Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
poniedziałek, 17 września 2018

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2014). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po moim zachwycie nad najnowszą książką autorstwa Katarzyny Drogiej , o której to książce pisałam w tym wpisie, sięgnęłam po polecaną mi przez kilka osób książkę z cyklu "Pokolenia". 

I również tym razem jestem bardzo zadowolona. Opowieści rodzinne , snucie ich na tle ciekawej historii naszego kraju, dodatkowo piękny język i styl książki, to składa się na lekturę, od której nie mogłam się oderwać. 

"Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca" to opowieść o rodzinie autorki. Poznajemy ją to z narracji autorki to z pamiętników Janki, jej mamy. Rozpoczyna się życie tuż po IIWŚ. Czas nastał ni to pokoju ale jakby nie do końca pewny. Jednak z czasem wiele się normalizuje. Zmęczeni faktem, że najlepsze czasy młodości przypadły na straszne czasy wojny, młodzi ludzie chcą zacząć swe życie jakby na nowo. Wiążą się z partnerami, biorą śluby, uczą się. Janka wychodzi za mąż za za Leszka Borengę. Najpierw ruszają do Poznania, gdzie młody człowiek wykształci się i zostanie lekarzem. Potem los rzuci w rodzinne strony Janki, na Podlasie. 

Pomimo, że brzmi to dość zwyczajnie, ot, opowieść o rodzinie na tle losów Polski po wojnie, zapewniam, że od lektury nie można się oderwać. Po raz kolejny odnosiłam wrażenie, że siedzę wraz z autorką , popijamy herbatę i przeglądamy stare fotografie, które przynoszą ze sobą wspomnienia. Wspomnienia te dotyczą przede wszystkim ludzi, członków rodziny Borengów i Janki ale oczywiście są też wydarzenia dziejące się w kraju , zmiany władzy w Polsce i na świecie. A w tym wszystkim kraj w powojennej odbudowie. Akcja książki dzieje się jednak przede wszystkim na powojennej prowincji, gdzie być może nowinki techniczne czy wieści na temat mody nie docierają natychmiast ale żyje się tam całkiem udanie. Leszek odnosi coraz większe sukcesy na polu medycyny, stawia właściwe diagnozy, jest lubiany zarówno przez personel jak i pacjentów. Janka, pomimo, że bardzo by chciała, nie może zajść w ciążę. Zajmuje się domem gdyż tak kiedyś , na samym początku, wymyślił Leszek. Młodzi poznają nowych znajomych, zwłaszcza, że w Białymstoku mieszkają wraz z kilkoma innymi rodzinami w Pałacu Branickich więc i okazji do spotkania sąsiada jest dużo więcej niż gdyby młodzi mieszkali w domu. 

I tak jednych się lubi, innych mniej ale jest pokój, nie ma wojny, która na nich młodych odcisnęła wieczne piętno, są możliwości. Można się uczyć, pracować, dążyć do swojej małej stabilizacji. W sklepach co prawda z zaopatrzeniem bywa różnie ale generalnie nie żyje im się w Białymstoku źle. Przyjaciele i rodzina żenią się i mają dzieci, rodzina się rozrasta. Są bardziej jak i mniej udane mariaże, jak w życiu. Są i chwile wielkiego szczęścia i ogromne tragedie. Janka zdobyła moje serce, kibicowałam jej i Leszka losom. Martwiłam się wraz z nią, że nie może doczekać się upragnionego dziecka, przy jednym wydarzeniu (które niestety, przewidziałam niemal od samego początku) rozpłakałam się bardzo. "Pokolenia. Wiek deszczu, wiek słońca" to opowieść jaką nosimy w sercu, w pamięci wszyscy, to opowieść o rodzinie na przestrzeni kilkudziesięciu lat (od roku 1945 do 1965). O rodzinie ale i o otaczających ją ludziach, którzy dla czytelnika też nie są obojętni i których losami przejmujemy się podczas lektury. 

To pięknie (podkreślam to bo i styl autorki mi się podoba i to jak poprawny jest język polski w Jej książkach ) napisana książka, która według mnie spodoba się wielu, wielu osobom, a na pewno komuś, kto lubi poznawać historię własnej rodziny i komu nie są obce zarówno wspominki jak i przeglądanie fotografii i rozmowy o bliskich, tych, którzy jeszcze żyją ale i o tych, których już z nami nie ma. Książka ma swoją kontynuację noszącą tytuł "Pokolenia. Powrót do domu".

Moja ocena to 6 / 6. 

piątek, 14 września 2018

Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała. (2017).

Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego ta książka z silnym motywem nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia a więc czasu, który lubię i do którego mam wielki sentyment, przeleżała się u mnie na półce. I dopiero zapowiedź najnowszej książki autorki spowodowała, że nareszcie po nią sięgnęłam. A kiedy już sięgnęłam, to nie byłam w stanie się oderwać.

