Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
piątek, 14 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2014). Ebook.

Nareszcie książka opowiadająca o dzieciństwie ustami dorosłej już kobiety, która nie jest rzewnym wspomnieniem o układaniu wianeczków z mleczy, obrazków pod szkłem (widoczków? tak się to nazywało?) czy grze w klasy ani też (ulga!) żadne traumatyczne wspomnienia z patologicznej rodziny. Największym zaś plusem tej prozy jest jej zwięzłość i nie rozwlekanie tak teraz niestety modne i popularne. W "Gugułach" (regionalna nazwa niedojrzałych owoców) Wioletcie Grzegorzewskiej w minimalistycznej formie udało się zawrzeć świetną i wciągającą treść. Znajomą osobom w podobnym wieku, nieważne naprawdę czy wychowującym się na wsi jak autorka czy w mieście. Według mnie bowiem te wspomnienia zawierają takie uniwersalne prawdy i treści, które brzmią znajomo dla osób rosnących w podobnym czasie. 
Nie wiem na ile Grzegorzewska zawarła w swojej książce biograficznych elementów. Brzmi tak, jakby zmieściła ich bardzo, bardzo dużo ale też nie mam zamiaru traktować tej prozy jako sensacyjnych wspomnień kombatanckich na zasadzie "kiedyś to dzieci bawiły się bez smartfonów, godzinami na podwórku, końmi ich do domu nie można było zapędzić i w ogóle kiedyś to było lepiej". Bo na szczęście nie jest to zupełnie i tego typu książka. 

To po prostu wspomnienia, krótkie opowieści, jak koraliki nanizane ręką dziecka na sznurek wspomnień. Opowieści, które i czasem zatrważają, czasem przerażają, czasem śmieszą. Jak życie. Jak wspomniałam, dziękuję autorce, że nie postarała się wykreować nie wiedzieć jak ambitnej literatury wspomnień ocierających się o zło czy cierpienie (dużo takich opowieści z dzieciństwa się pojawiło i zapewne spora część z nich jest naprawdę potrzebna niektórym, zwłaszcza na poziomie terapeutycznym ale tu naprawdę miło, że to nie to). Tak naprawdę to po prostu opowieści o życiu w schyłkowym okresie PRL-u dziewczynki mieszkającej na wsi Hektary. W życiu dziewczynki jest rodzina, mama, tata (który pojawia się nieco po jej narodzinach), babcia i dziadek. Dziewczynka chodzi do szkoły, na religię prowadzoną w domku pod lasem. Bywa na odpustach, na rekolekcjach, bierze udział w konkursach czy wyzwaniach pod hasłem "zbieramy złom". Brzmi znajomo? No, właśnie. Przypomina się własne dzieciństwo. Ani lepsze ani gorsze od tego autorki, ale własne. Z naszymi własnymi wspomnieniami, które również możemy zebrać, kolekcjonować. 

Wioletta Grzegorzewska jest poetką. Co widać w (chwalonej przeze mnie) zwięzłości jej prozy. Dla mnie to plus. Nie ma tu nic z nadmiaru, nic zbędnego. Taki nieco wschodni chociaż opisujący słowiańską rzeczywistość, minimalizm prowadzący do powstania po prostu świetnej prozy, którą warto czytać. Dlaczego? Ano dlatego aby w tych historiach jak w lustrze móc się poprzeglądać, powspominać? Nie umiem się zdecydować, które z opowiadań podobało mi się najbardziej. Nie wiem czy potrafiłabym wybrać bo tak naprawdę zachwyciło mnie każde. 

Jestem zachwycona również tym, że w książce tej odnalazłam jedno z najmądrzejszych zdań w literaturze wypowiadane przez ojca Wioli do niej samej a mianowicie , cytuję : "(...) Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły". 

Moja ocena to 6 / 6.

czwartek, 13 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017). Ebook.

W minionych dniach odbyłam jedną z najpiękniejszych podróży. Dokąd? Do Grecji. Czy wyjeżdżałam? Nie. Podróż tę odbyłam za pomocą najbardziej magicznego przedmiotu jaki wymyślił człowiek. Nie, nie magiczną różdżkę mam na myśli oczywiście a...książkę. Dodatkowo muszę powiedzieć, że to jedna z najładniejszych książek, które czytałam. Czasem właśnie w odniesieniu do książki mam chęć użyć słowa "ładna" a to oznacza książkę napisaną w takim ładnym stylu, spokojną, często właśnie jest to książka fabularna. 

