Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
czwartek, 20 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

"Spalone mosty" to druga książka z cyklu noszącego tytuł "Stajnia w Pieńkach". Nie czytałam pierwszej części serii czyli "Koncertu cudzych życzeń" ale muszę przyznać, że nie miałam żadnych problemów podczas lektury "Spalonych mostów". Co prawda mamy świadomość, że w pierwszej części cyklu działo się sporo ale autorka wprowadza nas w główne wątki w taki sposób, że nie czujemy się zagubieni jako czytelnicy.

"Spalone mosty" to książka obyczajowa, nie udająca niczego poza dobrym kawałkiem takiej właśnie prozy. Było to moje pierwsze "spotkanie" z tą autorką i muszę przyznać, że udane. 

Główna bohaterka to Magda. Magda rozstała się z mężem, chwilowo nie jest zainteresowana kontaktami z mężczyznami. Całą siłę i uwagę skupia na odziedziczonej stajni i hotelu dla koni. Odziedziczyła ona nie tylko budynki i samo miejsce ale i masę zmartwień i problemów wiążących się z utrzymaniem tego miejsca a konkretnie najlepiej z podreperowaniem go i wyprowadzeniem na prostą. Owszem, są z nią osoby do tej pory pracujące w stajni. Ale tak naprawdę wszystko jest najbardziej na jej własnej głowie. Dobrze, że jedną z pracownic jest Alicja, z którą Magda jest bardzo zaprzyjaźniona. Razem z kimś kto nas wspiera z pewnością łatwiej jest i usiąść i pogłówkować nad sprawami, nie tylko związanymi z interesem, oczywiście. 

Oprócz Magdy jest cała galeria postaci, mieszkających z Magdą osób czy też tych, którzy mają przybyć. Są też sąsiedzi obok prowadzący hotel, z którymi Magda również się zaprzyjaźnia. Wydawałoby się, że Magda powinna mieć poczucie stabilizacji ale niestety, wciąż jest na etapie rozmyślania i wymyślania tego co zrobić aby jakoś przetrwać i nie zbankrutować. Jednak obecność innych, serdecznych ludzi, z pewnością jest wsparciem i krzepiąca to świadomość to poczucie, że w zmartwieniach nie jest się samemu. Tak czuje się Magda, która w tej części serii rozwiąże też swoje dylematy uczuciowe. 
Czego mi zabrakło w tej książce ale być może jest to moje indywidualne odczucie, to tego, że jakoś niespecjalnie polubiłam bohaterkę. Ani też nie denerwowała mnie specjalnie. Ot, jakoś tak była mi obojętna. Może w dalszych częściach (lub części bo w sumie nie znam planów autorki dotyczących "Stajni w Pieńkach") bohaterka da się mi polubić nieco bardziej. 

Niemniej jednak całość podobała mi się, również dlatego, że jak na obyczajówkę to akcja dziła się nad podziw wartko i dodatkowo były tajemnice z przeszłości, wątek wręcz kryminalny, który znajdzie w tej części swoje rozwiązanie. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

środa, 19 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017).

Przełożył Jerzy Żebrowski. 
Tytuł oryginalny Die Again.

To moja pierwsza książka tej autorki i już wiem,że nie będzie ostatnia.
"Umrzeć po raz drugi" to prezent dla P. , po który sięgnęłam ot tak, aby przejrzeć i kiedy zaczęłam czytać pierwsze zdania to ...wciągnęła mnie niesamowicie. Nie mogłam jej odłożyć i żałowałam, że nie jest to ebook , który bym mogła czytać nocą.

Akcja książki dzieje się nielinearnie, dwutorowo można powiedzieć. Zaczyna się od safari w Botswanie, w którym bierze udział siedem osób. I dwóch mężczyzn ze strony organizatora. To safari zakończy się tragicznie.
Przeżyje je jedna osoba. I jej narrację poznamy wędrując najpierw na zwykłej wyprawie gdy poluje się na zwierzęta jedynie za pomocą aparatu fotograficznego, a potem gdy wyprawa zmieni się w krwawe polowanie ale niekoniecznie na zwierzęta. 

Akcja współczesna rozpoczyna się natomiast w chwili gdy w Bostonie zostaje w wyrafinowany sposób zamordowany Leon Gott. Zdeklarowany myśliwy i człowiek, który nie widzi nic zdrożnego w polowaniu na zwierzęta nawet te będące pod ochroną. Jak również taksydermista. (Tak, nauczyłam się nowego słowa podczas tej lektury). Czy ktoś mści się na zwolenniku polowań ? Czy w grę wchodzą jakieś sprawy z przeszłości ? 

