dziedzictwa narodowego. 

Interesującym jest też posłowie od autora, który osobom, które być może nie sięgną jak ja do jakichś źródeł informacji, wyjaśnia, że Flateyjarbok w roku 1971 powróciła do Islandii i stanowi obecnie jeden ze skarbów narodowych. 

Na koniec mojej recenzji słów parę o pracy tłumacza. Bardzo się cieszę, że kryminały islandzkie tłumaczy pan Jacek Godek. Widać ogrom pracy a przede wszystkim jego związek z Islandią. Nie ma więc miejsca na błędy czy niejasności. Mnie jako czytelniczce naprawdę przyjemnie czyta się książkę dopracowaną. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

środa, 13 września 2017

...właściwie już minęło, piętnaście lat odkąd wprowadziliśmy się na Kabaty.
Nasze pierwsze własne. Już dawno "za ciasne" ale właśnie - własne. I nasze. Mieszkanie. Kiedy się wprowadzaliśmy do głowy nie przyszło nam oczywiście, jak się nam tu będzie mieszkało. Ile wyleje się łez i tych z nieszczęścia ale i tych ze wzruszenia, ze szczęścia. 
Mieszkanie darzę wielkim sentymentem z różnych osobistych powodów. A przeszło swój własny "chrzest" kiedy w zeszłe Boże Narodzenie Wigilia do tej pory zawsze odbywająca się u Rodziców a od 2012 roku - Dziadków, miała miejsce u nas. 
Swoją drogą ale ten czas leci. Piętnaście lat minęło a ja wciąż pamiętam tamten dzień, kiedy tu zamieszkaliśmy i zaczęliśmy wieść życie jak to mówimy z uśmiechem "podmiejskie" a na pewno "pod lasem". 

wtorek, 12 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przyznam się, że po tę książkę sięgnęłam nieco przypadkiem. A może inaczej, opis książki zainteresował mnie bardzo. Tak bardzo, że chciałam ją przeczytać. Niemniej jednak nie czytałam wcześniej wydanego "Pustostanu" tej autorki a co za tym idzie, nie miałam w sumie żadnych oczekiwań dotyczących tego, co otrzymam. A otrzymałam kawałek bardzo dobrej prozy polskiej. Obyczajowej,  konkretnej i na pewno nie z tych do końca "lekkich, łatwych i przyjemnych". "Oaza spokoju" zaprzecza tytułowi a podczas lektury ma się wrażenie, że autorka drążąc pewne tematy, sprawy jakby dotykała silnie bolące miejsce czy wręcz ranę i nie pozwalała się zabliźnić smutnym refleksjom czy spostrzeżeniom jakie się podczas lektury odczuwa. 

"Oaza spokoju" to książka , której każdy rozdział rozpoczyna wpis z blogu niejakiego Ungeheuera. To w tłumaczeniu na język polski "monstrum". Autor blogu to osoba, która lubi słowo, lubi bawić się słowem. Ale też jest bacznym obserwatorem otaczającej ją rzeczywistości. I w wymiarze fizycznym, prowadzi bowiem blog dotyczący osiedla, na którym mieszka, i w wymiarze bardziej społecznym. 
Wokół wpisów blogowych jak wokół osi toczy się reszta książki. A my owe blogowe wpisy poznajemy w chwili gdy na osiedlu zaczyna dziać się duża zmiana czyli rusza budowla osiedla domków jednorodzinnych. Osiedle domków ma nosić nazwę "Oaza spokoju". Część lasku zostaje wycięta, zostaje stary, zdziczały sad z zabytkową kapliczką. 

Ten czas zmian dotyka nie tylko samych mieszkańców osiedla. Poznajemy sporą galerię postaci, z których część stoi na progu dorosłości, część dla odmiany od dawna dorosła ciągle nie wie do końca co zrobić ze swoim życiem. 
Jedną z głównych bohaterek jest Miranda, zwolniona z pracy dziennikarka. Jej matka Irma prosi Mirandę o zastąpienie jej na dwa miesiące podczas pracy w ostatniej klasie gimnazjum. Możliwość i uprawnienia Miranda posiada, zatem zaczyna pracę w osiedlowej szkole. Podobnie jak Irma, jest dość oryginalna w swoich poczynaniach. Co trafia do młodych ludzi, różnie zaś z tym trafianiem bywa w przypadku osób dorosłych czy opiekunów. 

