Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
środa, 23 maja 2018

Wydana w Wydawnictwie mg. Warszawa (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 

"Tańcząc na czubkach palców" nie jest pierwszą książką Gabrieli Kańtor ale pierwszą przeze mnie czytaną książką tej autorki. Przyznaję się, że faktycznie, pewnie bym po nią nie sięgnęła gdyby Autorka sama nie zwróciła się do mnie z pytaniem czy może chciałabym przeczytać Jej książkę. Chciałam. I nie żałuję. 

"Tańcząc na czubkach palców" to bowiem bardzo dobrze napisana proza obyczajowa. Opowieść o życiu kobiety w trzech aktach, jakbym to nazwała. Pierwsza część to dzieciństwo, druga młodość, trzecia to czas po odchowaniu dzieci i ich usamodzielnieniu i ten moment, gdy często kobieta czuje się wbrew pozorom najmniej pewnie i stabilnie bo czuje, że wbrew temu co twierdzą inni dookoła, coś jej umknęło, czegoś nie dopilnowała, coś wymsknęło się z jej rąk.

Nietrudno jednak jest znaleźć motywy łączące autorkę książki z jej bohaterką. Zapewne niektóre historie czy wspomnienia są powrotem do przeszłości. Sama miałam sporą radość w czytaniu o dziecięcych zabawach bo pomimo tego, że nie jesteśmy tym samym pokoleniem, o dziwo, na podwórku bawiłyśmy się w niemal te same zabawy. Ale na pewno gros tych opowieści to fikcja. Taką mam przynajmniej nadzieję. Najbardziej poruszyły mnie dwie skrajne opowieści, ta pierwsza, wspomnienia Dziecka i ta ostatnia, kobiety w dojrzałym już wieku, stojącej na niby powiedzonkowym a jakże prawdziwym skraju wyobrażeń na temat własnego życia, związku. 

Dziecko jest niezwykle wrażliwe i pewnie dlatego czuje coś więcej niż tylko przyziemny świat. Mnogość odczuć i dostarczanych jej przeżyć i bodźców łagodzi mityczny Ptak Simurg. Towarzyszy on Paulinie od wczesnego dzieciństwa i prowadzi aż do chwili, w której kończy się ta opowieść. Kiedy Dziecko było dzieckiem, Ptak Simurg pozwalał lepiej znosić złe rzeczy, złe słowa, przykrości , które Dziecko spotykały ze strony Ojca. Ojca, który zamiast być dla dziewczynki wsparciem i bliskim, traktował ją źle wciąż zapewne nie mogąc pogodzić się z tym, że nie jest pierworodnym synem. Matka, początkowo czuła i wspierająca, przechodzi po trochu na stronę Ojca. W drugiej części opowieści ojciec narratorki zyskuje miano "Pewien Mój Bliski Krewny". Ponieważ znałam osobę, która o własnym ojcu mówiła "Zygfryd" więc wcale nie jest to dla mnie szokujące a staje się jedynie przypieczętowaniem złego traktowania jakie fundował Dziecku ojciec w pierwszej części opowieści. 

Paulina czuje się nieco samotna. W młodości ma przyjaciółkę Ewę, potem Klarę, z którą nawet nawiązuje więzi silniejsze od tych rodzinnych. Niemniej jednak przez całe jej życie towarzyszy jej jakaś ulotna myśl o tym, że miała kiedyś siostrę. Rodzinne opowieści tego nie potwierdzają ale sama narratorka czuje, jakby gdzieś była jej druga połowa w postaci siostry właśnie. 

Czułe, wrażliwe, obdarzone niezwykłą wyobraźnią ale i odtrącone przez bliskich dziecko przelewa już we wczesnym dzieciństwie na papier własne słowa i myśli i tak rodzi się myśl aby po odchowaniu dzieci myśli te i słowa spróbować napisać bardziej konkretnie niż jedynie na własny, terapeutyczny użytek a właśnie aby coś z tym zrobić. Paulina zaczyna więc pisać.

Dlaczego podobała mi się ta opowieść? Bo była zwyczajna. O zwykłym, niezwykłym bo przecież życie każdego z nas jest właśnie niezwykłe bo nasze, życiu. Bo miałam wrażenie, że siedzę w kuchni z kimś bliskim i wysłuchuję jego opowieści, która wypowiadana być może pierwszy raz w całości, miała działanie na kształt terapeutycznego właśnie. Słowa mogą pomóc. Wypowiedziane myśli, spostrzeżenia, refleksje, to co znamy z własnego życia bądź czego się obawiamy. Ostatnio spotkałam się z zastrzeżeniem, że niewiele krytykuję z moich lektur ale przykro mi bardzo. Czytam to, co domyślam się, że jednak mi się spodoba. Nie zmuszam się jeśli coś nie idzie. Jeśli miałabym się do czegoś w tej książce przyczepić, to to, że nieco drażniła mnie pojawiająca się zbyt często i otwierająca rozdziały opowieści fraza "Ta chwila gdy...". Brzmiało mi to nieco zbyt "serwisowo społecznościowo" i według mnie nie pasowało do stylu tej historii, opowieści. I to właściwie jedyna rzecz, która mi tu nie pasowała. Opowieści, styl, historie wplatane w treść jak chociażby piękne oświadczyny pewnego Janisa , to powodowało , że czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. 

