Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
czwartek, 05 października 2017

...w tym roku trafia do Kazuo Ishiguro.

Tym razem znam autora, więc nie zarzucę Wam moim tradycyjnym sucharem dotyczącym nagrodzonego czyli "Znacie? ja też nie" :) bo tym razem znam. Co prawda znam jedynie dwie książki tego autora, "Nie opuszczaj mnie" i "Okruchy dnia" ale na czytniku czeka "Pogrzebany olbrzym" i mam zamiar przeczytać inne książki tego autora.
Podoba mi się proza Ishiguro więc jestem zadowolona z tego werdyktu, a Wy?

Przypominam mój wpis o jednej z książek tego autora:

 

http://chiara76.blox.pl/2012/01/Okruchy-dnia-Kazuo-Ishiguro.html

wtorek, 03 października 2017

Wydana w Wydawnictwo Poznańskie. Poznań (2017). Ebook.

Kupiłam tę książkę w którejś z ebookowych promocji i nie żałuję. Pisząc o niej trochę się śmieję bowiem dopiero właściwie prze chwilą odkryłam, że do tej pory mylnie pamiętałam jej tytuł, zamiast "I cóż, że o Szwecji" stosowałam znane powiedzonko łamiące język, które stosować można przy chęci zademonstrowania obcokrajowcom jaki to nasz polski język jest niełatwy :)

Mogę powiedzieć, że ostatnie parę wieczorów podróżowałam po Szwecji. Autorka tej książki opisała ten kraj, który lubi, w sposób przystępny i na pewno interesujący ale jednak dla kogoś, kto po prostu chce przeczytać o kraju, który z jakichś powodów go ciekawi a nie polityczno społeczną rozprawę na temat Szwecji. Mnie to pasowało. Może ktoś czuje się zawiedziony ale nie sądzę aby słusznie bo ja dokładnie czegoś takiego po lekturze się spodziewałam. 

W dwunastu rozdziałach, z których każdy dotyczy innej sprawy, aspektu dotyczącego tego kraju, autorce udało się oddać według mnie wyważony obraz kraju. Kraju, który Kołaczek darzy wielką sympatią ale udaje jej się zachować podczas pisania o nim zdrowy rozsądek i jest to analiza i opowieść o Szwecji bez kreowania tego kraju na "raj na ziemi", którym, co wiemy, żaden kraj nie jest.

Można powiedzieć, że autorka spostrzega także absurdy czy ciemniejsze strony Szwecji bez przywoływania niepotrzebnych skrajności.
Dowiemy się więc o charakterze przeciętnego mieszkańca Szwecji, o tym, dlaczego w Wigilię rodzinnie ogląda się kreskówki z Kaczorem Donaldem. Co stanowi ideał posiadania mieszkańca tego kraju lub jak dramatyczne może być z pozoru tak przeciętne zajęcie jak upranie prania w pralni bloku, w którym się mieszka. Nie ukrywam, że ten pralniowy fragment rozbawił mnie niezwykle :) Jest też o modelu wychowawczym mieszkańców czy wreszcie o ekologicznym podejściu do życia.

W książce "I cóż, że o Szwecji" Natalii Kołaczek zdecydowanie udało się zachęcić do poznawania Szwecji czy to przez podróże czy to przez lektury na temat tego kraju. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

poniedziałek, 02 października 2017

Wydana w HarperCollins Polska. Warszawa (2017). 

Przełożyła Małgorzata Borkowska.

Tytuł oryginalny The Original Ginny Moon.

Książkę tę udało mi się wygrać w konkursie organizowanym na stronie HarperCollins Polska na Fb. "Grałam" o nią z różnych powodów mocno intensywnie i cieszę się, że mi się ją udało wygrać.

"Prawdziwa Ginny Moon" to bardzo poruszająca i momentami wstrząsająca opowieść o autystycznej nastolatce (kiedy zaczyna się książka Ginny ma trzynaście lat), która usiłuje odnaleźć się w kolejnej rodzinie adopcyjnej. 

Tak więc jak już napisałam, jest to lektura z pewnością nie należąca do lekkiej, łatwej i przyjemnej ale skłaniająca do wielu refleksji i przemyśleń. To książka poruszająca dwa ważne tematy, niepełnosprawność intelektualną dziecka dorastającego i adopcję.

Jak wyczytałam w internecie, autor sam jest adopcyjnym ojcem dla córki więc z pewnością nie można mu zarzucić, że , przynajmniej po części , nie wie o czym pisze. Z pewnością oba te tematy ma , że się może tak kolokwialnie wyrażę, "przerobione" od podszewki.

Jak już wspomniałam, Ginny Moon poznajemy w wieku lat trzynastu. Poznajemy ją od razu w rodzinie Maury i Briana, ale z czasem dowiadujemy się o dziewczynce nieco więcej. Wiemy, że zanim trafiła do tej rodziny, w której ma zostać Na Zawsze, przebywała w kilku rodzinach zastępczych, które jednak nie dały jej tego, co najbardziej potrzebowała. Ginny poznajemy w sytuacji dość traumatycznej i kluczowej, a mianowicie niemal w przeddzień narodzin biologicznej córki adopcyjnych rodziców.