W tej książce dostajemy różne przykłady domów i relacji rodzicielskich ale najważniejszą , wokół której skupia się Miranda, jest właśnie jej relacja z matką. Matką pedagog, która tak uwielbiana przez swoich uczniów, zapraszana na zjazdy szkolne po latach, nie umiała do końca być dla swojej własnej córki matką taką jaką by sobie życzyła Miranda. Ale kto wie, być może z biegiem czasu i sama Irma. Szewc bez butów chodzi i faktycznie być może pomimo tego, że jest to trudne zadanie ale warto jest po powrocie do domu "odwiesić" zawód pedagoga obok płaszcza a "wdziać" postać matki, która daje własnemu dziecku po prostu żyć. Żyć ze wszystkimi tego konsekwencjami, czyli również z możliwością popełniania błędów.

Co mi się szczególnie podobało w tej książce to obraz nauczycielek, którym się "chce". Chce skupić na postaciach własnych uczniów, zastanowić się nad nimi. Kiedy trzeba, pomóc, kiedy trzeba, po prostu wysłuchać. Kiedy trzeba milczeć. Ale kiedy trzeba - zainterweniować. Ponieważ , niestety, z własnego doświadczenia szkolnego takich pedagogów nie pamiętam, miło jest dla odmiany o kimś takim przeczytać. 

Podobały mi się też wpisy Ungeheuera, spojrzenie na świat okiem mieszkańca osiedla. Osiedla, które staje się częściowo mikrokosmosem, któremu przygląda się ów bloger, a który sam nie daje się poznać pomimo, że są osoby zainteresowane tym, kto opisuje świat bawiąc się słowami. 

Udało mi się przeczytać książkę bardzo dobrą, taką do przemyśleń rozmaitych, poruszających wiele bieżących spraw i problemów. Ilość postaci może z początku nieco oszałamiać ale z czasem dowiadujemy się, że tak naprawdę każda z nich jest "po coś" w tej książce i z czasem odgrywają one dla siebie wzajemnie ważne role. 

Moja ocena to 6 / 6. 

piątek, 08 września 2017

...dzisiaj wypada w kalendarzu świąt zabawnych i nietypowych. Może dobrze być marzycielem, może nie , nie mam do końca sprecyzowanego zdania. Ostatnio strasznie gorzka myśl mnie a propos marzeń dopadła, niekoniecznie będę się nią jednak tu dzisiaj dzieliła. 


W innym książkowym miejscu wyczytałam i trochę sobie zapożyczę bo podoba mi się pytanie ale trochę je zmodyfikuję. Ktoś pytał się w tym dniu marzyciela, o jakiej książce marzymy ? A ja spytam inaczej, o jakiej książce aby ją wznowiono, aby w ogóle się ukazała w języku polskim? marzycie?
Ja marzę o wznowieniu "Pałacu lodowego" Tarjei Vesaasa. To w ogóle moje marzenie książkowe, mieć tę książkę ale najchętniej właśnie w nowym wydaniu. Ciekawe swoją drogą dlaczego są książki, które ukażą się raz i potem są nie tykane nigdy więcej a znowuż są takie, które się na okrągło wznawia , ba, nawet w nowych tłumaczeniach. Szkoda, bo "Pałac lodowy" to wspaniała książka. Naprawdę jej ponowne przeczytanie a najchętniej posiadanie jej to moje wielkie, wielkie marzenie. Wiem, że jest audiobook ale ja nie przepadam za audiobookami, no, nie przepadam i tyle, nie moje klimaty.

A co Wam się marzy we wznowieniu albo aby po raz pierwszy ukazało się u nas?

czwartek, 07 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka.  Warszawa (20170. Ebook.

