Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
wtorek, 23 sierpnia 2016

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożył Jacek Godek. Tytuł oryginału Harðskafi

Po książce Hakana Nessera, którego jako autora bardzo lubię i cenię, sięgnęłam po książkę kryminał kolejnego autora, którego bardzo lubię.
W tej części znów spotykamy Erlendura, śledczego, którego znamy z poprzednich książek autora.
Znamy jego obsesję na temat pewnych tematów i nie inaczej będzie w tej części. Jednak chyba powoli pewne niedokończone sprawy z przeszłości policjanta zaczną się nareszcie układać.

Tymczasem przyjdzie mu do głowy prowadzić zupełnie prywatne śledztwo. Sprawa została oficjalnie uznana za samobójstwo ale coś w niej nie spodoba się Erlendurowi do tego stopnia, że postanowi prywatnie się zająć tym przypadkiem. I dziwnym zbiegiem okoliczności owo śledztwo pozwoli mu na rozwiązanie zagadek z przeszłości.

Być może miłośnicy kryminałów uważają intrygi tworzone przez autora za nie dość wyśrubowane. Ja lubię te książki za samą postać Erlendura, za jego obawy i właśnie upór przy drążeniu pewnych tematów, za to, że jest bardzo "ludzki" a nie sztuczny. Za to, że błąkając się w meandrach ludzkiej psychiki, która często prowadzi do zbrodni, pokazuje i twarz upartego śledczego i człowieka, który w przeszłości popełniał wiele błędów. 

Moja ocena to 5 / 6.  

niedziela, 21 sierpnia 2016

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Kłos.
Tytuł oryginalny "Levande och doda i Winsford".

Bardzo, bardzo lubię książki, kryminały Hakana Nessera, to wiedzą wszyscy ci, którzy czytają mój blog.
I każdą nową książkę kupuję praktycznie "w ciemno". 
Tak było i nie inaczej w przypadku tej książki, na której się nie zawiodłam.

Książki Hakana Nessera niby posiadają wątek kryminalny ale wszyscy, którzy czytają jego książki, wiedzą, że są to bardziej książki psychologiczne, opowiadające o skomplikowanej naturze ludzkiej, z kryminalnym tłem.
I nie wiem, czy tylko ja takie mam odczucia w stosunku do bohaterów jego książek czy nie tylko ja, ale o czym zawsze piszę, Nesser opisuje swoje postaci tak, że właściwie nigdy nie umiem ich "żałować". Bez względu na to czy chodzi o ofiary czy o sprawców. Naprawdę mnie to zawsze ciekawi, czy to celowy zabieg ze strony autora czy też ja to tak odbieram. Tak czy inaczej najczęściej jeśli się coś odczuwa w stosunku do bohaterów to jakieś odczucia "wspierania" w ich poczynaniach ale żebym miała mocno przeżywać i współczuć to chyba nie.
Tak czy inaczej bardzo lubię kryminały Nessera za to w jaki sposób konstruuje postaci bohaterów swoich książek. W jaki sposób odsłania karty i kolejne historie owych bohaterów, dzięki czemu dowiadujemy się dlaczego znaleźli się w takim a nie w innym punkcie własnego życia.
Plus za opis emocji ludzkich i umiejętność stwarzania aż gęstej od uczuć atmosfery książek.

Nie inaczej jest w tej książce, w której właściwie najmniej jest kryminału a dużo o człowieku. A konkretnie, o pewnej kobiecie, której opowieść poznajemy z ust jej samej.
Dowiadujemy się , że przybywa ona pewnego jesiennego wieczoru do angielskiej wioski wraz z towarzyszem jakim jest pies.
A potem dowiadujemy się co i dlaczego spowodowało to, że owa samotna kobieta znalazła się tak daleko od własnego domu i jak doszło krok po kroku do tego, co się stało.
To kolejna książka Nessera, którą się zachwyciłam. Autor oddał fantastycznie ponury nastrój jesienno-zimowego otoczenia wrzosowiska, na którym wynajmuje dom bohaterka. Opis jej dywagacji, odczuć bardzo mi się podobał bo wprowadzał napięcie ale było w nich wiele bardzo celnych spostrzeżeń.
Po raz kolejny bohater, który sam nie do końca zdaje sobie sprawę jak to się stało, że wszystko w jego życiu poszło nie tak i że sprawy życiowe potoczyły się tak bardzo źle.
Dobra książka, nie książka akcji ale świetny kawałek psychologicznej prozy, ze zbrodnią w tle, potraktowaną według mnie dość marginalnie jedynie po to aby pokazać sytuację i losy bohaterki.