Jane Rizzoli w duecie z Maurą Isles (to fajny duet występujący i w innych krymiałach Gerritsen) będą współpracować przy rozwiązaniu tej zagadki. 

Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę mimo, że bywa dość konkretnie podczas opisów (czy to wyglądu ofiary czy to sekcji zwłok). Książka jest dobrze tłumaczona co tylko dodaje jej plusów i sprawia, że czyta się ją bardzo dobrze.

Widać, że Tess Gerritsen była na wyprawie w Afryce bo naprawdę akcja dziejąca się podczas owego pechowego safari w Botswanie opisana jest tak wiarygodnie, że miałam wrażenie, że oglądam to wszystko jako świadek. Gerritsen udało się też stworzyć nastrój narastającej grozy, nie tylko podczas wydarzeń afrykańskich ale przede wszystkim podczas akcji dziejącej się współcześnie, już w Stanach Zjednoczonych. Dla mnie wielką zaletą tego kryminału są postaci śledczych czy raczej pracujących przy śledztwie czyli duetu, o którym wspomniałam. Z wielką ulgą powitałam policjantkę Jane Rizzoli, która nie jest alkoholiczką, nie smęta bez powodu (mimo, że doświadczenia zawodowe mogłyby ją ku temu skłonić). Ba, ma szczęśliwe małżeństwo i fajną córeczkę. Jak miło czytać zaprzeczenie i tak wyraźne przeciwieństwo do wszystkich tych skandynawskich policjantów, którzy najczęściej marnowali swoje życie.

Co mi się jeszcze podobało to płynące gdzieś nienachalnie ale jednak w tle przesłanie. Czyli takie, że niby nie warto wracać do przeszłości ale gdy owa przeszłość sprawia,że zamykamy się ze strachem w domu i praktycznie stajemy się więźniem we własnych pieleszach, czas jest jednak stawić czoło przeszłości i jeśli oczywiście jest taka możliwość rozprawić się z nią jak najszybciej. 

Bardzo mnie wciągnęła ta książka. Być może ostatnio czytam zbyt mało kryminałów aby domyślić się sprawcy ale nie, nie domyśliłam się dopóki nam nie ujawniła osoby właściwej sama autorka co dla mnie jest dodatkową zaletą. Jednak zawsze to miło zostać przez autora zaskoczonym.

Myślę, że zupełnie niespodziewanie zyskałam kolejną autorkę kryminałów, którą będę lubić. 

Na czytniku czeka mój prezent zeszłoroczny (lub jeszcze dawniejszy) dla P. tej autorki czyli "Grawitacja" (zabawne, że wszystkie książki jak dotąd tej autorki są prezentem dla P. :) ). 

Może ktoś, kto czyta tę autorkę mógłby mi polecić jakieś inne warte przeczytania tytuły? Przynajmniej na początek. 

Moja ocena książki "Umrzeć po raz drugi" to 6 / 6.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 

Od razu zaznaczę, że nie czytałam "Jedenastu tysięcy dziewic", która to książka jest pierwszą z cyklu "gdańskiego". Niemniej jednak nie stanowiło to przeszkody, szybko zorientowałam się kto jest kim w, trzeba przyznać, licznym gronie opisywanych w książce postaci.

W "Madonnach z ulicy Polanki" akcja książki dzieje się wokół postaci Anki. W tej części poznajemy Ankę w sytuacji mocno trudnej. Oto bowiem jest ona w ciąży, ale i niestety, pojawia się nad nią widmo powrotu choroby. Anka znalazłszy się w trudnej sytuacji postanawia więc wrócić do Gdańska. Tam rzuciły ją losy i tam poniekąd zakorzeniła się w pierwszym , nieudanym małżeństwie. Mając na uwadze dobro dziecka kobieta chce porozmawiać z mężem, z którym nie łączy ją już nic i wreszcie uzyskać rozwód. 
Nie mając gdzie się zatrzymać przyjmuje pomoc swojego lekarza prowadzącego,który oferuje jej mieszkanie na ulicy Polanki. Ta gdańska ulica zamieszkiwana jest przez grono nieszczęśliwych osób, zwłaszcza kobiet. 
Jeśli chodzi o kobiety nieszczęśliwe to Anka wywodzi się z rodziny, w której kobiety bywały bardzo nieszczęśliwe.Anka chciałaby oczywiście "złamać" zły los, jakieś okrutne przeznaczenie? Ale czy jej się to uda? Jest sama, postawiona nagle w sytuacji trudnej i nie do końca sprecyzowanej. 