Przełożyła Anna Kłosiewicz. 
Tytuł oryginalny Untethered.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

W odniesieniu do tej książki bardziej pasuje mi tytuł oryginalny. Mam wrażenie, że oddaje wszystko to, z czym przez całą książkę wciąż zmaga się i do czego wraca główna bohaterka. Ale być może to jedynie moje zdanie.

Char ma czterdzieści pięć lat i właśnie straciła męża. Pierwsze zdania książki dzieją się podczas ceremonii pogrzebowej. Na której oprócz rodziny i przyjaciół Char towarzyszy brat i jej piętnastoletnia pasierbica , Allie. 
Los postawił je z dnia na dzień w sytuacji nie dość, że dramatycznej bo obie straciły męża i ojca ale również w nowej sytuacji rodzinnej. Oto bowiem Char zdaje sobie nagle sprawę z dość przykrej sytuacji. Pomimo tego, że ostatnie pięć lat życia pasierbicy to Char właśnie towarzyszyła dziewczynce to jednak w obecnej sytuacji nie ma żadnego prawa decydowania o losie nastolatki. Sytuacja jest o tyle niepewna, że biologiczna matka Allie, Linda, z którą to nawiasem mówiąc dziewczyna utrzymuje kontakty, to rości sobie prawa do wychowywania dziewczyny to najchętniej zostawiłaby sytuację w dotychczasowym stanie.

Nagła strata ojca i męża, żałoba, stan zawieszenia i niepewności, to wszystko nie sprzyja dobrej atmosferze. I rzeczywiście, nieco po pogrzebie sytuacja w domu Char i Allie staje się coraz bardziej napięta. Te, do tej pory tak bliskie sobie osoby, zaczynają traktować się nie tak, jak powinny. 
Char może zrzucić swoje błędy na karb lęku o to co stanie się jeśli matka Allie jednak postanowi ściągnąć ją do siebie. Allie jest wciąż dzieckiem , które z dnia na dzień zostało bez taty. Jednym z niewielu pewnych teraz punktów oparcia w życiu Allie jest jej praca charytatywna, a mianowicie korepetycje jakich udziela dziesięcioletniej Morgan. Morgan to dziewczynka z dużymi problemami i deficytami ale przy tym naprawdę dobre dziecko. Uwielbia starszą koleżankę i traktuje ją niemal jak siostrę. 

Tak jak pisałam, w domu Char i Allie panuje atmosfera zawieszenia i niepewności a zachowanie pasierbicy zaczyna na tyle niepokoić Char, że poważnie zaczyna zastanawiać się jaka obecnie jest jej rola w życiu Allie i czy na pewno jest ona aż tak ważna dla dziewczyny jak kobieta wcześniej myślała. W ten trudny czas wkrada się zmartwienie. Otóż pewnego dnia mała Morgan nie zjawia się na umówione korepetycje. Ponieważ wcześniej nie było takiej siły, która oderwałaby ją od możliwości spotkania się z Allie, zarówno sama nastolatka jak i Char zaczynają podejrzewać, że coś niedobrego stoi za nieobecnością dziewczynki. 

"Rodzinne więzy" to interesująca książka bowiem przypomina niby znane prawdy ale jednak zawsze ważne, a mianowicie, jak to się mówi, "nie ta jest matką, która dała życie ale ta, która wychowała". Char pomimo swoich paru lat tego doświadczenia będzie się zmagać z poczuciem niepewności na ile to powiedzenie jej samej dotyczy. Przez ostatnie dziesięciolecia zmieniła się sytuacja rodziny i ta książka również stara się zadawać pytania "co rozumiemy przez pojęcie rodziny i czy tylko więzy czy DNA może dać nam jasną odpowiedź na tego typu pytania".

Char ujrzy nieco podobną sytuację do tej, w której jest ona sama ale widzianą z boku co uświadomi jej to, co ona sama naprawdę czuje do Allie i jak chce aby odtąd ich relacje wyglądały. Tymczasem jednak będzie się wiele działo bowiem czyjaś nieprzemyślana i zła decyzja spowoduje lawinę następujących po sobie zdarzeń, które porządnie wstrząsną życiem Char i Allie. 