Teraz chyba czas aby zapoznać się z debiutem Gabrieli Anny Kańtor czyli jej "Koronkami z płatków śniegu". 

Życzę nam wszystkim takich magicznych Ptaków Simurgów (przytoczona w książce opowieść o nich jest magiczna) , które pomogą nam w najtrudniejszych chwilach. Życzę nam wszystkim bliskich i serdecznych ludzi, którzy będą obok nas gdy będzie się coś dziać, co złagodzić może właśnie obecność, rozmowa z drugim człowiekiem. Życzę ponadto nam abyśmy wciąż mogli powiedzieć, że pomimo tego, co nas spotyka, nam wciąż udaje się "tańczyć na czubkach palców"...

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Bo tuż niemal przed snem dotarła do nas wiadomość. Olga Tokarczuk za tłumaczoną na język angielski przez Jennifer Croft , książkę "Bieguni" otrzymała jedną z najbardziej prestiżowych nagród literackich jaką jest The Man Booker Prize. Wspaniała wiadomość. I okazało się, co za radość, że warto jest chomikować sobie ebooki. Natychmiast po wyczytaniu werdyktu, sięgnęłam po mój czytnik i okazało się, że "Bieguni" na nim są, a jakże. Wstyd się pewnie przyznać, ale jakoś do tej pory nie czytałam żadnej książki pani Olgi Tokarczuk. Dwa razy rozpoczynałam "Dom dzienny, dom nocny" i utykałam. Sięgnęłam jednak po "Biegunów" (w tłumaczeniu Croft "Flights") i oto wciągnęła mnie. A Wy lubicie książki Olgi Tokarczuk ? I co byście polecili komuś, kto dopiero zaczyna czytać jej książki, jak ja?

niedziela, 20 maja 2018

Po raz drugi byliśmy razem z Jasiem na Targach Książki (tych w Warszawie). Oczywiście, jak rok temu, najwięcej książkowych zakupów jest dla Jasia. Ja wróciłam z miłym prezentem, podarowanym mi przez panią z wydawnictwa Poradnia K czyli "Odkrywcą" Katherine Rundell. To autorka "Dachołazów", które recenzowałam po tym jak wzięłam udział w konkursie na wybór okładki. W ogóle świetnie było poznać osobiście serdeczną panią, z którą jesienią korespondowałam na ten temat i , co mnie zaskoczyło niezmiernie miło, gdy się zgadałyśmy, że to ja pisałam recenzję, pani pamiętała moje imię. Bardzo miło mi było. 

No ale od początku. Zaraz po wejściu na koronę stadionu niemal wpadłam na znajomą , którą do tej pory "znałam" z sieci. W zeszłym roku niemal spotkałyśmy się na spotkaniu z Aleksandrą Marininą ale wtedy E. nie mogła. Teraz od razu się udało, fajnie było Ją poznać osobiście.

Nie przeszliśmy może dwóch kroków i kto to się ukazał? Ałbena Grabowska. Wyściskałyśmy się serdecznie. Chłopaki ruszyły na łowy a ja rozmawiałam z Nią chwilę a potem podeszłam poczekać do Agory aby poznać Piotra Adamczyka, tak, tego, którego "Dom tęsknot" tak mnie zachwycił. Kolejny raz stwierdzam, że może i nie trzeba bywać na Targach Książki ale jeśli można to wspaniale, bo jednak jest okazja do spotkania kogoś, kogo książki się lubi czytać. I, co oczywiście mogę sobie tylko domniemywać ale mam nadzieję, że tak właśnie jest, autorkom i autorom chyba również jest miło zobaczyć na własne oczy czytelników własnych książek. 

Ostatnie targowe spotkanie to z Gabrielą Kańtor. Tu całkowicie już niespodziewanie. Chciałyśmy się zobaczyć ale nie sądziłyśmy, że się nam uda czasowo. Ale jednak się udało. Przy okazji nie obyło się bez przygód bo aby odprowadzić Gabrysię na stoisko Jej wydawnictwa, przegalopowaliśmy dwukrotnie "murawę" (umownie bo wiadomo, że prawdziwej murawy teraz nie było) :) No ale jak to Gabrysia stwierdziła, "Mamy więcej czasu spędzonego ze sobą" i...coś w tym jest. Zarówno Ałbena Grabowska jak i właśnie Gabriela Kańtor mają w sobie mnóstwo takiej pozytywnej energii, którą "zarażają" (jest to jedyna forma zarażenia, którą dopuszczam :) ). 

Jaśkowi nakupowaliśmy mnóstwo i wszystkiego i aż nie chce mi się o wszystkim pisać, przepraszam. Obecnie podziwiamy "Anatomię" Helene Druvert wydaną w Mamani. Wspaniała aczkolwiek już wiem czemu nie skończyłam medycyny  :P 

piątek, 18 maja 2018

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. 

Data wydania 24.05.2018.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.