Momo to dwudziestoośmioletnia kobieta, rozwódka, wychowywana od trzynastego roku życia przez mamę Pati i ciotkę Rebekę. Momo to skrót od jej imienia i nazwiska, który to przydomek nadał kobiecie jej tata, zanim zniknął z jej życia. Momo nosi niezabliźnioną ranę po ojcu, który pewnego dnia zniknął z życia żony i córki. Momo miała wtedy trzynaście lat, wszystko już rozumiała i nie dało się jej zamydlić oczu niczym innym niż pozwoleniem jej na zmierzenie się z prawdą. Czy jej się to udało? Niekoniecznie. Jak pisałam, kobieta nosi w sobie sporo niepoukładanych spraw, nieco smutku. I tak naprawdę, to sama siebie więzi w pudełkach ograniczeń. Ta piękna dziewczyna z rudymi włosami i piegami rozsianymi po całej twarzy, nosi na przykład jedynie czarne ubrania. Jej życie w chwili gdy ją poznajemy, pozbawione jest w sporej części barw, smaków, zapachów. Co dziwi bo zawodowo Momo jest artystką, prowadzi bowiem galerię z wykonywanymi przez siebie przedmiotami z niepotrzebnych już rzeczy. I tak, daje ona drugie życie łyżkom, opakowaniom po płytach, i wielu, wielu innym, tworząc torebki, stoliki podstawki pod umywalkę itd. 

Ta stagnacja i zapętlenie w przeszłość niedającą się ruszyć naprzód Momo wkrótce się zmieni. A to za sprawą snów, które będą śnić się bohaterce i staną się wskazówkami jak ma postępować i co dalej robić ze swoim życiem. W interpretacji tych snów pomoże jej znana z "Biura przesyłek niedoręczonych", o których pisałam krótko w tym wpisie pani Mila.

Po raz kolejny i to nawet silniej niż w "Biurze..." miałam skojarzenia z filmową Amelią. Momo bowiem podobnie jak tamta, nie daje sobie początkowo zbyt wielu szans na szczęście i zmianę życia. 

"Dwanaście niedokończonych snów" to książka bardzo ładna, mądra, pokrzepiająca. Tak, jest w niej motyw Świąt i to właśnie z owym cudem, który się wydarzy ale jest to opowieść pozbawiona cukru i lukru a przepełniona dobrem, ciepłem i charakterystycznym poczuciem humoru. Bardzo przypadła mi do gustu postać cioteczki Rebeki, oryginalnej i klnącej jak szewc nauczycielki historii. 

Podoba mi się wrażliwość Momo, jej prawdziwość. Jej doświadczenie, które sprawiło, że zapętliła się we własnych obawach, lękach. Wreszcie - podoba mi się jej odwaga, która w pewnej chwili każe jej iść za wskazówkami, które sobie kobieta wyśniła.  Sny jej są pełne kolorów, smaków, zapachów, wszystkiego tego czego brak na co dzień w jej życiu. Z pomocą innych ale przede wszystkim samej siebie, Momo nareszcie oswoi własne lęki. Powoli, powolutku zacznie robić kroki w nowym dla siebie kierunku. Przestanie podglądać życie, jak określa jej egzystencję mama, Pati , a wstanie i otworzy szeroko drzwi do przyszłości.

To taka książka, z której wynotowałam sobie kilka cytatów, jak chociażby taki : "(...) Wspomnieniami nie wolno żyć, ale można je od czasu do czasu pogłaskać". 

Bardzo to ładna i mądra, jak już pisałam książka, w takim nieco magicznym klimacie. Ogromnie się cieszę, że po nią sięgnęłam i bardzo ją Wam polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.

środa, 12 września 2018

... a wraz z tą porą roku pojawia się coraz więcej zapowiedzi wydawniczych. A ponieważ karteczka na październik w moim notesie z zapowiedziami zapełniła się bardzo, stwierdziłam, że napiszę Wam co się ma niebawem ukazać z nowości, może na coś również czekacie?

Najpierw dwie japońskie książki. Pierwsza to mająca się ukazać w Wydawnictwie Otwartym ( sprzedaż od 08.10.2018) "Cuda za rogiem" Keigo Higashino. Nie wiem oczywiście jaka okaże się ta książka ale opis brzmi bardzo dobrze (okładka natomiast mi się nie bardzo podoba i gdybym miała się kierować jedynie nią to nie wiem czy bym sięgnęła gdyby nie to, że książka z Japonii). 

Druga książka japońska to , mająca się ukazać w końcu października książka, na podstawie której powstał bardzo ładny film (obejrzeliśmy dwa tygodnie temu i naprawdę polecam) czyli "Kwiat wiśni i czerwona fasola". Bardzo ładna opowieść, z gatunku tych niby truistycznych czyli pokazująca to , co w życiu jest tak naprawdę najważniejsze i powinno być takie dla każdego. Ukaże się w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. 

19.09.2018 w Wydawnictwie Książnica ukaże się najnowsza książka Beaty Majewskiej pod tytułem "Zapisane w chmurze". To kolejna z serii "owocowych" okładek tej autorki. 

Nie czytałam pierwszej książki z cyklu "Uśmiech losu" czyli "Kamienicy pod Szczęśliwą Gwiazdą" a mam na nią wielką chęć a tu widzę, że niebawem ukaże się już następna część nosząca tytuł "Dobre uczynki". Premiera na stronie Wydawnictwa to 17.10.2018.