Nie chcę spoilerować więc niestety ale jedynie nadmienię, że autorka w tej książce poruszyła jeden bardzo niewłaściwy z punktu widzenia i moralności proceder dziejący się w USA (jak pisze  w posłowiu sama Timmer, pomysł na książkę narodził się po otrzymaniu od kogoś artykułu na temat owego procederu). Nie przypuszczałam, że coś takiego ma miejsce ale najwyraźniej wciąż mało wiem o świecie. 

Myślę też, że ta książka jest interesująca z jeszcze innego powodu a mianowicie samej tematyki w niej poruszanej. Bycia dla kogoś macochą a także kwestii adopcji. To wciąż chyba niezbyt popularne tematy chociaż być może się mylę i sama zbyt mało po prostu czytałam książek dotykających tego tematu. 

Moja ocena to 5 /5.

 

środa, 06 września 2017

"Kryminalna seria o komisarzu Dixonie".

Wydana w Wydawnictwie Helion. Gliwice (2017) . Ebook.

Przełożył Krzysztof Krzyżanowski. Tytuł oryginalny As The Crow Flies.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Helion / Editio.

Dość dawno nie czytałam klasycznego kryminału. Kryminału, który jest niczym więcej niż po prostu właśnie kryminał. A pierwsza część z serii o dochodzeniach komisarza Nicka Dixona właśnie takim klasycznym, porządnym kryminałem jest, o !

I dobrze. Czasem ma się właśnie chęć jak w książkach Agathy Christie, otrzymać literackie śledztwo od zbrodni poprzez żmudne bardziej lub mniej śledztwo aż do zakończenia oczywiście zwieńczonego rozwiązaniem kryminalnej zagadki. 

W "W linii prostej" na próżno szukać tego co ma miejsce w kryminałach skandynawskich czyli otoczki psychologicznej czy obyczajowej. Nie ma też miejsca na polityczne niemal odezwy jakie można wyczytać niekoniecznie tylko między wierszami u Donny Leon. Nie, tu jest zbrodnia a raczej początkowo domniemanie popełnienia przestępstwa, śledztwo i jego rozwiązanie. 

Rzecz dzieje się w Wielkiej Brytanii gdzie na nadmorską prowincję przenosi się komisarz Nick Dixon. Tu ulga, komisarz daleki jest od przyjętych i tak popularnych książkowych stereotypów. Jest co prawda wolny (stał się ponownie siglem odkąd jego dziewczyna nie podzieliła z nim chęci wyniesienia się z Londynu) ale nie wydaje się być nieszczęśliwy. Nie pije zbyt dużo alkoholu ani też nie słucha muzyki klasycznej :) Jego życie jest raczej spokojne i chyba jest z niego zadowolony. W domu mieszka z nim Monty, wzięty ze schroniska psiak rasy staffordshire bull terrier, który ma przyjazne usposobienie i wesoły charakter pomimo tego, co przed zamieszkaniem z Dixonem przeszedł. 

Nick kiedyś uprawiał wspinaczkę górską i pomimo, że nigdy nie był w tym mistrzem, lubił ten sport. Sprawa, z którą się zetknie, dotyczyć będzie jego byłego partnera od wspinaczki, Jake'a Faytera, który spadł z góry. Początkowo wszyscy biorą to smutne wydarzenie za fatalny wypadek ale z czasem wydaje się coraz bardziej, że być może w upadku i w konsekwencji śmierci wspinacza mogły "pomóc" osoby trzecie.

Nick Dixon zabiera się za dochodzenie nieco nie do końca oficjalnie. Chce pomóc zgnębionym rodzicom dawnego znajomego a jednocześnie w nim samym rośnie przekonanie, że Jake był zbyt dobry w tym co robił aby po popełnić banalny błąd i sprowadzić na siebie nieszczęście.

Podczas śledztwa Dixona dość szybko wraz z nim dowiadujemy się kolejnych informacji na temat samego Faytera jak również sieci powiązań jakie doprowadziły do tego co miało miejsce.