Ewa Nowak zdecydowanie stała się jedną z moich ulubionych autorek książek. I pomimo, że jej książki są jak rozumiem skierowane najpierw do młodzieży, uważam, że są one i dla młodzieży i dla dorosłych. Młodzież pewnie odczyta w tych książkach problemy znane ze swojego życia bądź życia swoich znajomych a dorośli. Cóż. Tak sobie cicho myślę, że książki pani Ewy Nowak właściwie powinni darować przyszłym rodzicom już na porodówkach przy wypisie. Dlaczego? Bo nieustająco poruszają te książki ważne sprawy i problemy młodzieży. A także pokazują jak rozmaite są więzi i relacje w rodzinie. O tym jednak warto przeczytać zanim dziecko podrośnie na tyle, że niewiele da się z problemami zrobić. Zdawałoby się najważniejsze relacje rodzic-dziecko potrafią być skomplikowane bądź popsuć się na skutek czy to wygórowanych ambicji rodzica, czy jego surowemu podejściu do dziecka. Lub na skutek innych problemów. Problemy w rodzinie, zawód rodziców w stosunku do dziecka, najczęściej spowodowany zbyt wygórowanymi oczekiwaniami samych rodziców, nawet przemoc, te i inne problemy porusza w swoich książkach o nastolatkach Ewa Nowak. Nie musi przy tym silić się na nie wiedzieć jak wyśrubowane pomysły i nieszczęścia jakie spadają na bohaterów. I właśnie ta zwyczajność, zwykłość nastolatków i ich rodzin w książkach tej autorki sprawia, że stają się one bardzo wiarygodne i przemawiają do czytelnika. 


"Grzywa" to tytuł książki ale i imię klaczy, która kiedyś należała do Zofii Major. Zosię poznajemy gdy ma piętnaście lat i wakacje spędza na ciężkiej pracy. Zamiast jak inne dzieci w jej wieku wyjechać gdzieś i naładować akumulatory przed kolejnym rokiem szkolnym, czy po prostu odpoczywać miło spędzając czas z rówieśnikami, Zofia szykuje się do zdobycia stypendium Goldbergów. To ważne stypendium pozwalające na naukę w brytyjskiej szkole jazdy konnej, którą prowadzi małżeństwo z Polski. Rodzice Zofii mają szkółkę jeździecką i hotel dla koni. Mama to wiecznie nieobecna w domu weterynarz, która co prawda kocha Zosię i kiedy jest, poświęca jej czas ale jest jej zdecydowanie zbyt mało w życiu nastolatki, która wkracza w jeden z trudniejszych okresów życia. Czasu, kiedy kwestionuje się silnie dotychczasowe zasady życia i to czego uczyli nas w domu nasi bliscy. Ojciec to były mistrz Europy w jeździectwie, obecnie nauczający w prowadzonej przez rodzinę szkole jeździeckiej. Zosia kocha konie i jazdę na nich i niby przywykła do tego, że jej życie to nieustanne startowanie w kolejnych konkurencjach ale odczuwa coraz wyraźniej , że to nie to i że czegoś coraz silniej jej brakuje. Czego? Zmiany? Miłości ojca, który jest domowym tyranem ? Uwagi i więcej czasu ze strony mamy? Przyjaźni ? W szkole jeździeckiej pracuje zaufany pracownik Hubert, ciekawa postać, którą też przez większość książki oceniałam nieco zbyt surowo, dobrze, że na końcu autorka przybliżyła nam postać tego mężczyzny.


Tego lata wszystko się zmieni. Zofia zrozumie, że od tej pory chce w swoim życiu czegoś odmiennego niż to, co do tej pory kazano jej robić. Odczuje bezsens pewnych postaw i posunięć. Zacznie być najpierw jako samouk a potem dzięki pewnej ważnej dla niej osoby , zaangażowana w działanie "Koniec bez przemocy". To lato będzie dla Zosi przełomowe i w relacjach z ludźmi, z rodzicami ale i z dotychczasową przyjaciółką Amandą, która również walczyć ma o stypendium Goldbergów, jak również nastąpi przełom w spojrzeniu na świat i na to, jak dotąd żyła. Można powiedzieć, że w pewien sposób dotychczasowy porządek świata Zofii runie bezpowrotnie. Zosia będzie natomiast usilnie walczyć o to aby przekonać ojca i swoich bliskich do tego, czego dowiedziała się na temat pracy z końmi w nowy sposób. Ale nie będzie to łatwe. W "Grzywie" ciekawym jest zestawienie surowego i despotycznego ojca bohaterki i narratorki z jego wychowaniem koni. Które traktuje jako te, która mają mu się podporządkować bezwarunkowo. Piotr Major oczekuje tego podporządkowania od bliskich ale przede wszystkim od córki. Której chyba tak naprawdę nie lubi. Zosia dotychczas starająca się zaspokoić ambicje ojca, teraz zwyczajnie odcina się od tego wszystkiego aby zacząć wreszcie żyć dobrze. 


Upadek dotychczasowych wartości i zasad staje się tego lata początkiem czegoś nowego dla Zosi. I ma ten początek odniesienie nie tylko w jej relacjach z końmi. Opowieść ta była dla mnie niezwykła właśnie również ze względu na innych jej bohaterów i wcale nie określę ich jako drugoplanowych, a mianowicie dzięki koniom. To one nauczą bohaterkę wielu ważnych spraw. To dzięki temu, że dziewczyna je naprawdę kocha, będzie chciała starać się je zrozumieć i zacząć inaczej traktować. 