W "Madonnach z ulicy Polanki" jak już wspomniałam, przedstawiona jest bogata galeria postaci. Wydaje się być nawet lekko tłoczno ale uważny czytelnik nie pogubi się wśród postaci a na swój sposób każda z opisywanych postaci jest na swój sposób ważna. Niestety, na swój też sposób każda z tych postaci jest nieszczęśliwa. Jedna bardziej, inna mniej ale szczęśliwych zakończeń w życiu tych ludzi jest raczej niewiele. 

Mnie najbardziej zainteresowały losy Anki, której kibicowałam. Budziła współczucie ale nie swoją chorobą a swoją niemożnością wyzwolenia się z "gorsetu" , w który wtłoczyło ją życie. Nie potrafiła uwolnić własnych emocji a gdy próbowała to zrobić, spotykała się raczej z niezrozumieniem. W książce też, co mi się podobało, nie było chodzących ideałów. Tak naprawdę ludzie w niej opisani byli bardzo prawdziwi z ich przywarami i wadami. 

Dobrze jest próbować coś nowego, coś czego do tej pory się nie znało. Dla mnie sięgnięcie po książkę Joanny Marat było okazją do sprawdzenia jak spodoba mi się proza przez autorkę pisana. Eksperyment się powiódł. Co prawda książka napisana jest w dość swoistym stylu, czuć jakieś rozedrganie ale według mnie tworzy to dopełnienie przedstawionych na kartach historii. 

Nie sądzę też, że należy w stu procentach zawierzać cudzym opiniom, mnie trochę ktoś tę książkę odradzał a okazało się, że słusznie zawierzyłam swojej intuicji i sięgnęłam po nią. 

Myślę jednak, że faktycznie nie każdemu się spodoba. Dla kogoś może być jednak w niej zbyt "tłoczno" , jak pisałam, jest jakoś niespokojnie, czuć rozedrganie i akcji i postaci opisywanych w niej, do tego być może nie każdemu spodobać się dość mroczny klimat książki. Mnie jednak ta książka wciągnęła. 

Moja ocena to 5 / 6. 

piątek, 14 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2014). Ebook.

Nareszcie książka opowiadająca o dzieciństwie ustami dorosłej już kobiety, która nie jest rzewnym wspomnieniem o układaniu wianeczków z mleczy, obrazków pod szkłem (widoczków? tak się to nazywało?) czy grze w klasy ani też (ulga!) żadne traumatyczne wspomnienia z patologicznej rodziny. Największym zaś plusem tej prozy jest jej zwięzłość i nie rozwlekanie tak teraz niestety modne i popularne. W "Gugułach" (regionalna nazwa niedojrzałych owoców) Wioletcie Grzegorzewskiej w minimalistycznej formie udało się zawrzeć świetną i wciągającą treść. Znajomą osobom w podobnym wieku, nieważne naprawdę czy wychowującym się na wsi jak autorka czy w mieście. Według mnie bowiem te wspomnienia zawierają takie uniwersalne prawdy i treści, które brzmią znajomo dla osób rosnących w podobnym czasie. 
Nie wiem na ile Grzegorzewska zawarła w swojej książce biograficznych elementów. Brzmi tak, jakby zmieściła ich bardzo, bardzo dużo ale też nie mam zamiaru traktować tej prozy jako sensacyjnych wspomnień kombatanckich na zasadzie "kiedyś to dzieci bawiły się bez smartfonów, godzinami na podwórku, końmi ich do domu nie można było zapędzić i w ogóle kiedyś to było lepiej". Bo na szczęście nie jest to zupełnie i tego typu książka. 

To po prostu wspomnienia, krótkie opowieści, jak koraliki nanizane ręką dziecka na sznurek wspomnień. Opowieści, które i czasem zatrważają, czasem przerażają, czasem śmieszą. Jak życie. Jak wspomniałam, dziękuję autorce, że nie postarała się wykreować nie wiedzieć jak ambitnej literatury wspomnień ocierających się o zło czy cierpienie (dużo takich opowieści z dzieciństwa się pojawiło i zapewne spora część z nich jest naprawdę potrzebna niektórym, zwłaszcza na poziomie terapeutycznym ale tu naprawdę miło, że to nie to). Tak naprawdę to po prostu opowieści o życiu w schyłkowym okresie PRL-u dziewczynki mieszkającej na wsi Hektary. W życiu dziewczynki jest rodzina, mama, tata (który pojawia się nieco po jej narodzinach), babcia i dziadek. Dziewczynka chodzi do szkoły, na religię prowadzoną w domku pod lasem. Bywa na odpustach, na rekolekcjach, bierze udział w konkursach czy wyzwaniach pod hasłem "zbieramy złom". Brzmi znajomo? No, właśnie. Przypomina się własne dzieciństwo. Ani lepsze ani gorsze od tego autorki, ale własne. Z naszymi własnymi wspomnieniami, które również możemy zebrać, kolekcjonować. 