Akcja dzieje się dość wartko, na pewno w książce nie ma miejsca na dłużyzny czy zbędne treści i czyta się to po prostu dobrze. Dla mnie jedynym minusem było to, że dość szybko odgadłam sprawcę ale nie przeszkodziło mi to w lekturze. 
W książce opisane są dwa przestępstwa, jedno niestety, popularne, drugie, przyznaję, że nieznane mi dotąd. Nie wiedziałam bowiem, że istnieje taki proceder (nie chcę jednak zdradzić zbyt wiele, więc to pominę, czytelnik sam do tego dojdzie). Nie sądziłam, że są ludzie, którzy czymś takim się parają, to raz, a dwa , że owo przestępstwo jest aż tak opłacalne.

Ogólnie to pierwszą część tego cyklu uważam za udaną. Jak wspomniałam, dla kogoś, kto szuka stricte kryminału bez dodatkowych nadbudowanych pięter, powinna to być lektura udana.

Moja ocena to 5 / 5.

poniedziałek, 04 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Małgorzata Gutowska - Adamczyk wraca ze swoją sagą pod wspólnym tytułem "Cukiernia Pod Amorem". Książka ta dopiero będzie miała premierę, mnie udało się przeczytać ją przed premierą. Od razu informuję, że nie czytałam wcześniejszych książek z tej serii ale wydaje mi się (to też uwaga dla tych, którzy chcieliby postąpić podobnie do mnie), że śmiało można sięgać po tę część bez znajomości poprzednich części. 

"Cukiernia Pod Amorem. Ciastko z wróżbą" swą treść opiera o losy dwóch ważnych dla siebie kobiet, ongiś przyjaciółek. Jedna to Monika Grochowska-Adams , która napisała książkę o Gotowie , druga to Teresa, obecnie zwana Tessą. Monika na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych, Tessa w Wiedniu. Obie znajdą się w Gutowie w podobnym czasie. Co będzie chyba darem od losu dla Tessy, która z pewnych bardzo ważnych powodów podejmuje trud podróży do Polski aby tam dokonać zadośćuczynienia. Kiedyś Monika i Teresa były dla siebie tylko przyjaciółkami, były niemal jak siostry. Z czasem jednak ich kontakt stawał się rzadszy aby z czasem całkowicie urwać. Teraz spotkają się po latach bo los najwyraźniej chce im wynagrodzić brak kontaktu przez tak wiele lat.

W książce opisana jest  rozliczna galeria postaci, ale nawet dla osoby, która jak ja, wcześniej sagi nie czytała, powoli powiązania i koligacje stają się jasne. Akcja książki dzieje się nielinearnie. Czytamy na przemian o akcji dziejącej się współcześnie to przenosimy się do przeszłości i poznajemy losy Moniki i Teresy od ich dzieciństwa aż do czasów matury Moniki. Autorka bowiem rozpoczyna znów serię i jak rozumiem dalszy ciąg opowieści poznamy w następnej części bądź częściach. 
Pani Gutowskiej - Adamczyk udało się mnie zainteresować jako czytelnika dalszymi losami bohaterów jakie mogą się wydarzyć więc nie ukrywam, że teraz autorka narobiła mi sporego apetytu na kontynuację i muszę powiedzieć,że tak, będę na nią czekała z niecierpliwością.

To moja pierwsza książka tej autorki i bardzo mi się spodobał styl pisania tej autorki. Poprawna polszczyzna, styl taki przyjemny dla oka, nazwałabym go nawet, tak, właśnie tak, eleganckim. Przy tym faktycznie opisywana historia wciąga i powoduje, że książkę odkłada się z trudem a wręcz z niechęcią.

Oprócz Moniki i Tessy poznajemy starych i nowych bohaterów, każdy z nich ma swoje czy to radości czy problemy, tak więc czyta się książkę z dużym zaangażowaniem. 
Bardzo polecam. 

Moja ocena to 5.5 / 6

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 327
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
O autorze
Zakładki:
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Moja Strona na
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...