Bardzo ważna i bardzo mądra książka, nie mogę się jej nachwalić ale też uważam, że mamy na naszym rynku wydawniczym książek dla młodzieży autorkę piszącą ważne i niebanalne książki , niekoniecznie tylko i wyłącznie skupiającą się na pierwszych miłościach (chociaż te motywy również przewijają się w książkach Ewy Nowak) i dlatego mam czasem wrażenie, że powinnam wyraźniej podkreślić, że tak, książki Ewy Nowak są naprawdę świetne, mądre a przede wszystkim jakieś takie głębokie emocjonalnie a nie płytkie i , że się kolokwialnie wyrażę, "czarno białe". 


Moja ocena tej książki to 6 / 6.

czwartek, 17 maja 2018

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2018). 

Grałam o tę książkę na stronie wydawnictwa z pełną premedytacją. Jak bowiem niektórzy może wiedzą, interesują mnie współczesne Chiny. Kiedyś interesowałam się bardzo okresem Rewolucji Kulturalnej, zaczytywałam się w książkach czy to opartych na faktach czy poruszających w treści ten problem. Obecnie ciekawi mnie sam kraj a raczej jego spektakularny rozwój. I chociaż z bardzo wielu powodów na pewno tam nie pojadę , to tym chętniej "poznaję" go przynajmniej w taki sposób. Los mi sprzyjał i książkę udało się wygrać a więc z wielką przyjemnością przystąpiłam do lektury. I nie zawiodłam się.

Autor jest dziennikarzem pracującym w "National Geographic Travel". Nie czytałam wcześniejszej jego książki ale "Made in China" bardzo mi się podobało. Nie jest to , i dobrze, żadna tam naukowa rozprawa socjologiczno społeczna na temat współczesnych Chin ale wycinki, kilka opowieści, relacji i subiektywnych odczuć Michała Cessanisa. Ja bardzo lubię takie książki, lubię w ten sposób poznawać dany kraj. Szczegóły i fakty naukowe są do sprawdzenia drogą książkową z innych źródeł, a czytając takie reportaże, spostrzeżenia i wrażenia z podróży pozwalają mi poczuć się tak jakbym na chwile znalazła się w opisywanym kraju, w tym przypadku w Państwie Środka.

I tak, czytając "Made in China" odkryłam (nie powiem, że było to radosne odkrycie), że z Chinami łączy nas narastający i nie dający się łatwo rozwiązać problem smogu. Przyznaję, że czytałam go z wielkim niepokojem, zwłaszcza dane o chorobach i zgonach spowodowanych właśnie zanieczyszczeniami powietrza. 
Opowieść autora o Chinach mogłaby być dość sztampowa, typowa, ale okazała się w kilku aspektach oryginalna i to bardzo mi się podobało. Na przykład rozdział o psach. O psim mięsie. I o ludziach, którzy starają się wyratować psy i uchronić je przed marnym ich losem, jaki może je spotkać. A pomagający mieszkają też w Polsce, nawet znany z radia dziennikarz pomagał przewieźć jednego psa z Chin do Polski. 

Mnie zainteresował też rozdział o chińskim chrześcijańskim Kościele podziemnym, a także o paryskiej chińskiej dzielnicy Belleville. I autor opisując ją nie ograniczył się do opisów restauracji z czerwonymi lampionami zawieszonymi przed wejściem a ukazał szereg ciekawych i ważnych spraw, które dotyczą tej dzielnicy a przede wszystkim ludności ją zamieszkujących.

Bardzo interesujące dla mnie było przeczytanie o Chińczykach mieszkających w Polsce od dziesiątek lat, o założycielu bodajże najsłynniejszej (bo pierwszej i jakże na tamte czasy założenia jej egzotycznej dla Polaków) restauracji chińskiej o nazwie "Szanghaj", która mieściła się w Warszawie.  Zainteresował mnie też ogromnie rozdział o dwóch artystach z Polski, którzy poznali sztukę chińską, studiowali w Chinach chociaż w zupełnie odległych czasach. Jeden to Stanisław Tworzydło, który przed Rewolucją Kulturalną w Chinach miał okazję studiować tam na uczelni wyższej ceramikę. Drugi to jego uczeń, malarz urodzony kilkadziesiąt lat potem, Wiesław Borkowski. Jeśli wrzucicie w wyszukiwarkę jego nazwisko, i dodacie na wszelki wypadek słowo "malarz", znajdziecie jego stronę bez trudu. Polecam, maluje naprawdę niesamowicie i jest chwalony nie tylko w kraju ale przede wszystkim w Chinach.

Oprócz tego są też rozdziały o noworocznej wędrówce, o hutongach, o Hongkongu i jeszcze inne. Myślę,że naprawdę ktoś, kto hobbistycznie interesuje się Chinami, nie powinien narzekać. Mnie się bardzo podobała ta książka jak również fotografie autora zamieszczone w niej. 

Przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością i polecam. 
Moja ocena to 5.5 / 6. 

...której nie chcę. 