Bardzo mi się podobała i bardzo ją polecam.

Moja ocena to 6 / 6. 

 

piątek, 19 sierpnia 2016

...parę słów o wakacjach. Żeby nie było, że tylko się zaszyliśmy w wiejską głuszę (co wcale nie było takie złe ale czasem trzeba był się ruszyć:)) to coś tam przy okazji pooglądaliśmy. Niewiele bo Jasiek wolał wracać do zabawy ale zawsze coś. I tak byliśmy w Reszlu gdzie bardzo nam się podobało wejście na wieżę Zamku w Reszlu, z której to wieży rozciąga się piękna panorama miasta. Polecam też przy okazji kawiarenkę o nazwie "Kafejka", bardzo pyszny torcik bezowy z malinami tam mają, mniam :) W Reszlu świetna jest też krótka ale widowiskowa wyprawa, a raczej spacer, miejskim parkiem. Należy znaleźć Most Gotycki i tam jest wejście do parku a wchodząc zdaje się, że nagle człowiek znalazł się w górach. Idzie się bowiem wąwozem wzdłuż wartkiej rzeki Sajny. Bardzo polecam taki krótki spacer.
W Kętrzynie również obejrzeliśmy wystawę na Zamku, jak również zrobiliśmy zakupy w galerii rękodzieła mieszczącej się na zamkowym dziedzińcu a wystawiającej przedmioty wyrabiane ręcznie przez osoby ze Stowarzyszenia Konik Mazurski http://www.konikmazurski.pl/ 
O tej galerii wiedziałam od znajomej i kiedy teraz postanowiliśmy pojechać tu, gdzie byliśmy, podpytałam Ją jeszcze o namiar na galerię i nie żałuję bo bardzo ładne przedmioty tam są i nie drogie a fajne bo polskie a nie chińskie, pamiątki można przywieźć sobie i bliskim.
A w ogóle to pierwsze zakupy na wyjeździe jakie w ogóle zrobiliśmy to w ...księgarni w Kętrzynie:) Niespodzianka, prawda?  
Byliśmy też na chwilę w Mrągowie, gdzie tradycyjnie przeszliśmy się nad Czos i popodziwialiśmy to, co teraz na topie podobno i modne czyli ten Flyboard, o którym najpierw usłyszałam w Lecie z Radiem, a potem zobaczyłam nie wiedząc początkowo, że to to, w Mrągowie właśnie.
Jeszcze nawiedziliśmy Park Rozrywki Mazurolandia ale szczerze, to najmniej nam się podobało. Sama idea miniatur zabytków okolicy mazurskiej bardzo fajna i rycerski kącik, ale w sumie uważam, że cena jest nieco niewspółmierna do tego, co się otrzymuje tak więc nie pojechałabym tam już więcej.

 

środa, 17 sierpnia 2016

...był to urlop i jak bardzo udało się chociaż na chwilę oderwać od tak zwanej "prozy życia" niech świadczy fakt, że wczoraj udało mi się zapomnieć o fakcie zmiany nazwy przedszkolnej Jasia. Dodatkowo zabawnie było gdyż usiłowałam się dogadać z nową panią, która w tym roku będzie nową nauczycielką w grupie Jasia. Szczęśliwie , całe nieporozumienie udało się szybko wyjaśnić :) A jeszcze do niedawna w sumie pamiętałam, bo sama Mu o zmianach jakie Go czekają po wakacjach, opowiadałam. Bo to i nowa sala, i nowe miejsce w szatni i nowa pani. No i nowa nazwa grupy właśnie. Sporo tych zmian, szczerze mówiąc. 

Z innej beczki, co czytałam, kiedy mnie nie było. Dokończyłam na wyjeździe książkę "Złota dama" Anne MArie O'Connor. Książka ta opisując losy jednego obrazu interesująco przedstawia sytuację Austrii przed IIWŚ, potem po Anschlussie i po wojnie. I o tym jak rabowano mienie żydowskie i jak bardzo Austriacy po IIWŚ światowej mieli problem z przyznaniem się do własnych grzechów i chętniej coś wypierali. (Nie jest to jednak, mam tego świadomość, rzecz odosobniona czy typowa dla tego konkretnego narodu). Mnie ta książka zainteresowała bo ciekawi mnie zaplątanie Historii Sztuki w skomplikowaną historię ale nie jestem do końca pewna czy każdemu ta książka się spodoba. Mnie najpierw wciągnęła, nawet bardzo, potem ogromnie przygnębiła, a niestety, końcówka głównie mnie znudziła bo jakoś zbytnio mi się ciągnęła. Podobno na podstawie książki powstał film.