Anna Fryczkowska na swojej stronie zapowiedziała coś bardzo nowatorskiego (wcale mnie to nie dziwi, wiem, że ta Autorka lubi eksperymenty i nie boi się ich, to dobrze, to znaczy, że się rozwija) a jest to "Równonoc" , mająca się ukazać 03.10.2018 w Wydawnictwie Od Deski Do Deski. Nie będzie to lekka książka, ba, wiadomo, że będzie to bardzo trudna książka ale sądzę, że Fryczkowska napisała coś co nas zaskoczy pozytywnie i wiem, że można polecać "w ciemno".

Anna Sakowicz wyda w listopadzie (premiera to 14.11.2018) w Edipresse Książki najnowszą swoją książkę czyli "Postawić na szczęście".

Z kolei Natasza Socha nie zawodzi w kwestii książek z motywem Świąt Bożego Narodzenia ale już wiem, że jak to Ona, nie ulepi nam słodkości kapiącej lukrem a otrzymamy coś bardzo dobrze napisanego, mądrego. Wstyd się przyznać, że dopiero wczoraj zaczęłam czytać Jej książkę "Dwanaście niedokończonych snów" z zeszłego roku i powiem Wam,że jest bardzo dobrze. Tym razem ukaże się "Pokój kołysanek", premiera o ile dobrze się orientuję, 31.10.2018 , tym razem w "Edipresse Książki".

Miłośnicy a do takich się zaliczam, kryminałów autorstwa Aleksandry Marininej powinni zacząć się cieszyć bo już 03.10.2018 w Wydawnictwie Czwarta Strona ukaże się jej kryminał (ten nowszy, Anastazja Kamieńska jest już od pewnego czasu na emeryturze) pod tytułem "Niebezpieczna sekwencja". Tym razem akcja książki dziać się ma w środowisku łyżwiarzy figurowych. Zostanie bowiem zamordowany jeden z trenerów. Brzmi ciekawie i chociaż poprzedniej książki Marininej z tego wydawnictwa czyli "Sztuki śmierci" nie dokończyłam , na tę czekam i mam nadzieję, że tym razem ją skończę. 

No i ostatnia moja zapowiedź, na którą czekam to "Byle do przodu" Olgi Rudnickiej, która ukazać się ma już 02.10.2018 w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Również w tym Wydawnictwie ukaże się 02.10.2018 "Dziewczyna z gór" Małgorzaty Wardy. 

 

Może i Was o czymś poinformowałam tym wpisem, o czymś, o czego ukazaniu się jeszcze nie wiedzieliście i Was zainteresuje. Jakby nie było, pod kątem czytelniczym jesień zdecydowanie zapowiada się bardzo dobrze. 

 

wtorek, 11 września 2018

Wydana w Wydawnictwie NieZwykłe. Oświęcim (2018).

Przełożył Bartosz Czech.

Tytuł oryginalny The Missing Ones.

Wygrana w konkursie okazała się tak ciężka tematycznie jak sądziłam ale wciągnęła mnie pomimo tego. Po pierwsze, ze względu na samą postać autorki. Jak sama pisze, pisanie na poważnie stało się jej terapią po śmierci męża. I ten smutny fragment jej biografii widać w tym kryminale gdyż główna bohaterka, inspektor Charlotta Parker, nazywana przez bliskich Lottie, jest wdową i również z trójką dzieci jak Patricia Gibney. Według mnie ten motyw jest najbardziej wiarygodny i prawdziwy ze względu na to, że Gibney dokładnie wie z własnych doświadczeń żałoby po śmierci męża o czym pisze. 

"Zaginieni" to swoistego rodzaju rozliczenie z postępkami a również tuszowaniem zła jakie miało miejsce w Irlandii przez dziesiątki lat na łonie kościoła katolickiego. Wszystko bowiem, każdy ślad w tej książce, prowadzi do domu opieki dla dzieci prowadzonego przez siostry zakonne. 

Akcja książki rozpoczyna się w dosłownie końcu roku 2014 , kiedy to zostaje zamordowanych kilkoro osób. Zaczyna się morderstwem w katedrze gdy ofiarą jest mająca ponad pięćdziesiąt lat Susan Sullivan. Chwilę potem ginie kolejna osoba, tym razem mężczyzna w podobnym wieku. 

Oboje pracowali w tym samym urzędzie w Wydziale Zagospodarowania Przestrzennego. W Irlandii panuje kryzys, ziemia bywa sprzedawana za cenę niewspółmiernie niską do jej prawdziwej wartości. Czy może więc oboje zamordowanych nie miało może czegoś na sumieniu? Może weszli w jakiś podejrzany układ z kimś ze świata przestępczego? 
Lottie Parker rozpoczyna śledztwo usiłując jednocześnie ogarnąć swoje życie po stracie męża a przede wszystkim być odpowiedzialną i dobrą mamą dla trójki dzieci, z których jedynie najstarsza Katie jest już studentką. Dwójka pozostałych, córka Chloe i syn Sean, to jeszcze nastolatki. W sumie jednak wszystkie dzieci potrzebują matki tak samo, w końcu i im zdarzyła się wielka tragedia jaką jest strata jednego z rodziców. 