Dzisiaj mija siedem lat od śmierci Emilki. Zostałam przez los wtłoczona w rytm rocznic, których bym nie chciała. Od 2011 roku koniec kwietnia jest dla mnie mega trudny ,potem 3 maja, kiedyś moje imieniny, potem zmiana, oddałam ten dzień Emilce, jak to określiła moja przyjaciółka, miała rację . To Emilki był dzień. A dzisiaj, równo czternaście dni od Jej narodzin rocznica śmierci. Tamtego dnia nie padał deszcz, ale było zimno, zaskakująco dużo z niego pamiętam. I to pytanie dźwięczące wtedy w głowie "jak żyć?". Jak żyć? Dalej. I z. Z najbliższymi i dobrze, że Są. Dalej. Wstawać każdego dnia i starać się nie myśleć. I tak jest tak, że nie ma dnia aby się to wszystko nie wróciło. To się może wrócić w jednej myśli, w jakimś odnośniku, w spojrzeniu na dziewczynkę, która jest w Jej wieku i mogłaby być moją córką, w czytaniu tego, co z córkami robią inne mamy i ta myśl, że ja nigdy i już. Nie lubię jak mnie ktoś poucza, że mam być wdzięczna za to czy za tamto bo nikt w mojej głowie nie siedzi i nie wie za co i w jakiej formie jestem wdzięczna. A jestem, jestem wdzięczna za to, co mam i za moich Bliskich, których mam przy sobie. Ale nie ma i nigdy nie będzie we mnie zgody na to co siedem lat temu stało się Emilce i co stało się nam. To nie tak miało być.
Pomyślcie dziś o Niej chociaż przez chwilę, proszę, będę Wam bardzo wdzięczna. 

środa, 16 maja 2018

Prowadzimy nieustająco w naszym domu interesujące dialogi. Jak chociażby ten dzisiejszy.

Jaś pyta się mnie "Nie będziesz jadła truskawek?".

Ja "Nie, tak się objadłam lodami truskawkowymi, że nie mogę patrzeć na truskawki".

P. najczęściej występujący jako głos z offu "Możesz jeść z zamkniętymi oczami". 

W sumie mogę.

Kurtyna :P

Tak mogłabym zatytułować dzisiejszy wpis. Nie ukrywam, ze pojawił się on niejako po przeczytaniu pewnego stwierdzenia w innym miejscu (nie chcę pisać za wiele bo wiem jak to jest, chce się dobrze a można komuś zaszkodzić). I zaczęłam myśleć jak to jest z tym promowaniem siebie. W różnych aspektach. Kiedy jesteś kimś, kto pisze na przykład (a nie promowaniem się jako matka roku czy idealna przyjaciółka :P). Pisze się jako autor, autorka lub prowadzi jakieś miejsce w sieci , gdzie słowo się liczy. Czyli na przykład blog, książkowy jak ja na przykład. Już wiem,że w tym medialnym wyścigu zostałam daleko za linią startu. Kiedy inni szykowali kopyta do biegu, ja najwyraźniej sprawdzałam tekst czy nie zawiera zbyt wielu błędów. Tak czy inaczej, w blogosferze istnieje mój blog już długo, w tym roku "stuknie" czternaście lat ale z pewnością nie mogę nazwać go blogiem najbardziej popularnym. Co nie oznacza, że nie cieszę się z każdego, podkreślam, każdego komentarza (nie dopuszczam jedynie tych komentarzy moderując, które są komentarzami mającymi reklamować usługi sprzedaży itd, szczęśliwie nie muszę). I wychodzi na to, że prowadząc blog prowadzę go faktycznie dla siebie i grona znajomych. Nie poznałam tajnik samopromocji, trochę pewnie to moja wina, bo nie wstawiam zdjęć, nie organizuję konkursów, po prostu piszę co mi w duszy gra po lekturze. Są wydawnictwa, którym to nie przeszkadza i tym jestem wdzięczna za chęć współpracy, są autorzy, którzy chcą abym czytała ich teksty bo to co piszę jest dla nich ważne i to mnie wzrusza bardzo. Tak to już jest i tyle. Ale. Ale. Mnie nikt nie wydaje ( w sensie, moich tekstów nie wydaje :P ) , ja z pisania nie zarabiam na życie. A autorzy owszem. Wiem, że pewnie nie wszyscy i większość z nich ma zawód wiodący a na życie z pisania mogą sobie pozwolić jedynie nieliczni. Ale to oznacza, że spora część autorek i autorów starając się zarobić na swoich książkach ma zgryz. Bo nie są zbyt promowani przez wydawnictwa. Ja oczywiście rozumiem aspekt finansowy całego przedsięwzięcia i rozumiem jak najbardziej mechanizm, czyli promujemy i polecamy jako wydawca to, co wiemy, że ma szanse się sprzedać i na czym zarobimy. Absolutnie nie oczekuję od kogokolwiek działalności charytatywnej (rozumiem, że wydawca ma czynsz do opłacenia i finanse dotyczące samej działalności gospodarczej a również po prostu chce też z tego czym się zajmuje wyżyć). Mówię tu o innym mechanizmie, który zauważyłam sama dawno już temu ale dzisiaj pewne słowa jakoś dały impuls do tego wpisu i ot co.

A jest to taki wpis, że mam ochotę o coś Was poprosić. Podajmy sobie nazwiska autorów (skupmy się dzisiaj na autorach polskich), których książki bardzo nam się podobają, które lubimy a które, jak się nam wydaje, nie są dość promowane. Już parę razy pisałam o kilku autorkach w tym kontekście, że według mnie piszą bardzo dobre książki, w swoich gatunkach literackich, którymi się zajmują , a wydaje mi się, że nie dość się je promuje. Ponieważ rozumiem, że autorka czy autor pisząc chcą nie tylko zarobić ale trafić do drugiego człowieka swoim słowem a przede wszystkim poczuć, że z drugiej strony jest autor, więc mogę zrozumieć poczucie rozgoryczenia jakie może towarzyszyć w chwili, gdy nie ma się wrażenia, że ktoś jest w stanie znaleźć naszą książkę w księgarni. I nie chodzi tu o książki wydane kilka lat wstecz ale całkiem jeszcze nowości. Ja wiem wiem, książka podobno teraz "żyje" trzy miesiące czy coś koło tego ale jako czytelniczka nie muszę mieć w sobie zgody na taką sytuację . I faktycznie jej nie mam. 