A niedawno skończyłam czytać "Alfabet. Moje życie" Ojca Knabita. Dobrze poczytać słowa kogoś mądrego i zrównoważonego, co też udało mi się uczynić. 

 

wtorek, 16 sierpnia 2016

...jeśli nie z raju to z jego przedpokoju :)

Powiem a raczej napiszę tak, pierwszy raz chyba zdarzyło się, że to co zastaliśmy okazało się o wiele lepsze niż to, czego się spodziewaliśmy po zdjęciach oglądanych wcześniej w internecie i opiniach o tym miejscu czytanych.
Albowiem, jak mówi nie stare przysłowie pszczół , a moje własne, serdeczności i domowej atmosfery, nie odda się na żadnym, nawet najpiękniejszym zdjęciu. To trzeba przeżyć.
Porzuciliśmy hotele i resorty na rzecz pensjonatu, i to okazała się świetna decyzja. Albowiem czuliśmy się tam nie gośćmi hotelowymi co gośćmi ale przyjaciółmi domu.

Gospodarze i ich pracownicy, którzy są ze sobą na zasadzie mocno przyjacielskiej związani, robią wszystko aby zamieszkujący u nich goście czuli się jak najlepiej. I nie ma różnicy czy gość jest na jedną noc (a bywali tacy, "w drodze") czy na więcej, jak my. 

Objadaliśmy się nieprzytomnie ale też jest to zasługa pani E., która swoją kuchnią z palcem nie wiem gdzie (pani gotująca to raczej nie powinna w nosie :) ) wygrałaby wszystkie konkursy z mistrzami kulinarnymi w tytułach.
Objadaliśmy się też bo pierwszy raz od dawna serwowano nam naprawdę domowe jedzenie w dwustu procentach. Kury znoszą tam jaja, warzywa są albo z ich ogrodu albo z ogrodów pracowników. Możesz sobie urwać ogórka lub pomidora jeśli masz na to chęć i nikt ci tego nie wyliczy.

Jasiek, o czym wspominałam w pierwszym wpisie o wakacjach, wdrożył się w życie wiejskiego gospodarza i dylał z właścicielką po jaja wieczorem. Super było Go obserwować gdy pewnym ruchem sięgał po latarkę, którą zabierali aby odkryć jaja poukrywane w najrozmaitszych miejscach.

Miejscówka znaleziona nieco przypadkiem przez P. po tym nieudanym wyjeździe czerwcowym okazała się zadośćuczynieniem i dodatkowo, zyskaliśmy kawałek "swojego miejsca na ziemi", do którego , to wiemy wszyscy, chcemy powrócić na pewno. Zrealizowałam swoje do tej pory niespełnione ale już od teraz tak, marzenie o wakacjach na prawdziwej wsi. Wiem,wiem, że są osoby, które taki wyjazd nie za granicę a na polską wieś, uznałyby za nudny ale jak to dobrze, że dla każdego jest możliwość tego, co mu sprawia przyjemność, dzięki temu w miejscach takich ja to, w którym byliśmy, nie ma (jeszcze, jak się obawiam!), tłoku.

Stali czytelnicy mojego blogu wiedzą jak czytałam i zachwycałam się "Siedliskiem", książką napisaną przez Janusza Majewskiego na podstawie scenariusza to serialu pod tym samym tytułem. Potem zachwycił mnie i serial. 
I po tym wyjeździe wiem jedno, tak, jak marzyłam, czytając i oglądając wtedy, znalazłam "moje" Siedlisko... 

sobota, 06 sierpnia 2016

...z Warmii, z wakacji, które w dzieciństwie stanowiły moje niespełnione wówczas marzenie,czyli wakacji na wsi.

Mamy tu u gospodarzy pełen zwierzyniec bo i drób wszelakiej odmiany jak kury, koguty, perliczki, indyczki, gęsi, pawie ale i niezliczoną ilość kotów i  cztery psiaki,które wzięte że schroniska, nareszcie wiedzą co to znaczy mieć prawdziwy dom...Wreszcie wiem co znaczy ta psia radość na widok powracającego człowieka. 