"Pocztówki z Grecji" udowodniły , że można, naprawdę, tak, da się napisać książkę z jakimś "chwytliwym" miejscem i nie będzie to kolejna opowieść o pani, która rzuciła dotychczasowe życie i rozpoczęła nowe w pięknym miejscu świata. Ufff. 

"Pocztówki z Grecji" zapewniają nam nie dość, że spokojny rytm opowieści to jeszcze dodatkowo to, co sobie cenię bardzo czyli miejsce jest równorzędnym bohaterem opowieści. Niedawno miałam takie refleksje po książce "Księżyc nad Rzymem" a dzisiaj pisząc o książce jednej z mojej ulubionej autorki. 

Wyobraźcie sobie główną bohaterkę książki. To Ellie Thomas. Ellie zaczyna życie w Londynie, o którym można z pewnością wiele powiedzieć ale na pewno nie to, że jest miastem najsłoneczniejszym na świecie. Niemniej jednak Ellie nie narzeka. Bierze to, co daje jej życie. Może dla kogoś dostaje od życia zbyt mało, czyli jest sama, nie ma też zdaje się przyjaciół, jej praca nie jest najciekawszą na świecie. Niemniej jednak dziewczyna nie narzeka. Jest jak jest i nie ma co nad tym się rozwodzić. Po co? 

W ten uporządkowany świat Ellie zaczynają napływać zapowiedzi zmian. A dzieje się tak za sprawą pocztówek z Grecji, które docierają pod adres, pod którym mieszka w wynajętym mieszkaniu. Pocztówki przychodzą regularnie i Ellie szybko orientuje się, że zaczyna na nie wręcz czekać. Podpisane jedynie literką "A." niosą ze sobą nie tylko piękne zdjęcia je zdobiące ale przede wszystkim parę skreślonych ręką nadawcy słów dotyczących miejsca, z którego pocztówka została nadana do tajemniczej S. Ibbotson.

Nie ukrywajmy, kropla drąży skałę. Te pocztówki, interesujące spostrzeżenia zawarte na kartkach dotyczące Grecji, to wszystko powoduje decyzję Ellie o wyjeździe do Grecji. Tym bardziej, że od ostatniej otrzymanej pocztówki minęło sporo czasu. 
W dniu wyjazdu, szczęśliwym zbiegiem okoliczności tuż przed opuszczeniem mieszkania przez Ellie dociera do niej ostatnia przesyłka. Tym razem nie jest to kartka a cały notes. 

Już w Grecji Ellie rozpoczyna lekturę informacji z notesu i poznaje historię nadawcy. Jest to mężczyzna porzucony przed kobietę, do której początkowo wysyłał przez kilka miesięcy owe pocztówki z refleksjami na temat odwiedzanych miejsc. 

Jak wynika z jego listów pisanych w wysłanym notesie, początkowo mocno przeżył porzucenie ale postanowił nie wracać do Londynu , tylko zwiedzać dalej Grecję i realizować swoje plany dotyczące powstania książki związanej ze sztuką tego kraju. 
Realizacja jego planu początkowo mogłaby zostać wziętą za beztroskę i może zbyt pochopną ale okazała się dla niego samego zbawienną. Odtąd bowiem podróżując po Grecji odwiedzał najrozmaitsze miejsca, a wszędzie, siadał wśród ludzi, wdawała się z nimi w rozmowę i słuchał drugiego człowieka. Przede wszystkim słuchał. Opowieści były jak to opowieści o życiu, rozmaite. O miłości, o nienawiści. O szczęściu i o zemście. O pokoju i o wojnie. Wciąż tajemniczy dla Ellie "A". sam zdawał sobie sprawę, że część z nich mogła zostać zdecydowanie wyssana z palca i właściwie, cóż z tego, skoro są one na tyle ciekawe, że nie pozostało nic innego jak je spisać i puścić dalej w świat. 

Tak więc książka ta składa się z kolejnych miejsc, w które trafiał nadawca i owych historii,które spisał na kartach notesu.