Jak już jednak wspomniałam, szybko orientujemy się, że cała akcja sprowadzi się do ogromu zła i potworności jakie miały miejsce w domu opieki dla dzieci imienia świętej Angeli. Bohaterów i tych złych i tych krzywdzonych jest w tym kryminale wielu ale ich losy zaskakująco się łączą. 

Jak się z czasem okaże, nie tylko inspektor Parker rozpoczęła śledztwo w sprawie tego co działo się w tym domu opieki podczas tych kilkudziesięciu lat. Jednak nawet osoby z kościoła katolickiego będą napotykały mur niemal nie do przebicia jeśli chodzi o tajemnice, które miały miejsce wśród murów ponurego sierocińca. Dla Lottie Parker ta sprawa z pewnych powodów staje się sprawą bardzo osobistą. 

Nie pomagała mi w lekturze ta przygnębiająca tematyka ale wiem, że jest to jedna z możliwości rozliczenia się z haniebnymi czynami jakie działy się w sierocińcach i domach opieki dla dzieci w Irlandii ale również, oczywiście, nie tylko tam. 

Polubiłam natomiast główną bohaterkę, jaką jest Lottie Parker, z jej niedoskonałościami, z jej ułomnościami i czekam na następną część opowieści o jej śledztwach.

Moja ocena to 5 / 6. 

piątek, 07 września 2018

Wydana w Wydawnictwie Skrzat. Kraków (2018).

Pomimo tego, że jest to książka dla dzieci i młodszej młodzieży, zagrałam o tę książkę na stronie wydawnictwa na Fb jako, że okładka przypomniała mi moje osobiste marzenie z dzieciństwa a mianowicie - szkołę pod żaglami. Tak, kiedy była mała potrafiłam godzinami wyobrażać sobie taką formę nauki i podróży. Jako dziecko zapewne nie miałam świadomości ,że tego typu wyprawa jest właściwie niemal nieustającą pracą ale ta świadomość, wiadomo, pojawiła się wraz z dorastaniem. Niemniej jednak okładka , na której oprócz dziewczynki z papużką na ramieniu widnieje morze i kawałek żaglowca, przypomniał mi dziecięce marzenia.

"Szkoła Dyrektora Dreamera" rozpoczyna się w pewien deszczowy poniedziałek , w Londynie czy raczej na jego przedmieściach, gdzie w domku mieszka trzyosobowa rodzina. Elizabeth, czy raczej Liz (pełnej formy jej imienia używają jedynie rodzice dążący do doskonałości) i jej rodzice, Helen i Jack.

Jak wspomniałam, rodzice dziewczynki, która ma niemal czternaście lat, są perfekcjonistami i do pełni ich szczęścia potrzebują również idealnie uczącej się córki. Cóż, kiedy akurat tu ich marzenie nie do końca zostało spełnione. Liz nie przepada za swoją szkołą a już jej prywatną zmorą są lekcje geometrii. Pewnego dnia jej ojciec słyszy w radio reklamę niezwykłej Szkoły pod Żaglami Dyrektora Dreamera. Podobno nawet najmniej rozgarnięty uczeń po pobycie na statku i nauce pod żaglami staje się zdyscyplinowanym geniuszem. Jack namawia żonę i wysyłają Liz w rejs i naukę. To znaczy im się tak wydaje ale oczywiście domyślamy się, że los spłata im figla. Co prawda, szczęśliwie ta dążąca do osiągnięcia pełnego profesjonalizmu para nie dowie się nigdy co tak naprawdę odbyło się po tym jak skończyli machać swojej córce na wybrzeżu. 

A kiedy niewidoczne już postaci rodziców znikną za horyzontem , dla Liz i dziewiętnastu innych młodych ludzi rozpocznie się niezapomniana przygoda. 

"Szkoła Dyrektora Dreamera" to bardzo przyjemna książka dla dzieci i wczesnej młodzieży. Nie ma w niej niezwykłych nieszczęść czy problemów ale jest to po prostu książka przygodowa, w której bohaterami jest młodzież ucząca się w naprawdę niezwykłej szkole. Poznajemy nie tylko Liz ale i dzieciaki, które wraz z nią zostały wysłane do reklamowanej szkoły aby zostać geniuszami i świetnymi uczniami. A przeżyły, można tak określić, przygodę swojego życia. Niezwykli nauczyciele, ciekawe zajęcia zupełnie nie przystające do nudnych wykazów zajęć szkolnych w szkołach stacjonarnych, fajni bohaterowie, no i niezwykłe miejsce, w którym odbywa się nauczanie, to wszystko składa się na bardzo przyjemną książkę, jak już napisałam, przygodową. 

I chociaż początkowo nie wszyscy będą się wzajemnie lubić czy szanować, to to, co wydarzy się podczas semestru nauki i inne wydarzenia spowoduje, że dzieci połączy niepowtarzalna więź i przyjaźń, która zaowocuje współpracą i dobrą zabawą jak również połączeniem sił w obronie tak lubianej szkoły.