Wioletta Grzegorzewska jest poetką. Co widać w (chwalonej przeze mnie) zwięzłości jej prozy. Dla mnie to plus. Nie ma tu nic z nadmiaru, nic zbędnego. Taki nieco wschodni chociaż opisujący słowiańską rzeczywistość, minimalizm prowadzący do powstania po prostu świetnej prozy, którą warto czytać. Dlaczego? Ano dlatego aby w tych historiach jak w lustrze móc się poprzeglądać, powspominać? Nie umiem się zdecydować, które z opowiadań podobało mi się najbardziej. Nie wiem czy potrafiłabym wybrać bo tak naprawdę zachwyciło mnie każde. 

Jestem zachwycona również tym, że w książce tej odnalazłam jedno z najmądrzejszych zdań w literaturze wypowiadane przez ojca Wioli do niej samej a mianowicie , cytuję : "(...) Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły". 

Moja ocena to 6 / 6.

czwartek, 13 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017). Ebook.

W minionych dniach odbyłam jedną z najpiękniejszych podróży. Dokąd? Do Grecji. Czy wyjeżdżałam? Nie. Podróż tę odbyłam za pomocą najbardziej magicznego przedmiotu jaki wymyślił człowiek. Nie, nie magiczną różdżkę mam na myśli oczywiście a...książkę. Dodatkowo muszę powiedzieć, że to jedna z najładniejszych książek, które czytałam. Czasem właśnie w odniesieniu do książki mam chęć użyć słowa "ładna" a to oznacza książkę napisaną w takim ładnym stylu, spokojną, często właśnie jest to książka fabularna. 

"Pocztówki z Grecji" udowodniły , że można, naprawdę, tak, da się napisać książkę z jakimś "chwytliwym" miejscem i nie będzie to kolejna opowieść o pani, która rzuciła dotychczasowe życie i rozpoczęła nowe w pięknym miejscu świata. Ufff. 

"Pocztówki z Grecji" zapewniają nam nie dość, że spokojny rytm opowieści to jeszcze dodatkowo to, co sobie cenię bardzo czyli miejsce jest równorzędnym bohaterem opowieści. Niedawno miałam takie refleksje po książce "Księżyc nad Rzymem" a dzisiaj pisząc o książce jednej z mojej ulubionej autorki. 

Wyobraźcie sobie główną bohaterkę książki. To Ellie Thomas. Ellie zaczyna życie w Londynie, o którym można z pewnością wiele powiedzieć ale na pewno nie to, że jest miastem najsłoneczniejszym na świecie. Niemniej jednak Ellie nie narzeka. Bierze to, co daje jej życie. Może dla kogoś dostaje od życia zbyt mało, czyli jest sama, nie ma też zdaje się przyjaciół, jej praca nie jest najciekawszą na świecie. Niemniej jednak dziewczyna nie narzeka. Jest jak jest i nie ma co nad tym się rozwodzić. Po co? 

W ten uporządkowany świat Ellie zaczynają napływać zapowiedzi zmian. A dzieje się tak za sprawą pocztówek z Grecji, które docierają pod adres, pod którym mieszka w wynajętym mieszkaniu. Pocztówki przychodzą regularnie i Ellie szybko orientuje się, że zaczyna na nie wręcz czekać. Podpisane jedynie literką "A." niosą ze sobą nie tylko piękne zdjęcia je zdobiące ale przede wszystkim parę skreślonych ręką nadawcy słów dotyczących miejsca, z którego pocztówka została nadana do tajemniczej S. Ibbotson.

Nie ukrywajmy, kropla drąży skałę. Te pocztówki, interesujące spostrzeżenia zawarte na kartkach dotyczące Grecji, to wszystko powoduje decyzję Ellie o wyjeździe do Grecji. Tym bardziej, że od ostatniej otrzymanej pocztówki minęło sporo czasu. 
W dniu wyjazdu, szczęśliwym zbiegiem okoliczności tuż przed opuszczeniem mieszkania przez Ellie dociera do niej ostatnia przesyłka. Tym razem nie jest to kartka a cały notes. 

Już w Grecji Ellie rozpoczyna lekturę informacji z notesu i poznaje historię nadawcy. Jest to mężczyzna porzucony przed kobietę, do której początkowo wysyłał przez kilka miesięcy owe pocztówki z refleksjami na temat odwiedzanych miejsc. 