Muszę powiedzieć, że to książka z gatunku tych, które do jednego trafią, do innego pewnie nie. Bo na swój sposób to przecież zbiór opowiadań. Dla mnie, która jak Wiecie, tęsknię za Grecją, ta książka stanowiła wspaniałą możliwość przeniesienia się w miejsca, które tak lubię i poczytania naprawdę ciekawych historii. 

Bardzo serdecznie ją polecam, dla mnie ta książka to magia w czystej postaci, coś niewiarygodnego i oczywiście ocena będzie wysoka. 
Najpierw jednak cytat "(...) - Kto pisze dla kogoś konkretnego? - odparł. - Wmówiłem sobie, że to dla niej, ale myślę, że w ostatecznym rozrachunku piszemy dla samych siebie."

Nie zdziwi Was moja ocena jaką jest 6.5 / 6. 

środa, 12 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2017).


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Muszę przyznać, że "Nie podchodź bliżej" okazała się taką książką, od której nie mogłam się oderwać. Nie to, że temat zupełnie nowy, nie, gdzieś to się już przecież czytało. A jednak? Tak to napisane, że wciągnęła mnie ta proza bez reszty i żałowałam chwilami, że nie mam jej na czytniku bo zwyczajnie wygodniej byłoby mi ją czytać :)

Akcja książki rozpoczyna się w momencie powrotu Nataszy do nadmorskiego miasteczka. Dorota to narratorka książki i w dzieciństwie i latach nastoletnich przyjaźniła się ogromnie z Nataszą właśnie. Właściwie obie dziewczyny były dla siebie jak siostry i wspierały się w niełatwych chwilach z dzieciństwa. Dorota wychowywana przez matkę jedynie, która to matka nie radziła sobie zbyt dobrze w takiej a nie innej sytuacji i Dorota nie otrzymała od niej zbyt wiele uczucia o wylewności nie wspomniawszy. Natasza z rodziny, w której wszystko poszło nie tak, a mianowicie zbyt wcześniej zmarła matka zostawiając ojca z piątką dzieci. Ojca, który nie wylewał za kołnierz. Ojca, który bił i pozwalał starszym braciom dokuczać siostrze. A z czasem znęcać się nad nią. 

Początkowo jest tylko radość i zaskoczenie Doroty z nagłego powrotu Nataszy, która co prawda czasem wysyłała do dawnej przyjaciółki pocztówki z miejsc, w których mieszkała ale generalnie kobiety nie widziały się bardzo długo i oto stają naprzeciw siebie takie już dorosłe bo po trzydziestce i takie inne od tego, co w ich pamięci na temat tej drugiej pozostało. 

Tak więc Dorota pewnie pod wpływem dawnej sympatii, przyjaźni i zwykłego ludzkiego sentymentu zaprasza do siebie do domu Nataszę. Gość widzi więc wspaniałe życie Doroty, które ta obecnie prowadzi. Jej córka jest nastolatką nie sprawiającą problemów , Dorota jednak przede wszystkim uporządkowała swoje życie osobiste. Związała się z atrakcyjnym mężczyzną, który, co pewnie stanowi sól w oku dla niejednej osoby, kocha Dorotę jak również jest dobrym opiekunem dla jej dorastającej córki. 

Dalej jest już tylko coraz bardziej gęsto od niedopowiedzeń i narastającej atmosfery grozy. Nie, nie takiej z horroru bo i horrorem ta proza nie jest, oczywiście. Ale z dnia na dzień ta odnowiona znajomość zaczyna jawić się Dorocie jako jeden z gorszych pomysłów. Natasza zdaje się być jakimś początkowo mglistym a z czasem coraz bardziej krystalizującym się zagrożeniem. Niebezpieczeństwem na poziomie początkowo trudnym do ocenienia. Dodatkowo narracja w pierwszej osobie, za którym to typem narracji generalnie nie do końca przepadam ale tu jest wpasowana idealnie, wzmaga poczucie niepokoju, jakie odczuwamy wraz z narratorką. Wiemy, że coś się dzieje, niby nic groźnego ale nie do końca akceptowalnego przez Dorotę a i bywa, że jej partnera, Mikołaja. 