Długi wstęp (ale nie Bronisław, jak w Kubusiu Puchatku) ale uważam, że potrzebny bo chcę abyście zrozumieli o co mi z kolei chodzi. Nie o narzekanie , że nie promują, a o polecenie sobie i innym nazwisk autorek i autorów, co do których mamy wrażenie (może mylne, na pewno subiektywne, więc nasze własne), że nie są polecane, nie są często zauważane. I że szkoda aby inni czytelnicy, zwłaszcza ci, co do których gustu czytelniczego jesteśmy pewni, że jest zbliżony do naszego, nie poznali książek tych autorów. Bądź w chwili gdy się wahają czy po książkę danej autorki sięgnąć, przestali się wahać. 

Zebrałam "na gorąco" kilka nazwisk autorek i autorów, których książki ja lubię czytać. Będę bardzo Wam wdzięczna jeśli w komentarzach do tego wpisu napiszecie swoje typy, nazwiska autorów, których uważacie, że warto czytać ich książki. Wybór dotyczy głównie literatury obyczajowej (w moim przypadku chociaż jest i autor wspaniale napisanych biografii ale Wy możecie pisać o poetach i poetkach , co Wam w duszy czytelniczej gra). I naprawdę, proszę pamiętać o tym, że jest to MOJE SUBIEKTYWNE wrażenie, odczucie. Nikt z wymienionych autorów nie skarżył mi się (jakby co, służę uchem bądź ramieniem do wypłakania się i ulania emocji bo uważam, że trzeba z siebie wyrzucić to, co uwiera). Niektórzy mają za sobą już sporo napisanych książek, inni debiutowali. Nie ma reguł w tym wpisie, liczą się jedynie nasze odczucia. Mam nadzieję, że wpis ten nie stanie się przyczynkiem do jakichś niesnasków a jedynie do możliwości zaproponowania sobie nazwisk autorów, po których książki z jakichś powodów do tej pory nie sięgnęliśmy. Sama jestem ciekawa Waszych propozycji. 

Starałam się wypisać nazwiska w porządku alfabetycznym ale mogłam się gdzieś pomylić, nieważne, ważne, że kolejność znaczy li i jedynie porządek w alfabecie a nie większe bądź mniejsze upodobanie do książek danej autorki czy autora.

Joanna Bator, Alina Białowąs, Grażyna Jeromin-Gałuszka, Hubert Fryc, Wioletta Grzegorzewska, Anna Karpińska, Magdalena Kawka, Magdalena Knedler, Agata Kołakowska, Jolanta Kosowska, Katarzyna Misiołek, Ewa Nowak, Iwona Poczopko, Joanna Szarańska, Iwona Walczak, Małgorzata Warda, Mariusz Urbanek. 

Popromuję też własny blog :) Przypominam, że możecie polubić stronę mojego blogu na Fb, wystarczy poszukać w wyszukiwarce fejsa Chiara76 i "wyskoczy" blog. Fota mnie czytającej w otoczeniu warmińskiej wsi sielskiej w zdjęciu profilowym to dodatkowy bonusik do polubienia strony, czyż nie? :P

wtorek, 15 maja 2018

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2018). Ebook.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.


Lubię czytać debiuty. Dlaczego? Bo debiut literacki jest jedną wielką niewiadomą. Jak to dzisiaj do kogoś napisałam, trochę jest z nim tak, że nie do końca wiadomo co się z niego wykluje. Bywa, że robaczek ale bywa, że barwny motyl. "W cieniu paproci" zainteresowała mnie w chwili gdy przeczytałam o niej pierwsze wzmianki. Nie ukrywam, że oryginalne imię autorki przykuło moją uwagę do opisu. Początkowo pomyślałam, że będzie to kolejna książka obyczajowa (do książek obyczajowych jak Wiecie, nic a nic nie mam, chętnie je czytuję) , ot, a tu przyjemna niespodzianka. Owszem, jest to książka obyczajowa, ale z ciekawymi bohaterami i interesującymi problemami, które opisuje. I pomimo, że nie opisuje jakichś niezwykle oryginalnych wydarzeń, to mnie zainteresowała, wciągnęła w swój świat, sprawiła, że "kibicowałam" jej bohaterom. 