Moja ocena to 5 / 6.

piątek, 31 sierpnia 2018

...ponieważ dla mnie to święto raczej bardziej przypada na rocznicę pierwszego wpisu ale oczywiście coś napisać mogę jeszcze tu, tym bardziej, że tak się składa, że ostatnio swoje rocznice blogowania spędzam w naszej ulubionej miejscówce na wsi sielskiej warmińskiej więc nie piszę za dużo. A dziś mogę nieco więcej . Po pierwsze, bardzo dziękuję tym, którzy wciąż czytają mój blog. Nie wiecie nawet jak dużo to dla mnie znaczy. Owszem, piszę dla siebie ale kontakt i poczucie tego, że ktoś mnie czyta, jest dla mnie istotne. Życzę także innym moim znajomym blogującym osobom wszystkiego najlepszego i dobrych tematów do opisywania i dużej liczby czytelników. 

...nie wiedziałam jeszcze o tej porze, że wieczorem (właściwie nocą) wezmę w ramiona drogą mi Osobę. Tak tak, czas leci jak nie wiem co i oto Jaś obchodzi dziś szóste Urodziny. 

Jasiu, życzymy Ci z Tatą Wiele, Wiele Zdrowia, Szczęścia, Radości z każdego dnia, samych dobrych i życzliwych Ci osób wokół i wielu przyjaciół. Bardzo Cię kochamy ! Mama i Tata.

12:34, chiara76 , Jaś
Link Komentarze (3) »
czwartek, 30 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. 

W tym roku późne lato (albo wczesna jesień) mogą zostać umilone przez idealną lekturę do czytania jak ja to określam "jesiennym wieczorem", kiedy siedzi się w ulubionym zacisznym miejscu z kubkiem herbaty w dłoni i wreszcie na spokojnie czyta się książkę. "Złodziejka dusz" bowiem według mnie jest właśnie idealną lekturą na taki wieczór. Posiada niezwykle przyjemny klimat, mimo sporej objętości wciąga i sprawia, że można zapomnieć o żółknących coraz bardziej liściach, o tym, że słońce nas zaczyna coraz mniej rozpieszczać. I że zwyczajnie, idą długie wieczory.

"Złodziejka dusz" niby dzieje się we współczesności ale ponieważ wspomina się tam i osoby z przeszłości i wydarzenia dziejące się kiedyś, to i atmosfera, klimat lektury jest dość niezwykły i pasujący do całej tej nieco bajkowej , na pewno bardzo tajemniczej, historii. 

Bohaterki tej książki są dwie. Obie noszą to samo imię, Anastazja. Anastazja Niebieska której losy poznajemy czytając książkę to bibliotekarka, młoda kobieta będąca na nieco przymusowym urlopie. Anastazja jest właśnie po rozstaniu z partnerem i z ulgą przyjmuje fakt, że może się od niego uwolnić poprzez wyniesienie się z domu, który były partner wciąż zamieszkuje. Oto krewni, dość dalecy i tacy, z którymi do niedawna Anastazja nie miała żadnego kontaktu , zgłaszają się do niej z może nietypową prośbą ale w sumie dość możliwą gdy jest się powinowatym. Otóż, wyruszają na wakacje do Azji i proszą młodą kobietę aby zaopiekowała się pod ich nieobecność domem. Kobieta z ulgą przyjmuje propozycję, przyda się jej bowiem zmiana i odrobina oddechu. Przeżyła ostatnio mniej dobre chwile, może możliwość zmiany miejsca zamieszkania a nadto zaopiekowanie się bogatym księgozbiorem krewnych pomoże jej uporać się z przykrymi wspomnieniami? Anastazja bowiem pomimo zamiłowania do porządku uwielbia książki, stare księgozbiory i nawet, co ciekawe, zbierający się na książkach kurz, jakoś wyjątkowo nie kręci ją w nosie i nie drażni. 

Anastazja Niebieska to ciekawie skonstruowana postać. Skrywa w sobie dwie skrajności. Otóż jest ona zarówno pedantyczna jak również jednak nie potrafi do końca uporządkować swego życia. A ponadto najwyraźniej jest w tej lubiącej fizyczny ład i porządek kobiecie jakaś żądza przygód skoro w chwili, gdy zaczyna dziać się wokół niej coś tajemniczego, kobieta z pełną świadomością zaczyna brać w tym udział. Co mnie ujęło w tej postaci to fakt, że wspiera się ona (zwłaszcza w trudnych chwilach) cytatami z książek. Są to głównie książki dla dzieci ale o dziwo, cytaty, które przychodzą Anastazji do głowy, zdecydowanie pasują do jej dorosłego życia. 