Natasza jest jak taki zły duch z przeszłości, której zdecydowanie nie chce się głównej bohaterce przywoływać. Wiadomo, że każdy ma swojego trupa w szafie. W szafie Doroty jest tych trupów nieco więcej niż jeden ale ona sama z czasem na swój sposób umie sobie z nimi radzić. Prowadzi galerię w mieście, ma swoich przyjaciół, jest lubiana przez pracowników i wspólników Mikołaja. Ten tak z trudem budowany spokój i zwyczajnie tak upragnioną stabilizację może w jednej chwili zniszczyć wysłanniczka przeszłości, Natasza.  Jej dawna przyjaciółka zaczyna czuć się chwilami wręcz osaczona przez dawną przyjaciółkę. A teraz nie wiadomo już kogo, przyjaciółkę ale może wroga? Na pewno powrót do miasteczka narusza spokój nie tylko Doroty ale i paru mieszkańców miasteczka, w tym nawet siostrze Taszy. Jest jak kamyczek zdolny wywołać lawinę złych wspomnień ale i złych czynów. 

Jak wiemy "Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki" i najprawdopodobniej niektórych relacji, zwłaszcza takich, które miały aż tak długą przerwę, nie da się reaktywować a na pewno nie na takim poziomie jak kiedyś. 
Egoistyczna i mająca wręcz socjopatyczne cechy Natasza jednym zdaje się z czasem poważnie zagrażać szczęściu i spokojowi Doroty i jej rodzinie. Niemniej jednak Dorota ostatecznie zyska jedną pozytywną sytuację z całej tej nieszczęsnej odnowionej znajomości a to dlatego, że stanie się ona katalizatorem do ujawnienia pewnych prawd z przeszłości. 

Można by się przyczepić, że w postaci Nataszy trudno jest się dopatrzyć czegoś pozytywnego. Że obie kobiety są mocno skontrastowane. Niemniej jednak wszyscy wiemy, że bywają ludzie, którzy naprawdę utrudniają życie innym i którzy potrafią stanowić realne zagrożenie dla tak zwanego świętego spokoju. W konstrukcji postaci Doroty podobały mi się jej nieustające wahania i uczucia od wściekłości na dawną przyjaciółkę po wyrzuty sumienia, które przypominały chwile z przeszłości gdy Natasza faktycznie stanowiła dla niej wsparcie i pomoc. 
Można zadać sobie pytanie, na ile warto jest wracać do przeszłości? Na ile dawna znajomość warta jest jej odnowienia? Czy nostalgia jest aby właściwym doradcą i czy na pewno w każdej sprawie? Czy dobrze jest taić prawdę w obawie , że jej ujawnienie zrani naszych najbliższych ? Co jesteśmy w stanie komuś wybaczyć i czy powinniśmy w niektórych relacjach nie być bardziej stanowczy? 

Bardzo mnie ta opowieść wciągnęła i daję jej ocenę 6 / 6.

 

wtorek, 11 lipca 2017

..."Mamoooo"... zagaił Jaś.

"Nie chcę ci przypominać bo to coś smutnego..." , chwila wahania nie trwała nawet dwóch sekund, kiedy radosny głosik oznajmił mi "A pamiętasz, jak tata wczoraj spotkał muchę na talerzu??" :)

"Tak, synku, i dlatego resztę tych pysznych malin zjedliście wy " .

Kurtyna. :)

sobota, 08 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak. 

Tytuł oryginalny Le temps vole.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

"Czas ukradziony" to przyjemna książka z gatunku lekkiego czytadełka, w sam raz na wakacyjny czas. Nie będzie tu zwrotów akcji a nawet muszę powiedzieć, że mam małe zarzuty co do przewidywalności tej książki ale odpuszczam w danej chwili bo miałam ochotę na coś właśnie lżejszego co kończy się dobrze i o czym wiem, że nie będę się denerwować podczas lektury. 