Na terenie posiadłości rosną stare odmiany jabłoni a w tle jest gniazdo bocianie i obecnie dwójka młodych szykuje się do odlotu a rodzice odwiedzają młodzież regularnie. Pierwszy raz mam choć na chwilę "własne" bociany. 

Jak do tego dodam serdeczność i gościnność gospodarzy objawiającą się na przykład w częstowaniu nalewką domowej roboty a także fakt, że Jaś znalazł w  osobie prawie sześcioletniej siostrzenicy gospodarza przyjaciółkę, z którą szaleją całe dnie jak również wypełniają poważne obowiązki jak wieczorne wybieranie jaj z kurnika, zrozumiecie dlaczego nie mam czasu na wiele poza życiem wiejskim :)

sobota, 30 lipca 2016

 ...nie, nie jak jeden dzień ale fakt faktem ,że dość szybko. A minęło tyle od dnia gdy zaczęłam pisać mój blog.

Początkowo miał dotyczyć czegoś zupełnie innego i pisałam na nim dość rzadko. Potem to się zmieniło i blog stał się miejscem zapisków trochę z życia, trochę stał się miejscem, w którym zapisywałam swoje wrażenia z przeczytanych książek czy obejrzanych filmów. 
Odwiedzało mnie dużo czytelników, z tego początkowego grona czyta mnie chyba właściwie teraz parę zaledwie osób. Ale nie piszę jak może ktoś podejrzewa, dla statystyk (te kiedyś sprawdzałam , z ciekawości, teraz już nie). Piszę dla siebie samej chociaż oczywiście, miło jest przeczytać komentarz bo to zawsze naocznie pokazuje , że po drugiej stronie ekranu jest drugi Człowiek.
 

czwartek, 28 lipca 2016

...gdyby nie te wszystkie badania , które twierdzą, że czytanie dziecku jest ważne , wiedziałabym o tym i tak obserwując Jasia. Wsłuchując się w Jego zabawy, to jak się wyraża, to co sobie wyobraża, jak zapożycza motywy z bajek czy z historii przedstawionych w książkach, które Mu się czyta. 
Czyli zaprawdę, dziecko, któremu się czyta ma naprawdę niezwykłą wyobraźnię i nie tylko w internetowych memach o tym mowa a mogę to osobiście potwierdzić :)

wtorek, 26 lipca 2016

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Edyta Jaczewska.
Tytuł oryginalny The Truth According to Us.

Autorkę znam z książki "Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, która to książka o skomplikowanym tytule podobała mi się bardzo.
"Opowiem ci pewną historię" również mnie ujęła i tak, podobała mi się bardzo. Owszem, mogę się przyczepić, że było w niej coś, co "już znamy" z literatury (ot, chociażby narratorka, Willa, mam wrażenie, że takich inteligentnych , oczytanych dwunastolatek dorastających gdzieś na prowincji Stanów Zjednoczonych,  z perspektywy których poznajemy daną historię trochę już było ) ale muszę powiedzieć, że czytało mi się na tyle dobrze, że nie widzę problemu. Lektura była udana, historia mnie wciągnęła.
Oto prowincja Stanów Zjednoczonych, mała mieścina Macedonia w Wirginii Zachodniej, w której mieści się zakład pończoszniczy.
Do mieściny , w której mieszka Willa, która między innymi opowiada nam tę historię, trafia Layla Beck. Ponieważ wpadła w konflikt ze swoim ojcem, ta córka senatora, której do tej pory brakowało jedynie ptasiego mleka z powiedzonka, zmuszona jest być na zasiłku jak również podjąć pracę.Okazuje się nią pisana w ramach Federalnego Projektu dla Pisarzy historia miejscowości, w której się znalazła, która to historia jest zamówiona na stupięćdziesięciolecie Macedonii.

Layla zostaje zakwaterowana w domu ciotki Willi, Jottie Romeyn. Domu zamieszkanym przez wiele postaci, bo i dwie inne ciocie Willi , siostrę Willi zwaną Ptaszyną. Galeria postaci jest ciekawa, a cała opowieść jest nie tylko o powstawaniu historii małego miasteczka ale i o historii rodziny Willi. 
Jak mówiłam, można się trochę przyczepić do tego, że coś tam jest wtórne, coś tam znamy, ale ogólnie czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. Kibicowałam bohaterom, martwiłam się ich zmartwieniami. Byłam zainteresowana historią, którą mi przedstawiano.
To książka z gatunku tych, które ja osobiście bardzo lubię czyli taka pozytywna, ciepła opowieść, która może nie ma nie wiadomo jakich zwrotów akcji ale czyta się dobrze. Rodzina przedstawiona w książce jest silna i jej członkowie starają się być dla siebie wzajemnie wsparciem. 