Jak wynika z jego listów pisanych w wysłanym notesie, początkowo mocno przeżył porzucenie ale postanowił nie wracać do Londynu , tylko zwiedzać dalej Grecję i realizować swoje plany dotyczące powstania książki związanej ze sztuką tego kraju. 
Realizacja jego planu początkowo mogłaby zostać wziętą za beztroskę i może zbyt pochopną ale okazała się dla niego samego zbawienną. Odtąd bowiem podróżując po Grecji odwiedzał najrozmaitsze miejsca, a wszędzie, siadał wśród ludzi, wdawała się z nimi w rozmowę i słuchał drugiego człowieka. Przede wszystkim słuchał. Opowieści były jak to opowieści o życiu, rozmaite. O miłości, o nienawiści. O szczęściu i o zemście. O pokoju i o wojnie. Wciąż tajemniczy dla Ellie "A". sam zdawał sobie sprawę, że część z nich mogła zostać zdecydowanie wyssana z palca i właściwie, cóż z tego, skoro są one na tyle ciekawe, że nie pozostało nic innego jak je spisać i puścić dalej w świat. 

Tak więc książka ta składa się z kolejnych miejsc, w które trafiał nadawca i owych historii,które spisał na kartach notesu.

Muszę powiedzieć, że to książka z gatunku tych, które do jednego trafią, do innego pewnie nie. Bo na swój sposób to przecież zbiór opowiadań. Dla mnie, która jak Wiecie, tęsknię za Grecją, ta książka stanowiła wspaniałą możliwość przeniesienia się w miejsca, które tak lubię i poczytania naprawdę ciekawych historii. 

Bardzo serdecznie ją polecam, dla mnie ta książka to magia w czystej postaci, coś niewiarygodnego i oczywiście ocena będzie wysoka. 
Najpierw jednak cytat "(...) - Kto pisze dla kogoś konkretnego? - odparł. - Wmówiłem sobie, że to dla niej, ale myślę, że w ostatecznym rozrachunku piszemy dla samych siebie."

Nie zdziwi Was moja ocena jaką jest 6.5 / 6. 

środa, 12 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2017).


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Muszę przyznać, że "Nie podchodź bliżej" okazała się taką książką, od której nie mogłam się oderwać. Nie to, że temat zupełnie nowy, nie, gdzieś to się już przecież czytało. A jednak? Tak to napisane, że wciągnęła mnie ta proza bez reszty i żałowałam chwilami, że nie mam jej na czytniku bo zwyczajnie wygodniej byłoby mi ją czytać :)

Akcja książki rozpoczyna się w momencie powrotu Nataszy do nadmorskiego miasteczka. Dorota to narratorka książki i w dzieciństwie i latach nastoletnich przyjaźniła się ogromnie z Nataszą właśnie. Właściwie obie dziewczyny były dla siebie jak siostry i wspierały się w niełatwych chwilach z dzieciństwa. Dorota wychowywana przez matkę jedynie, która to matka nie radziła sobie zbyt dobrze w takiej a nie innej sytuacji i Dorota nie otrzymała od niej zbyt wiele uczucia o wylewności nie wspomniawszy. Natasza z rodziny, w której wszystko poszło nie tak, a mianowicie zbyt wcześniej zmarła matka zostawiając ojca z piątką dzieci. Ojca, który nie wylewał za kołnierz. Ojca, który bił i pozwalał starszym braciom dokuczać siostrze. A z czasem znęcać się nad nią. 

Początkowo jest tylko radość i zaskoczenie Doroty z nagłego powrotu Nataszy, która co prawda czasem wysyłała do dawnej przyjaciółki pocztówki z miejsc, w których mieszkała ale generalnie kobiety nie widziały się bardzo długo i oto stają naprzeciw siebie takie już dorosłe bo po trzydziestce i takie inne od tego, co w ich pamięci na temat tej drugiej pozostało. 

Tak więc Dorota pewnie pod wpływem dawnej sympatii, przyjaźni i zwykłego ludzkiego sentymentu zaprasza do siebie do domu Nataszę. Gość widzi więc wspaniałe życie Doroty, które ta obecnie prowadzi. Jej córka jest nastolatką nie sprawiającą problemów , Dorota jednak przede wszystkim uporządkowała swoje życie osobiste. Związała się z atrakcyjnym mężczyzną, który, co pewnie stanowi sól w oku dla niejednej osoby, kocha Dorotę jak również jest dobrym opiekunem dla jej dorastającej córki. 