Młoda nauczycielka, Flavie, mieszkająca w Bretanii wiedzie spokojne życie. Niedaleko mieszka jej ojciec, prowadzący sklep z antykami. Flavie mieszka sama, spotyka się z przyjaciółkami , z którymi łączy ją pasja robótek ręcznych, a w wolnym czasie pisze do szuflady powieści dla kobiet. 
I oto pewnego dnia otrzymuje list. List nie jest jednak kierowany do niej i niestety, można powiedzieć, że mocno spóźniony bo ponad czterdzieści lat. List zaadresowany jest do Amelie Lacombe. Oczywiście można by odłożyć list z westchnieniem i komentarzem na temat działania poczty i opieszałości tej instytucji ale Flavie może niezbyt elegancko ale czyta korespondencję skierowaną nie do niej. I nagle, pod wpływem impulsu, rady taty, któremu o wszystkim opowiedziała i chyba poczucia, że do niej nikt nigdy tak pięknych listów nie pisał i nikt aż tak jej nie kochał, postanawia odnaleźć zarówno nadawcę jak i adresatkę listu. Zobaczyć, jak potoczyły się losy obojga. 

Flavie staje się więc posłannikiem dobrych wiadomości a może i swoistego rodzaju Kupidynką ;) tak czy inaczej, zaczyna działanie. Rozpoczyna prywatne śledztwo, które prowadzi ją do nadawcy listu, Erwana. Ten ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna mieszka teraz w innej części kraju. Flavie dociera do niego. Okazuje się, że spotka nie tylko sympatycznego człowieka, któremu pomoże w zrealizowaniu planu życia ale i spotka jego wychowanka, który okaże się sympatycznym i przystojnym młodym mężczyzną, w dodatku wolnym :) 
Dalej jest jak pisałam dość przewidywalnie co nie przeszkadzało mi mieć udanej lektury bo miałam ochotę na powodzenie całego przedsięwzięcia zainicjowanego przez Flavie. Która to dodatkowo postanawia całą historię owej przerwanej miłości opisać w książce.

Podsumowując, ładna opowieść o miłości, której nie udało się rozwinąć w swoim czasie tylko dlatego, że zabrakło pozytywnych zbiegów okoliczności, jakby los chciał ukarać dwójkę młodych ludzi za to, że się kochali. Z pouczeniem aby sprawy ważne brać w swoje ręce w sposób bardzo poważny i aby nie zdawać się na pewno w kwestiach istotnych na instytucje takie jak poczta :P

Moja ocena to 4.5 / 6.

środa, 05 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Wielka Litera. Warszawa (2013). Ebook.

Dzisiaj nie będzie miło i sympatycznie bo dziś będę krytykować. Jeśli więc ktoś liczył na moje zachwyty to w tym przypadku ich się nie doczeka. Obiecałam sobie solennie robić jednak porządniejszy "wywiad" w przypadku nabywaniu książek w tak zwane "ciemno". Nie wystarczy, że zdanie jednej znajomej blogowiczki było pozytywne. Gdybym poszukała intensywniej przeczytałabym krytykę i w innych miejscach i zwyczajnie wiedziała, że nie jest to książka dla mnie. 

Jak wspomniałam, w lecie lubię sobie poczytać coś lżejszego, właśnie o innych miejscach, krajach, podróżach innych osób po nich albo o kimś kto osiadł w danym miejscu. I dlatego przy okazji faktu, że ukazała się trzecia część opowieści autorki tej serii nabyłam w jakiejś niższej cenie ebook części pierwszej. I to nie była najlepsza decyzja. Książkę, przyznam się, głównie przemordowałam. Przemęczyłam jak kto woli. I od razu uprzedzam ewentualne zarzuty (nie wyrażę się "ataki" bo przecież ludzie czytający książki są uprzejmi , mili i wyrażają się przynajmniej grzecznie jeśli nie uprzejmie :P ). Tak, mogłam ją odłożyć i narzekać bez skończenia. Ale. Ci, którzy mnie znają wiedzą jedno. Jeśli chcę na coś narzekać to uczciwie doczytuję książkę do końca czy oglądam film do końca. I nie dzieje się tak bynajmniej z powodu nadziei moich na jakąkolwiek poprawę w dalszej części, nie nie. Jeśli coś jest złe do połowy albo i dłużej nie zdarzy się cud, który to poprawi. Ale uważam, że uczciwością z mojej strony zwłaszcza jeśli zamierzam skrytykować coś jest przeczytanie tego w całości. 