Ładna okładka książki projektu pani Joanny Wasilewskiej wprowadza nas w treść książki. Jej akcja bowiem dzieje się głównie w kamienicy i w mieście, w którym mieszkają bohaterowie. Adam to niepełnosprawny artysta. Kiedyś pełen werwy, mieszkający również poza granicami Polski, po wypadku trafił na wózek inwalidzki by wieść życie samotnika w jednej z kamienic. Tam na najwyższym piętrze, odcięty od ludzi ( z wyjątkiem miłego listonosza, pana Wacława, który jest jego jedynym łącznikiem ze światem) maluje obrazy. Obserwuje z wysokości swoje podwórko, mieszkańców , w tym kobietę mieszkającą naprzeciwko niego. Adam jej nie zna ale my będziemy o niej czytali. Maria, bo takie nosi imię, to pięćdziesięcioletnia kobieta. Mieszka z mamą i rozpamiętuje dawną miłość do Jana. Chociaż mieszka z matką, czuje się samotna. Mimo, że się nie znają, Adama i Marię łączy poczucie odizolowania się od ludzi, samotności na swój sposób. Maria przynajmniej wychodzi do ludzi gdyż pracuje w domu opieki ale po pracy wraca do domu i można powiedzieć, że jej życie jest monotonne. 

Adam sądzi, że jego życie również będzie polegało na malowaniu dla siebie, malowaniu chałtur na zakupy (w tym sporych ilości alkoholu) i użalaniu się nad swoim losem. Do dnia gdy do jego mieszkania trafia niezwykle miła i aktywna dla ekologii Niki. Niki przychodzi do Adama w sprawie ekologicznych żarówek a udaje jej się nadkruszyć skorupę , którą się otoczył i zostaje jego znajomą. Nie ma to żadnego złego podtekstu, ot, samotny mężczyzna, który tak naprawdę łaknie kontaktu z drugim człowiekiem i fajna młoda osoba, która zresztą nawiedzać będzie Adama zarówno z przyjaciółmi ze szkoły jak i z młodszą siostrą Kasią.

W życiu Marii również zdarzy się coś, co sprawi, że uda się jej ruszyć do ludzi. Tytułowa paproć to roślina należąca do Marii, którą to rośliną kobieta opiekuje się z niezwykłą czułością. Ale czy uda się jej jeszcze znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się nią samą? Nie jest w końcu na końcu drogi życia a raczej w jego połowie a poza tym, co ważne, w każdym wieku człowiek potrzebuje i zasługuje na uczucie, na bycie z innymi ludźmi.

"W cieniu paproci" to jak pisałam książka obyczajowa ale poruszająca ważne tematy, takie jak niepełnosprawność i wynikające z tego sytuacje, alkoholizm, samotność, przemoc wobec słabszych, nałożenie na kogoś młodego wielkiej odpowiedzialności, straty różnego rodzaju, w tym te najważniejsze. To wreszcie opowieść o tym jak łatwo jest zamknąć się w sobie niczym w skorupie żółwia i potraktować siebie samego najokrutniej gdyż uniemożliwiając sobie życie wśród innych, z miłością, przyjaźnią, wszystkim tym , co ważne i co sprawia, że chce się żyć. Również, co nie bez znaczenia, to przypomnienie o tym, że człowiek do miłości ma prawo również będąc osobą starszą, o czym przekonują Marię, pracującą w domu opieki dla osób starszych, właśnie jej podopieczni. 
"Człowiek jest stworzony po to, by się sobą dzielić, i w tym jest sens". To zdanie pojawia się w tej książce i ja się z nim całkowicie zgadzam. 

Jeśli więc mam sobie życzyć debiutów, to właśnie takich, czyli ciekawych, dojrzałych, ważnych ale nie przekombinowanych. Takich akurat. Opowiadających historie możliwe do zaistnienia, z bohaterami, z którymi albo możemy się przynajmniej w części utożsamić bądź znamy tego typu osoby w naszym otoczeniu. Mnie podobały się postaci drugoplanowe, jak pan Wacław, listonosz, wspierający Adama jak i kochający wciąż tak samo swoją żonę. Ale właściwie każdy z bohaterów jest interesujący.


Moja ocena to 5 / 6. 

piątek, 11 maja 2018

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. Data premiery 22.05.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

"Zaklinaczki" są moją pierwszą książką Marioli Zaczyńskiej. I już wiem, że na pewno nie ostatnią, tak mnie wciągnęła i tak mi się spodobała. To dobrze. Cieszę się, gdy sięgając po nowe (dla mnie) nazwisko, pierwsze spotkanie jest udane i ważne. 

"Zaklinaczki" na okładce reklamowane są przez Wydawcę jako, cytuję, "Pean na cześć prawdziwej, dojrzałej przyjaźni". No, z tą przyjaźnią nie do końca bym się zgodziła. A przynajmniej miałabym do tego określenia w tym przypadku sporo zastrzeżeń. Na pewno jednak można relację trzech kobiet po czterdziestce określić mianem "ważnej relacji". Gabriela, Izyda i Ewa. Trzy kobiety, które nie układały razem widoczków, które nie grały w podchody czy w gumę na podwórku Siedlec, w którym to mieście dzieje się akcja książki. A połączyło tę trójkę nieprzyjemne wydarzenie. Które jednak stało się początkiem tej znajomości i relacji. 