Moja ocena to 5 / 6. 

 

czwartek, 21 lipca 2016

...ma to do siebie, że obdarza nas mnogością. Owoców, warzyw, kwiatów. 
P. dostał od koleżanki z pracy cukinię. Koleżance cukinie tak obrodziły, że nie przeje z rodziną więc rozdała współpracownikom. Robimy ją na patelni grillowej, pycha :) Aż mi ślinka pociekła kiedy tak o niej piszę. Dostaliśmy jeszcze jedną i na dziś wystarczy nam jeszcze a pewnie, żeby nie wyjść na sępa, następne sobie kupimy chociaż wiadomo, że z takiej domowej hodowli to najlepsza i już. No ale nie będziemy dziewczyny z cukinii objadać :P

Mam rozterki ogrodniczki ostatnimi dniami.
Na balkonie w tym roku różę mamy, bugenwillę i lawendę. Oprócz tego rozwar (fioletowy), aksamitka i goździka.  
No i najpierw wszystko rosło pięknie i cieszyło oko i powonienie (róża i lawenda i goździk) a tu z różą zaczęły się problemy. Wiem, wiem, że z różami tak jest, już się zgadałam z tymi, którzy je hodują w przydomowych ogródkach ale zawsze żal, że głównie trzeba walczyć z czymś, co ją chce zniszczyć. Najpierw walczyliśmy z mączniakiem...Potem, gdy już wydawało się, że pokonaliśmy zarazę i róża wychodzi na prostą, dopadło ją przędziorek. Dosłownie z dnia na dzień! W zeszłym tygodniu jeszcze w czwartek ją obfociłam, a w piątek chcą się pochwalić różą przed Mamą odkryłam potwora. Na szczęście, mamy tu nieopodal szkołę roślin, mają tam porządne rośliny no i rozmaite specyfiki do ochrony roślin. Tak więc odseparowaliśmy ją od innych roślin (myślę, że już bym ewentualnie widziała coś na bugenwilli skoro tydzień temu to się działo) i P. spryskał ją tym specyfikiem na przędziorka. 
Ech, niby wiem, że róże takie delikatne i że uprawiający winorośl w winnicach sadzą róże przed winoroślą właśnie (tak przynajmniej kiedyś gdzieś wyczytałam), żeby właśnie zauważyć zarazę wcześniej niż przedostanie się na winorośle ale nie wiedziałam, że tak ta uprawa wiązać się będzie z ciągłą walką o zdrowie róży. A jest piękna i bardzo wdzięczna i widzę, że walczy. Nawet poprzycinana i wyglądająca gorzej dumnie prezentuje swe różowe i pachnące pięknie kwiaty. Może to lekcja taka poglądowa, nie poddawać się, walczyć pomimo i trwać silnie. Trzymajcie proszę kciuki za różę, tak nam na niej zależy!

Zaczęłam czytać "Opowiem ci pewną historię" Annie Barrows, autorki "Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek". To taka grubsza książka a więc nie wiem kiedy ją skończę, natomiast jak na razie czyta mi się dobrze. Lubię styl autorki, podoba mi się to, że taki klimat trochę, trochę (to oczywiście moje własne odczucia) w stylu opowieści "Smażone zielone pomidory". 

W poniedziałek wyjęłam ze skrzynki przesyłkę niespodziankę, od Margi. Marga nic a nic się nie "zdradziła", że coś do mnie wysłała a nawet widziałam Jej wpis o poczcie i patrzcie państwo, nie domyśliłam się, że coś tam będę z tym miała wspólnego. Jak sama napisała, zamiast pocztówki, torba materiałowa ze zdjęciami z miejscowości, w której Marga mieszka. Ponieważ kolekcjonuję torby tego typu, bo są niezwykle praktyczne, więc oczywiście ucieszyłam się a poza tym , ręka w górę, kto nie lubi otrzymywać prezentów? No a prezentów niespodzianek, to już w ogóle ;)

 

 



 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 307
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...