Po wprowadzeniu się do willi Anastazja szybko poznaje zarówno najbliższe sąsiedztwo, jak i sąsiadkę, panią Otylię Szczęsną. Szybko też okazuje się, że musi skorzystać z pomocy "złotej rączki", pana Tadeusza, który to o dziwo i ku chyba jednak radości bohaterki, okazuje się nie starszym panem a młodym mężczyzną, niemal w jej wieku. W dodatku jest bardzo sympatycznym człowiekiem. 
Willa jest piękna ale stara i owiana dość dziwną aurą. Niby Anastazja nie wierzy w duchy i tego typu opowieści ale zaczyna zastanawiać się nad zmianą opinii gdy w domu zaczynają dziać się dość dziwne rzeczy. Czy ktoś włamuje się do willi podczas jej nieobecności? Bo teoria buszujących po domu duchu przodków wciąż jednak jest ostatnią z możliwych do zaakceptowania przez kobietę. Do tego poznani ludzie opowiadają jej mnóstwo dziwnych historii związanych zarówno z postacią jej samej jak i z jej antenatami. 

Atmosfera towarzysząca i wydarzeniom i temu jak zachowują się poznani przez Niebieską ludzie powodowała, że chwilami i ja sama zastanawiałam się nad tym czy autorka nie napisała książki o nawiedzonym domu czy wręcz osiedlu ;)  Niemniej jednak przede wszystkim ma ona niesamowitą aurę tajemnicy, którą Anastazja wraz z pomocą Tadeusza, będzie starała się rozwikłać. Będzie też chciała otrzymać odpowiedzi na piętrzące się z czasem pytania. Anastazja i Tadeusz będą próbowali rozwiązać sekrety kierując się wskazówkami listu , który zostaje doręczony bohaterce na samym początku książki.

"Złodziejka dusz" z pewnością jest nieco inną niż książki, które ostatnio czytałam. To bardzo przyjemna fikcja, książka służąca rozrywce i w moim przypadku odniosła sukces. Tak, udało się jej mnie wciągnąć w swą treść, udało się jej mnie zaciekawić, sprawić, że również jak i bohaterowie, zastanawiałam się jakie tajemnice skrywała Anastazja seniorka, i co z tych tajemnic uda się w ogóle rozwiązać. Jak już pisałam to idealna książka czy to na wakacje czy na jesienny czas. Są tu sympatyczni i bezsprzecznie oryginalni bohaterowie, tajemnica, którą trzeba rozwikłać. Jest kubek z sentencją z Sokratesa, z którego wspierająca się cytatami z dziecięcych książek bohaterka lubi popijać poranną i nie tylko, herbatę. Jest też tajemniczy kot Barnaba, który potrafi się uśmiechać.

Książka ta jest nieco inna niż te, które czytałam również dlatego, że nie ma w niej wielkiego dramatu, spadających na bohaterów nieszczęść. Jest za to przyjemny klimat, sekrety i mili bohaterowie, którym chętnie się kibicuje. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook. 

Druga część z cyklu o nazwie "Kronika pechowych wypadków". 

O pierwszej książce rozpoczynającej cykl pisałam w tym wpisie

Druga, o czym od razu informuję, jest nie mniej śmieszna. Tak więc jeśli ktoś się obawia czy kontynuacja się powiodła, daję znać, że jak najbardziej. 

Osławiona babunia Łyczakowa dała się we znaki większości rodziny i znajomym. Ale nie Zojce, która u babuni mieszka. Mimo, że w tej części babunia poważnie nadszarpnie dotychczasowe rewelacyjne układy pomiędzy oboma paniami gdy poważnie zastanawia się nad udaniem się do agencji. Bez skojarzeń, agencji matrymonialnej. I nie dla siebie babunia Łyczakowa zamierza tam szukać szczęścia lecz dla wnusi. Agencja matrymonialna nosi mylącą nazwę "Do zakochania jeden rok" (jak bardzo jest to myląca nazwa mogą sądzić również czytelnicy książki, odkąd bowiem o tej książce się dowiedziałam, nieustająco nawet w serwisach książkowych, tytuł jest mylony :P) . Tak czy inaczej, dlaczego rok? I w ogóle co w Wadowicach robi taki przybytek? A może jest szansa znaleźć tam drugą połowę? Nad tym duma nie tylko babunia Łyczkowa ale również aspirant Chochołek. Paweł Chochołek również uda się do "Do zakochania jeden rok" aby znaleźć tam być może kogoś, z kim mógłby zasiadać do śniadania, opowiadać o marzeniach, planować wspólne wakacje. 

Agencja chyba jednak słusznie zaniepokoiła babunię Łyczkową bo z wraz z rozwojem akcji książki Zojka coraz bardziej podejrzliwie będzie się jej przyglądać. A już kiedy babunia Łyczakowa zniknie , Zojka zaniepokoi się naprawdę. Zacznie swoje śledztwo, zgłosi oczywiście zaginięcie babuni na Policję, niemniej jednak Zojka jak to Zojka, nie byłaby sobą, gdyby sama nie rozpoczęła poszukiwań i dochodzenia. Tym bardziej, że jakoś nikt z rodzinki nie reaguje na przerażenie dziewczyny i Zojka w poszukiwaniu babuni nie ma znikąd pomocy. 