Dalej jest już tylko coraz bardziej gęsto od niedopowiedzeń i narastającej atmosfery grozy. Nie, nie takiej z horroru bo i horrorem ta proza nie jest, oczywiście. Ale z dnia na dzień ta odnowiona znajomość zaczyna jawić się Dorocie jako jeden z gorszych pomysłów. Natasza zdaje się być jakimś początkowo mglistym a z czasem coraz bardziej krystalizującym się zagrożeniem. Niebezpieczeństwem na poziomie początkowo trudnym do ocenienia. Dodatkowo narracja w pierwszej osobie, za którym to typem narracji generalnie nie do końca przepadam ale tu jest wpasowana idealnie, wzmaga poczucie niepokoju, jakie odczuwamy wraz z narratorką. Wiemy, że coś się dzieje, niby nic groźnego ale nie do końca akceptowalnego przez Dorotę a i bywa, że jej partnera, Mikołaja. 

Natasza jest jak taki zły duch z przeszłości, której zdecydowanie nie chce się głównej bohaterce przywoływać. Wiadomo, że każdy ma swojego trupa w szafie. W szafie Doroty jest tych trupów nieco więcej niż jeden ale ona sama z czasem na swój sposób umie sobie z nimi radzić. Prowadzi galerię w mieście, ma swoich przyjaciół, jest lubiana przez pracowników i wspólników Mikołaja. Ten tak z trudem budowany spokój i zwyczajnie tak upragnioną stabilizację może w jednej chwili zniszczyć wysłanniczka przeszłości, Natasza.  Jej dawna przyjaciółka zaczyna czuć się chwilami wręcz osaczona przez dawną przyjaciółkę. A teraz nie wiadomo już kogo, przyjaciółkę ale może wroga? Na pewno powrót do miasteczka narusza spokój nie tylko Doroty ale i paru mieszkańców miasteczka, w tym nawet siostrze Taszy. Jest jak kamyczek zdolny wywołać lawinę złych wspomnień ale i złych czynów. 

Jak wiemy "Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki" i najprawdopodobniej niektórych relacji, zwłaszcza takich, które miały aż tak długą przerwę, nie da się reaktywować a na pewno nie na takim poziomie jak kiedyś. 
Egoistyczna i mająca wręcz socjopatyczne cechy Natasza jednym zdaje się z czasem poważnie zagrażać szczęściu i spokojowi Doroty i jej rodzinie. Niemniej jednak Dorota ostatecznie zyska jedną pozytywną sytuację z całej tej nieszczęsnej odnowionej znajomości a to dlatego, że stanie się ona katalizatorem do ujawnienia pewnych prawd z przeszłości. 

Można by się przyczepić, że w postaci Nataszy trudno jest się dopatrzyć czegoś pozytywnego. Że obie kobiety są mocno skontrastowane. Niemniej jednak wszyscy wiemy, że bywają ludzie, którzy naprawdę utrudniają życie innym i którzy potrafią stanowić realne zagrożenie dla tak zwanego świętego spokoju. W konstrukcji postaci Doroty podobały mi się jej nieustające wahania i uczucia od wściekłości na dawną przyjaciółkę po wyrzuty sumienia, które przypominały chwile z przeszłości gdy Natasza faktycznie stanowiła dla niej wsparcie i pomoc. 
Można zadać sobie pytanie, na ile warto jest wracać do przeszłości? Na ile dawna znajomość warta jest jej odnowienia? Czy nostalgia jest aby właściwym doradcą i czy na pewno w każdej sprawie? Czy dobrze jest taić prawdę w obawie , że jej ujawnienie zrani naszych najbliższych ? Co jesteśmy w stanie komuś wybaczyć i czy powinniśmy w niektórych relacjach nie być bardziej stanowczy? 

Bardzo mnie ta opowieść wciągnęła i daję jej ocenę 6 / 6.

 

wtorek, 11 lipca 2017

..."Mamoooo"... zagaił Jaś.

"Nie chcę ci przypominać bo to coś smutnego..." , chwila wahania nie trwała nawet dwóch sekund, kiedy radosny głosik oznajmił mi "A pamiętasz, jak tata wczoraj spotkał muchę na talerzu??" :)

"Tak, synku, i dlatego resztę tych pysznych malin zjedliście wy " .

Kurtyna. :)

sobota, 08 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak. 

Tytuł oryginalny Le temps vole.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

"Czas ukradziony" to przyjemna książka z gatunku lekkiego czytadełka, w sam raz na wakacyjny czas. Nie będzie tu zwrotów akcji a nawet muszę powiedzieć, że mam małe zarzuty co do przewidywalności tej książki ale odpuszczam w danej chwili bo miałam ochotę na coś właśnie lżejszego co kończy się dobrze i o czym wiem, że nie będę się denerwować podczas lektury. 