Przejdę już do samej książki. Nie wiem co to miało być. Czy książka z nurtu "osiadłam w innym miejscu"? Czy raczej chick lit osadzona akurat w takich a nie innych okolicznościach i miejscu (zwłaszcza, że sama autorka spędziła dłuższy czas na Majorce więc zna realia). No więc zapewne jednak chick lit a moja wina jest taka, że dałam się omamić okładką i opisem na okładce i miałam nadzieję, że będę miała przyjemną i lekką opowieść o początkach życia samotnej matki na Majorce. A otrzymałam coś na kształt opisu życia Nowych Rosjan połączonego z Bridget Jones. Hm. No, niestety, nie moje klimaty. Miało być lekko, było jak dla mnie ciężko i niezbyt strawnie. Miałam nadzieję, że się chociaż pośmieję, pal sześć, że z niewybrednych dowcipów. Niestety, styl pisania, język (chwilami nawet wulgarny lub aż nadto kolokwialny) powodował, że nie zaśmiałam się ani razu , za to zżymałam aż nadto. 
Rozmawiałam wczoraj z zaprzyjaźnioną panią z księgarni, która stwierdziła, że bywały osoby, którym ta majorkańska historia przypadła do gustu. No i świetnie. 

Magda Blum trzydziestopięcioletnia kobieta po rozwodzie i po rozstaniu z niedoszłym drugim mężem samotnie wychowuje dziesięcioletniego syna Michała. Z przyczyn rozmaitych podejmuje decyzję o przeniesieniu się na Majorkę. Tam rozpoczyna nowe życie i trwoni topniejące oszczędności na kompulsywne nabywanie wciąż nowych par butów (serio, ten nałóg bohaterki zahaczał już o duży problem, pewnie znów miało być zabawnie ale nie było). Galeria postaci, które zna lub które dopiero pozna zapewne miała być barwna. No i owszem, charaktery są rozmaite ale najczęściej niezbyt przyjemne. Jedyne, co mnie bawiło to opis bogaczy zamieszkujących Majorkę i ich "perypetie pierwszego świata" ale i to jak mówię, kojarzyło mi się z parę razy czytanymi satyrami bądź nie na życie Nowych Rosjan. Tu "Nowi Rosjanie" byli po prostu zbieraniną bogaczy z Europy, którzy na Majorce z różnych powodów egzystują w taki czy inny sposób, często ukrywając się czy to przed ludźmi czy rozmaitymi instytucjami.

Sama Magda nie wzbudziła mojej sympatii, irytowała mnie ogromnie, podobnie jak jej przyjaciółeczki. Z jednej strony autorka starała się kreować swoją bohaterkę na oddaną mamunię ale z drugiej strony jakoś poza suchymi stwierdzeniami mamuni (narracja jest pierwszoosobowa) jak to tęskni za synem, nic specjalnego nie wyczytałam. Ot, zwykłe traktowanie dziecka, po prostu wychowanie, które się dziecku nieletniemu należy. Miłości matczynej tam jednak nie widziałam, na szczęście nie jest to też opis żadnej patologii. Ot pani woli snuć się na spacerach z przyjacielem i obgadywać wszystkich. Jak również bywać na party , korzystać z alkoholu i nie wzgardzać również innymi używkami.

Moja ocena to 2 / 6.

wtorek, 04 lipca 2017

...kupowało się kasety (tak, to pamiętają dinozaury) a jeszcze potem płyty. Teraz muzyki słuchamy z kanałów? strumieni? wiemy o co chodzi. Subskrybujemy, płacimy, mamy w domu muzykę legalnie. I wszystko fajnie. ALE. Ten pęd do techniki i nowoczesności, pozbawił nas, co sobie jakoś dzisiaj niesamowicie silnie uświadomiłam, gdy P. "odpalił" muzykę Sam Philips, możliwości podarowania komuś prezentu w postaci płyty. Do dziś pamiętam jaką wielką radość sprawiła mi płyta Sam Philips właśnie, przysłana mi z Londynu przez Monoli...To samo z filmami zresztą, kiedyś kupowaliśmy sobie płyty z filmem jako prezenty i w ten sposób płacąc za "usługi strumieniowe" czy jak to się zwie, pozbawiliśmy się poniekąd możliwości podarowania sobie wymarzonej przez drugą osobę płyty czy filmu. Po co komu płyta skoro ma ją zapłaconą i może odsłuchać kiedy chce? 
Ech, to sobie pomarudziłam. 