Gabriela jedyna z trójki kobiet jest mężatką i ma dzieci, Bartka zaraz po studiach i osiemnastoletnią córkę Adelę. Ewa jest psychologiem pracującym w poradni i dodatkowo pomagającą fundacji zajmującą się kobietami, ofiarami przemocy. Ewa jest wysportowana i waleczna, bardzo skryta. Żyje sama w domku pod miastem. Podobnie jak trzecia, Izyda, nie otwiera się na innych, pokazuje innym jedynie to, na co sama się zgadza, nie uda się z niej wyciągnąć żadnych zwierzeń dotyczących przeszłości. To zdecydowanie łączy ją z Izydą, z którą to nic więcej specjalnie jej nie łączy. Izyda, to nauczycielka plastyki w szkole. Poznajemy ją w chwili gdy nie wie co dalej z jej trwającym ponad piętnaście lat romansem. Izyda jest pięknością , łudząco podobną do Sharon Stone, noszącą się elegancko i na pewno nie ubierającą się w sieciówkach. Jej znakiem rozpoznawczym są noszone przez nią zawsze perły, których ma istną kolekcję, której nie powstydziłby się niejeden sklep jubilerski. Wstęp ten ma pokazać Wam dlaczego nie do końca uznałabym znajomość tych trzech pań za przyjaźń. Właściwie jedynie Gabriela sądzi o nich, że są przyjaciółkami. Jednak gdy potrzebuje wsparcia i pomocy, okazuje się, że właściwie jest całkiem sama. W chwili gdy ją poznajemy, Gabriela zaczyna mieć poważne problemy w małżeństwie. Jej mąż to praktykujący katolik, dla którego przed ślubem Gabi przyjęła chrzest. Sama odnajduje jakiś rodzaj spokoju i ukojenia w religii, co dziwi jej matkę, przeciwniczkę i zięcia i decyzji córki o chrzcie i ślubie kościelnym. Rodzice Gabrysi jednak na stałe mieszkają w Niemczech, dzwonią okazjonalnie a głównie czyni to mama, która dzwoni na ogół ponarzekać na sytuację polityczną współczesnej Polski. O współczesnej sytuacji Polski bowiem w tej książce również będzie. Autorka wzięła, że się tak może nazbyt kolokwialnie wyrażę, "na tapetę", znane sobie miasto jakim są Siedlce. Tak więc w książce Siedlce staną się soczewką, w której skupiają się wszystkie współczesne bolączki i problemy naszego kraju. Nepotyzm polityczny, decyzje polityczne podejmowane niekoniecznie w gabinetach polityków a według klucza i sympatii nie zaś według kompetencji i wiedzy. Polityka realnie i boleśnie wpływająca na życie tak zwanego "szarego człowieka". Przyznam, że Siedlce są mi nieznane. Słyszałam o nich w kontekście festiwalu "Pióro i pazur. Festiwal Literatury Kobiet", który to jednak po zdaje się pięciu zaledwie latach działalności musiał zakończyć działalność (powodem było oczywiście okrojenie funduszy na ten projekt). Zadziwiające i zastanawiające jest dla mnie czemu władze miasta podjęły taką decyzję, skoro jak widać , mogło to się stać jednym z niewielu (przykro mi to mówić ale tak właśnie jest) znaków rozpoznawczych Siedlec. Najwyraźniej jednak nie liczy się to na tyle by promować miasto taką drogą. Szkoda. 

Nasze polskie piekiełko jednak to nie jedyny ciekawy motyw "Zaklinaczek". Ciekawe oczywiście są same bohaterki, z których każda ma jakiś sekret, który ją gnębi i uwiera. Dodatkowo jedynie Gabriela może stwierdzić, że jak dotąd wiodła w miarę spokojne życie. Przeszłość Ewy i Izydy bowiem dalekie są od sielanki i szczęścia. Jednak na swój sposób obie dały sobie radę i podniosły się ze złych doświadczeń. Ewa na zajęciach sportowych, na które uczęszcza, nosi nawet przezwisko Feniks jak ta, która odrodziła się z popiołów. Stopniowo poznajemy życie trzech pozornie niewiele mających ze sobą wspólnego znajomych i będziemy towarzyszyć im w ich większych i mniejszych problemach czy wręcz dramatycznych wydarzeniach jakie będą miały miejsce. Bardzo mi się ta relacja podobała. Trochę jestem zmęczona oklepanym motywem "przyjaciółek z dzieciństwa", które po latach oczywiście znów lądują zrządzeniem losu w mieście dzieciństwa i jedząc sobie z dziubków wspierają się jak mogą. Tu nie ma słodu i lukru. Jest życie. Z jego miłymi i mniej miłymi historiami. Z mężem , z którym po latach zaczyna się odczuwać znużenie i którego zaczyna podejrzewać się o romans, z zawistnymi współpracownikami, którzy w ramach wydumanych idei potrafią człowieka powiedzonkowo utopić w łyżce wody. Z zazdrością wynikającą nie zawsze wiadomo z czego. Życie po prostu. Jednak ta szorstka jak stwierdzam przyjaźń faktycznie pod koniec książki otrzyma możliwość rozwinięcia się i jednak zmiękczenia dotychczasowych kantów. I nawet Gabriela, która poczuła się najbardziej oszukana w dotychczasowym układzie poczuje, że ma obok siebie kogoś, na kogo może liczyć w trudnych chwilach. 

Ta książka wciąga , losy bohaterek są ciekawe a dodatkowym plusem jest obserwacja rzeczywistości, w której żyjemy, której dokonała autorka. Plusem są też barwne postaci drugoplanowe jak żywiołowa Stefania (ja akurat miałam jej chwilami dosyć i chyba w rzeczywistości z kimś takim bym się ścięła ale barwności nie można jej odmówić;)). 

Moja ocena to 6 / 6. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 339
| < Maj 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...