W drugiej części pojawią się znane nam już postaci z części pierwszej czyli oczywiście babunia, Zojka, aspirant Chochołek i Marcin Kordecki. Ten ostatni oczywiście znowu namiesza w życiu Zojki. Zaraz, czy to raczej ona nie namiesza w jego życiu? Jak zwał tak zwał, w każdym razie czuję, że niebawem coś z tej wiecznie drażniącej się pary , kolokwialnie mówiąc, będzie. No ale zobaczymy. W każdym razie ja i pewnie nie tylko ja - czekam aż coś się wreszcie pomiędzy tym dwoje zadzieje. 

No ale, babunia Łyczowa ginie, Zojka, Chochołek i nawet Kordecki zaczynają szukać starszej pani a wszystko w jakiś sposób powiązane wydaje się być z agencją matrymonialną o mylącej nazwie. 

Jak już pisałam na początku druga część cyklu napisana jest również z wielkim poczuciem humoru jak część pierwsza więc śmiałam się niejeden raz. Książki Joanny Szarańskiej to zdecydowanie poprawiacze humoru , które mogę polecić. 

Moja ocena 5.5 / 6. 

piątek, 24 sierpnia 2018

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Wiem, że okładki to sprawa dyskusyjna. Są tacy, którzy mówią aby nie oceniać książki po okładce (w końcu mamy też takie powiedzenie, czyż nie?) i stosują się do tej zasady. Ja niestety bądź stety, jednak na okładki patrzę i nie ukrywam, już kilka dobrych książek (na przykład Aliny Białowąs) przeszłoby mi koło nosa gdybym kierowała się okładką a nie poleceniem. Nic na to nie poradzę, że okładka tej książki mi się nie podoba, wpisuje się według mnie w nurt jak ja to nazywam na własny użytek, "motyw ładnych pań na okładce" i według mnie, może spowodować to, że parę osób przejdzie wobec tej książki obojętnie. I tak jak ja bym to zrobiła, popełni baaaardzo duży błąd. Mnie książkę "Gospoda pod Bocianem" polecił mężczyzna. Tak tak, właśnie. Ba, to mój znajomy, który mówi, że chociaż pewnie większość uważa książkę pani Katarzyny Drogiej za literaturę wpisującą się w oczekiwania raczej czytelniczek, to On książki autorki czyta i podobają mu się. I wywnioskował, że spodobają się i mnie. I co najlepsze, miał całkowitą rację. Muszę powiedzieć, że całkowicie pochłonęła mnie ta książka. 

Zawdzięczam jej nie tylko wspaniały czytelniczy czas nad lekturą spędzony to coś rewelacyjnego czego do tej pory mi bardzo brakowało. Oto bowiem dzięki tej książce mam wreszcie własną ulubioną bohaterkę literacką! A jest nią ni mniej ni więcej a Teodora Bogosz. Ale do tego jeszcze wrócę.

Autorka książki i jednocześnie narratorka opowieści sama przeniosła się na Podlasie, gdzie rozgrywa się akcja książki. Nie czytałam wcześniejszych książek Katarzyny Drogiej, w których opisuje losy swojej rodziny. Sięgnęłam po tę i ponownie jest to treść oparta na faktach i realnie istniejących bohaterach. Tym razem czytelnicy poznają losy rodziny Bogoszów. 

Wspaniale, że akcja książki rozpoczyna się w tak ważnym dla Polski roku jakim był rok 1918 kiedy Polska rodziła się na nowo po ponadstuletniej niewoli. Czytałam ją dodatkowo z przyjemnością, w sam raz na stulecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości bowiem "Gospoda pod Bocianem" to wspaniały opis losów Polski i jej mieszkańców na przykładzie jednej rodziny , której losy poznajemy na przestrzeni niemal właśnie stu lat.

Teodor Bogosz przybył do Kalinowa w początkach II Rzeczpospolitej. Ożenił się z jedną z lepiej wykształconych dziewcząt w okolicy, o imieniu nawiasem mówiąc Tedora, i tak oboje państwo już Bogoszowie , zaczęli prowadzić gospodę . Gospoda pod Bocianem nosząca nazwę od gniazda bocianów, które wiernie trwają przy bohaterach, rozwija się pod ich pieczą niesamowicie. Sprzyja Bogoszom fakt, że ich gospoda i pokoje , w których oferują noclegi znajduje się na rozstaju ważnych dróg. Dróg, które obecnie są ważnymi traktami prowadzącymi z zachodu na wschód. Budząca się niepodległość Polski wiąże się z tym, że Polacy zaczynają prowadzić rozliczne interesy, zwyczajnie mówiąc, odbudowują nasz kraj na nowo. A wiążę się to między innymi z podróżami. A gościnna gospoda, gdzie można i dobrze zjeść i przespać jest świetnym miejscem tranzytowym. 

Interesy idą jak po maśle, Tosia Bogoszowa bardzo dobrze odnajduje się w swojej roli. Zaczynają sypać się państwu Bogoszom dzieci, a konkretnie - Synowie. 