poniedziałek, 03 lipca 2017

Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Po przerwie powróciłam do Jagodna. Małej miejscowości pod Kielcami, w której byłam już po raz piąty. Ten cykl autorstwa Karoliny Wilczyńskiej uważam za bardzo udany i każda z części warta jest przeczytania bo niby wszystkie dotyczą Tamary, jej nastoletniej córki Marysi i Babci Róży ale są też pozostali bohaterowie, których losy nas interesują i których przeżyciami przejmujemy się. Nie jest też monotonnie bo w każdej części pojawiają się nowi bohaterowie. Jest przede wszystkim Babcia Róża, która na wszystkie zmartwienia ma radę. A jeśli nie ma, to przynajmniej zaoferuje człowiekowi swój czas i wysłucha przy herbacie zaparzonej specjalnie dla drugiej osoby. 

Wiem, że są osoby, które temu cyklowi mogą zarzucić to, że w rezultacie wszystko na ogół kończy się tu dobrze, że ludzie przedstawieni tu są dobrzy, wspierający się. Że nie ma tak, że ktoś ze swoimi zmartwieniami pozostaje sam i wpada w głąb depresji. Może i tak jest. Rzeczywiście, na ogół wszystko układa się przynajmniej pozytywnie jeśli nie bardzo dobrze. Ludzie faktycznie są otwarci na innych, serdeczni, po prostu dobrzy. Ja potrzebuję takich ciepłych opowieści, nie wiem, być może w opozycji do otaczającego świata, tego co na co dzień czytam w wiadomościach w internecie czy tego, co czytam w komentarzach do nich. Jeśli ktoś nie ma takiej potrzeby, przecież nie musi czytać.

Nie jest też tak, że Karolina Wilczyńska boi się poruszać jakieś trudniejsze tematy. Miłośnicy książek tej autorki doskonale wiedzą, że tak nie jest. I w tej części znajdzie się motyw dla mnie szczególnie trudny a nawet powiedziałabym, że ciężki. Jednak jak to jest, że Wilczyńska potrafi napisać o tym w sposób, który nie powoduje rozdrapywania ran ale raczej refleksje i spokojne myśli nad tematem. Czytając cykl o Jagodnie mam wrażenie, że przebywam wśród bohaterów książki, że rozmawiam z tam opisanymi ludźmi. Wszyscy tu są ludzcy , mają takie czy inne zalety ale i wady ale nie ma wśród nich ani nadmiernie czarnych charakterów ani też stąpających po ziemi ideałów. 

"Życie jak malowane" niektóre wątki ma pozamykane ale jest kilka, które według mnie doczekają się kontynuacji w części następnej. Co jak mam nadzieję, stanie się bo zainteresowała mnie sprawa Majki instruktorki pływania lub też co będzie z Marzeną.

Myślę, że stałych miłośników Cyklu o Jagodnie do lektury w ogóle nie muszę namawiać. Ja osobiście muszę powiedzieć, że pomimo tego ciężkiego motywu, o którym wspomniałam, tę część czytało mi się chyba nawet lepiej niż poprzednią. Mam ochotę na kolejną aby dowiedzieć się jak rozwiąże się parę spraw a od Autorki wiem, że kontynuacja będzie więc liczę na interesujące pozamykanie motywów i spraw.

Moja ocena to 6 / 6.

sobota, 01 lipca 2017

...czyli - co czytamy podczas wakacji?
Macie swoje ulubione wakacyjne "pewniaki" czy też raczej czytacie coś nowego ? I w końcu, może jakieś ulubione gatunki czytacie właśnie w letni, z założenia nieco lżejszy czas? A może nie, może pora roku czy czas nie grają dla Was roli?
Ja zauważyłam, że od zawsze w wakacje lubię sięgać po kryminały. Teraz czytam dużo mniej kryminałów niż do tej pory ale wcześniej właściwie zawsze podczas wakacji były książki kryminalne, sporo Agathy Christie na przykład. Uwielbiam też czytać książki o cudzych podróżach, niekoniecznie wcale muszą one być egzotyczne bardzo ale jeśli są , nie mam zastrzeżeń. Lubię gdy jakieś przyjemne miasto bądź region gra rolę na równi z bohaterami książki. 