Młoda nauczycielka, Flavie, mieszkająca w Bretanii wiedzie spokojne życie. Niedaleko mieszka jej ojciec, prowadzący sklep z antykami. Flavie mieszka sama, spotyka się z przyjaciółkami , z którymi łączy ją pasja robótek ręcznych, a w wolnym czasie pisze do szuflady powieści dla kobiet. 
I oto pewnego dnia otrzymuje list. List nie jest jednak kierowany do niej i niestety, można powiedzieć, że mocno spóźniony bo ponad czterdzieści lat. List zaadresowany jest do Amelie Lacombe. Oczywiście można by odłożyć list z westchnieniem i komentarzem na temat działania poczty i opieszałości tej instytucji ale Flavie może niezbyt elegancko ale czyta korespondencję skierowaną nie do niej. I nagle, pod wpływem impulsu, rady taty, któremu o wszystkim opowiedziała i chyba poczucia, że do niej nikt nigdy tak pięknych listów nie pisał i nikt aż tak jej nie kochał, postanawia odnaleźć zarówno nadawcę jak i adresatkę listu. Zobaczyć, jak potoczyły się losy obojga. 

Flavie staje się więc posłannikiem dobrych wiadomości a może i swoistego rodzaju Kupidynką ;) tak czy inaczej, zaczyna działanie. Rozpoczyna prywatne śledztwo, które prowadzi ją do nadawcy listu, Erwana. Ten ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna mieszka teraz w innej części kraju. Flavie dociera do niego. Okazuje się, że spotka nie tylko sympatycznego człowieka, któremu pomoże w zrealizowaniu planu życia ale i spotka jego wychowanka, który okaże się sympatycznym i przystojnym młodym mężczyzną, w dodatku wolnym :) 
Dalej jest jak pisałam dość przewidywalnie co nie przeszkadzało mi mieć udanej lektury bo miałam ochotę na powodzenie całego przedsięwzięcia zainicjowanego przez Flavie. Która to dodatkowo postanawia całą historię owej przerwanej miłości opisać w książce.

Podsumowując, ładna opowieść o miłości, której nie udało się rozwinąć w swoim czasie tylko dlatego, że zabrakło pozytywnych zbiegów okoliczności, jakby los chciał ukarać dwójkę młodych ludzi za to, że się kochali. Z pouczeniem aby sprawy ważne brać w swoje ręce w sposób bardzo poważny i aby nie zdawać się na pewno w kwestiach istotnych na instytucje takie jak poczta :P

Moja ocena to 4.5 / 6.

środa, 05 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Wielka Litera. Warszawa (2013). Ebook.

Dzisiaj nie będzie miło i sympatycznie bo dziś będę krytykować. Jeśli więc ktoś liczył na moje zachwyty to w tym przypadku ich się nie doczeka. Obiecałam sobie solennie robić jednak porządniejszy "wywiad" w przypadku nabywaniu książek w tak zwane "ciemno". Nie wystarczy, że zdanie jednej znajomej blogowiczki było pozytywne. Gdybym poszukała intensywniej przeczytałabym krytykę i w innych miejscach i zwyczajnie wiedziała, że nie jest to książka dla mnie. 

Jak wspomniałam, w lecie lubię sobie poczytać coś lżejszego, właśnie o innych miejscach, krajach, podróżach innych osób po nich albo o kimś kto osiadł w danym miejscu. I dlatego przy okazji faktu, że ukazała się trzecia część opowieści autorki tej serii nabyłam w jakiejś niższej cenie ebook części pierwszej. I to nie była najlepsza decyzja. Książkę, przyznam się, głównie przemordowałam. Przemęczyłam jak kto woli. I od razu uprzedzam ewentualne zarzuty (nie wyrażę się "ataki" bo przecież ludzie czytający książki są uprzejmi , mili i wyrażają się przynajmniej grzecznie jeśli nie uprzejmie :P ). Tak, mogłam ją odłożyć i narzekać bez skończenia. Ale. Ci, którzy mnie znają wiedzą jedno. Jeśli chcę na coś narzekać to uczciwie doczytuję książkę do końca czy oglądam film do końca. I nie dzieje się tak bynajmniej z powodu nadziei moich na jakąkolwiek poprawę w dalszej części, nie nie. Jeśli coś jest złe do połowy albo i dłużej nie zdarzy się cud, który to poprawi. Ale uważam, że uczciwością z mojej strony zwłaszcza jeśli zamierzam skrytykować coś jest przeczytanie tego w całości. 