Całą tę opowieść poznajemy dzięki narratorce, która poznaje syna Tosi i Teodora Bogoszów. Najmłodszego Konstantego. Znajomość owocuje wieloma spędzonymi nad filiżankami z herbatą z samowara godzinami i opowieściami Konstantego , starszego już pana. Wspomina on losy własnych przodków i ludzi, którzy związali się z rodziną Bogoszów wchodząc w związki małżeńskie i nie tylko. Katarzyna Droga zaś podaje nam tę opowieść tak wspaniale , że podczas lektury odnosiłam wrażenie, że albo siedzę wraz z Kasią i panem Konstantym nad parującymi filiżankami herbaty albo wręcz, tak tak, to powód do wstydu ! podsłuchuję ich rozmowy toczące się w zacisznym mieszkaniu starszego pana, które znajduje się nad atelier fotograficznym.

Albowiem z wielką pasją i miłością prowadził on zakład fotograficzny, którego losy również (zakładu bo co do bohatera, to pewne) były również ciekawe. W pewnym momencie Kasia i pan Konstanty zgadzają się bardzo, że , określając to może nazbyt kolokwialnie, ale "robią w tym samym". Ona zapisując, czyli słowami czyniąc pamięć, bohaterów, wydarzeń, on - za sprawą fotografii, na których zatrzymuje w kadrze ludzi i ważne dla nich chwile, wydarzenia i miejsca. 

Katarzyna Droga pisze pięknym językiem, literackim i takim , nazwę to w sam raz eleganckim. Mój notes pełen jest wynotowanych cytatów. Nie ma tu też tego, czego trochę się obawiałam sięgając po jakby nie było, opowieść rodzinną. Tych wszystkich motywów, które napotyka się często w podobnych do tej książce gdzie jakby nie było historia jest w tle.  Nie, tu owszem, jest historia nasza polska z jej wieloma ciężkimi momentami , ciężkimi ale i radosnymi, dodajmy ale jakoś na szczęście autorka nie epatuje nadmiarem niepotrzebnych nieszczęść. A może inaczej, wszystko to, co opisuje stwarza bardzo wiarygodną rzeczywistość , którą zna tak wiele rodzin żyjących w naszym kraju. Jak świat światem człowiek jednak najbardziej (cokolwiek by nie mówił) potrzebuje radości i szczęścia wynikającej ze stabilizacji. Z możliwości życia w spokoju, możliwości nauki i pracy, realizowania swoich mniejszych lub większych marzeń. I w takich historiach rodzinnych ludzie się schodzą, rozstają, wdają w politykę albo od niej stronią. Na tle wielkich historycznych wydarzeń dzieje się życie rodziny Bogoszów tak, jak działo się życie tak wielu innych rodzin. Wszyscy ci opisywani członkowie rodziny i bohaterowie są tacy prawdziwi, są, użyję tego słowa chociaż do tej pory dość mnie bawiło ale teraz pasuje jak ulał, mięsiści .Te namiętności i powody czynów takie do uzasadnienia ,  zrozumiałe. Taka ta opowieść życiowa, taka prawdziwa. To taka perła wśród opowieści z tego gatunku i naprawdę nie waham się tak ją określać. 

Chciałabym napisać o jednym motywie, który wzruszał mnie do łez ale nie chcę psuć nikomu lektury, w każdym razie nie ukrywam, że były chwile gdy bardzo mocno się wzruszałam. Jest to też wątek, który związany jest z jak to napisałam na początku, moją ulubioną obecnie bohaterką literacką, panią Teodorą Bogosz, głową i sercem rodziny Bogoszów. Która, jak napisano w książce, "(...) całe życie traciła bliskich - (...) jakby wieczne szukanie miało być jej przeznaczeniem". Stała się dla mnie ulubioną bohaterką właśnie za nieustępliwość w poszukiwaniach i za to, że , cytuję "(...) Tosia nie przebierała w środkach, gdy chodziło o ludzi, których kochała".

Pomimo, że pan Konstanty mówi, że "(...) nie ma czegoś takiego jak wsze czasy. Wszystkie nasze biografie to tylko "tymczasy" to dzięki takim opowieściom, dzięki spisaniu wspomnień, stają się one jednak długowieczne. Przynajmniej zostają w naszej pamięci. 

Podczas czytania "Gospody pod Bocianem" złapał mnie smutek, że swego czasu nie wypytywałam więcej własnych przodków o losy rodziny a wiem ze strzępków informacji, że też są one niełatwe, też spokojnie (jak losy nas wszystkich) stanowić by mogły podstawę do napisania interesującej książki. A na pewno szkoda, że część z tego nie zostanie gdzieś spisane po prostu "dla pamięci". 

Jak te bociany rokrocznie wracające do gniazda obok Gospody pod Bocianem, tak do owego miejsca, już współcześnie powracają jej właściciele i spadkobiercy. I kto wie, może stanowić to będzie o zaczynie pomysłu na kolejną opowieść? 

Ogromnie mi się podobała ta opowieść o rodzinie żyjącej na przestrzeni stu lat w Polsce, w podlaskim małym miasteczku i polecam ją Wam ogromnie. 

Moja ocena chyba nikogo nie zdziwi, jest to 6 / 6. 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 344
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...