To co, polecimy sobie jakieś książki na lato? Będzie mi miło jeśli stworzymy "wakacyjną listę przebojów książkowych".

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Przez parę ostatnich dni odbyłam wspaniałą podróż po Rzymie. Czy wyjeżdżałam ? A skąd. To podróż książkowa, którą odbyłam za sprawą "Księżyca nad Rzymem" Magdaleny Giedrojć.

Muszę powiedzieć, że zupełnie niespodziewanie (skusiłam się tym Rzymem w tytule ) przeczytałam jedną z najlepszych książek tego półrocza! 
Laura to trzydziestopięcioletnia kobieta, która spędza półroczny staż w Rzymie. Jej droga zawodowa jest pełna zmian. Laura wciąż szuka miejsca, w którym chciałaby pracować. Ma za sobą zarówno pracę nauczycielską jak i w muzeum. W Rzymie podnajmuje pokój na poddaszu u starszych pań, sióstr. Poznaje nowych ludzi, wchodzi w nowe środowisko, jak również z przyczyn skomplikowanych losów jej rodziny, poznaje nowych członków własnej rodziny mieszkających we Włoszech. Wśród nowych znajomych będą też mężczyźni, z których to jeden stanie się z dnia na dzień coraz bliższy głównej bohaterce.

Nie wiem, czy włoski gen w rodzinie czy też upodobanie indywidualne ale Laura odkrywa, jak bardzo dobrze i szczęśliwie żyje się jej w Rzymie. Owszem, ma świadomość tego , że sielanka nigdzie nie trwa wiecznie i że również w tym mieście jest wiele problemów ale od dłuższego czasu czuje, że Rzym to "jej miejsce na ziemi". 

Laura budziła moją sympatię. Z rozmaitych powodów. Wydawała mi się świetnie "napisana". Prawdziwie. Z jej błędami jakie popełniała. Z wątpliwościami jakie nią targały. Z tym poczuciem niepewności i niemożności zdecydowania się na to jaką tak naprawdę drogę zawodową ma wybrać.

Przy tym wszystkim rozumiałam ją w stu procentach podczas jej zachwytów nad miastem, nad obserwowanymi w nim ludźmi, nad krajobrazami, a przede wszystkim - nad sztuką. Jej wizyta w Galerii Borghese, która zaowocowała potem czymś więcej niż tylko zachwytem nad sztuką, odmalowana została jako bardzo prawdziwa dla każdego kogo zachwyca w życiu właśnie rzeźba, malarstwo, ogólnie pojęta sztuka. 

Książka napisana jest bardzo ładnym stylem, poprawną polszczyzną i również z tego powodu czyta się ją wyśmienicie. To taka moja prywatna uczta literacka, perełki słów nanizane na sznur, z którego powstała istna kolia. Może się wyrażam zbyt górnolotnie ale naprawdę ta książka mnie zachwyciła.

Co również mnie ucieszyło to w przeciwieństwie do wielu książek, w których pada nazwa miasta bądź regionu ale nic więcej w treści za tym nie idzie, w "Księżycu nad Rzymem" (któremu tak lubi przyglądać się Laura wieczorami na tarasie swojego pokoju) miasto Rzym odgrywa rolę równorzędnego bohatera. Napiszę tak, dla osoby, która była w tym mieście i która je lubi, jest to niewątpliwie dodatkowa zaleta i wspaniałość tej książki. 

Odbyłam dzięki niej podróż nie tylko po mieście ale i po meandrach ludzkich uczuć i zachowań. W sposobie patrzenia na sztukę Polki odnalazłam swoje własne prywatne zachwyty i spostrzeżenia. Również w sposobie patrzenia na świat i ludzi.
Opisane przez autorkę postaci również mnie zainteresowały, każda z nich wydawała się prawdziwa i ludzka. Możliwa do spotkania, niekoniecznie oczywiście w Rzymie.

Ta piękna i subtelna książka jest jak dzieło sztuki, które można oglądać i cieszyć się nim wciąż i na nowo. Cieszę się, że przypadkowe sięgnięcie po tę lekturę okazało się tak miłą niespodzianką. 

Moja ocena to 6.5 / 6.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...