Przejdę już do samej książki. Nie wiem co to miało być. Czy książka z nurtu "osiadłam w innym miejscu"? Czy raczej chick lit osadzona akurat w takich a nie innych okolicznościach i miejscu (zwłaszcza, że sama autorka spędziła dłuższy czas na Majorce więc zna realia). No więc zapewne jednak chick lit a moja wina jest taka, że dałam się omamić okładką i opisem na okładce i miałam nadzieję, że będę miała przyjemną i lekką opowieść o początkach życia samotnej matki na Majorce. A otrzymałam coś na kształt opisu życia Nowych Rosjan połączonego z Bridget Jones. Hm. No, niestety, nie moje klimaty. Miało być lekko, było jak dla mnie ciężko i niezbyt strawnie. Miałam nadzieję, że się chociaż pośmieję, pal sześć, że z niewybrednych dowcipów. Niestety, styl pisania, język (chwilami nawet wulgarny lub aż nadto kolokwialny) powodował, że nie zaśmiałam się ani razu , za to zżymałam aż nadto. 
Rozmawiałam wczoraj z zaprzyjaźnioną panią z księgarni, która stwierdziła, że bywały osoby, którym ta majorkańska historia przypadła do gustu. No i świetnie. 

Magda Blum trzydziestopięcioletnia kobieta po rozwodzie i po rozstaniu z niedoszłym drugim mężem samotnie wychowuje dziesięcioletniego syna Michała. Z przyczyn rozmaitych podejmuje decyzję o przeniesieniu się na Majorkę. Tam rozpoczyna nowe życie i trwoni topniejące oszczędności na kompulsywne nabywanie wciąż nowych par butów (serio, ten nałóg bohaterki zahaczał już o duży problem, pewnie znów miało być zabawnie ale nie było). Galeria postaci, które zna lub które dopiero pozna zapewne miała być barwna. No i owszem, charaktery są rozmaite ale najczęściej niezbyt przyjemne. Jedyne, co mnie bawiło to opis bogaczy zamieszkujących Majorkę i ich "perypetie pierwszego świata" ale i to jak mówię, kojarzyło mi się z parę razy czytanymi satyrami bądź nie na życie Nowych Rosjan. Tu "Nowi Rosjanie" byli po prostu zbieraniną bogaczy z Europy, którzy na Majorce z różnych powodów egzystują w taki czy inny sposób, często ukrywając się czy to przed ludźmi czy rozmaitymi instytucjami.

Sama Magda nie wzbudziła mojej sympatii, irytowała mnie ogromnie, podobnie jak jej przyjaciółeczki. Z jednej strony autorka starała się kreować swoją bohaterkę na oddaną mamunię ale z drugiej strony jakoś poza suchymi stwierdzeniami mamuni (narracja jest pierwszoosobowa) jak to tęskni za synem, nic specjalnego nie wyczytałam. Ot, zwykłe traktowanie dziecka, po prostu wychowanie, które się dziecku nieletniemu należy. Miłości matczynej tam jednak nie widziałam, na szczęście nie jest to też opis żadnej patologii. Ot pani woli snuć się na spacerach z przyjacielem i obgadywać wszystkich. Jak również bywać na party , korzystać z alkoholu i nie wzgardzać również innymi używkami.

Moja ocena to 2 / 6.

wtorek, 04 lipca 2017

...kupowało się kasety (tak, to pamiętają dinozaury) a jeszcze potem płyty. Teraz muzyki słuchamy z kanałów? strumieni? wiemy o co chodzi. Subskrybujemy, płacimy, mamy w domu muzykę legalnie. I wszystko fajnie. ALE. Ten pęd do techniki i nowoczesności, pozbawił nas, co sobie jakoś dzisiaj niesamowicie silnie uświadomiłam, gdy P. "odpalił" muzykę Sam Philips, możliwości podarowania komuś prezentu w postaci płyty. Do dziś pamiętam jaką wielką radość sprawiła mi płyta Sam Philips właśnie, przysłana mi z Londynu przez Monoli...To samo z filmami zresztą, kiedyś kupowaliśmy sobie płyty z filmem jako prezenty i w ten sposób płacąc za "usługi strumieniowe" czy jak to się zwie, pozbawiliśmy się poniekąd możliwości podarowania sobie wymarzonej przez drugą osobę płyty czy filmu. Po co komu płyta skoro ma ją zapłaconą i może odsłuchać kiedy chce? 
Ech, to sobie pomarudziłam. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 324
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...