Ginny nie wiedzie się łatwo. Ma wiele problemów, czuje się z pewnością odsunięta na bok ale najważniejszym jej problemem w tej chwili, gdy ma pojawić się kolejny członek rodziny, jest to, że wraca się jeszcze bardziej intensywnie jej wspomnienie o Lalce, którą zajmowała się w domu biologicznej matki. Przez dłuższą chwilę sami czujemy się dość niepewnie, o co chodzi z tą Lalką. Czy chodzi o zabawkę czy może o kogoś istniejącego?

Dodatkowo w życiu Ginny pojawia się ponownie postać, przez którą dziewczyna znalazła się tu gdzie jest a mianowicie jej matka biologiczna. W życiu i tak bardzo doświadczonej przez los niepełnosprawnej dziewczyny, zaczyna dziać się dużo. O wiele zbyt dużo jak na jej wytrzymałość. Z trudem budowana przez rodzinę rzeczywistość zaczyna niebezpiecznie się chwiać i grozić rozpadem.

Co mi się nie do końca spodobało to to, że autor właściwie marginalnie opisuje to dlaczego Ginny znalazła się u Maury i Briana. Co nimi powodowało, że zdecydowali się adoptować dziecko już starsze, po przejściach i niepełnosprawne? Poznajemy to małżeństwo w dość specyficznej chwili ich życia ale tak naprawdę autor nie daje nam poznać tej dwójki , motywacji małżeństwa i to co potem następuje według mnie nie daje się wytłumaczyć łatwiej niż wtedy gdybyśmy lepiej portrety Maury i Briana mieli nakreślone. Odnosiłam też wrażenie, że Ludwig zbyt "łatwo" rozpisał postać Maury, z góry skazując ją na niechęć ze strony czytelnika chociaż mógł rozwinąć to w sposób, że jej zachowania nie dałyby się aż tak jednoznacznie wytłumaczyć. Tego więc mi trochę w tej książce zabrakło, a szkoda bo można to było ciekawie poprowadzić. 

Mimo to książka bardzo mnie wciągnęła a losy Ginny nie były mi obojętne, zwłaszcza, że zdecydowanie z upływem akcji widać było, jak bardzo niepotrzebna i zagubiona wydaje się w nowej rodzinie osoba, która i tak przeszła w życiu zbyt wiele.

Moja ocena to 5 / 6. 

piątek, 29 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Zorientowałam się, że rozpoczynam dwie sprawy. Pierwszy to odnajdywanie się w gatunkach literackich dotąd przeze mnie omijanych , a druga to zaczynam rozważać czy nie powinnam aby zmienić własnego systemu ocen. Może dodać jeszcze jedną gwiazdkę i stworzyć skalę siedmiogwiazdkową? Bo "Legenda" to kolejna książka, która u mnie będzie miała bardzo wysoką notę. 

Książka "Legenda" dzieje się w bliżej nieokreślonych czasach. Jest to postapokalipsa, w której poznajemy opowieść o głównej bohaterce o imieniu Mara.

Mara żyje na stałym lądzie. Na którym znalazła się pewnego dnia wraz z siedemdziesięcioma sześcioma rówieśnicami. Siedemdziesiąt siedem dziewczynek przyszło bowiem na świat na wyspie, która do piętnastego roku życia stanowi jedyny znany im świat. Życiu na wyspie towarzyszyła dzieciom i dorastającym dziewczynom opowiadania im Legenda. Legenda wyjaśniająca im rzeczywistość, w której żyją. Legenda według której żyje się w społeczności kobiet, jedynie kobiet, a życie toczy się według utartych reguł i praw. Nie ma miejsca na odstępstwa. Nie ma też miejsca na emocje. Żyje się jedynie dla siebie. Po osiągnięciu piętnastego roku życia i wywiezieniu na stały ląd, kobiety rozumieją to dotkliwie, tam bowiem żyją faktycznie z dnia na dzień troszcząc się jedynie o to aby żyć. Aby przeżyć. Rutyna, uporządkowane życie bez emocji, bez niczego co ożywiłoby surową egzystencję kiedy to walczy się o utrzymanie ognia , nakrywa pledem marząc o tym aby wystarczył jako ochrona przed zimnem nocy, kiedy to trzeba zadbać o pożywienie dla siebie, to wszystko stanowi trzon życia na lądzie. Jest przywódczyni grupy Hera, wybierana przez Przewodnie. Są też wszędobylskie Cienie, których twarzy nie zna nikt albowiem skrywają je pod kapturami. 

Nie jest tak, że nowe kobiety rodzą się na wyspie w jakiś tajemniczy sposób. Raz w życiu ze stałego lądu wyruszają łodzie z dziewiętnastoletnimi aby na jeszcze innej wyspie spotkać się z mężczyznami i aby stać się brzemiennymi. 
Kiedy dochodzi do takiej wyprawy Mary i jej siedemdziesięciu sześciu rówieśnic, wyprawa ta od samego początku dość niezwykła ze względu na zachwianie wieku, w którym zostaną wysłane kobiety, będzie brzemienna nie tylko w ciąże, których będzie dokładnie tyle ile wyruszy do mężczyzn kobiet. Podczas tamtego pamiętnego pobytu wśród mężczyzn dojdzie do czegoś jeszcze. Zachwiania wiary Mary w to, że to, w czym została wychowana i nauczona jest jedyną możliwą drogą. I czy na pewno świat tak został skonstruowany, że kobiety i mężczyźni nie mogą ze sobą razem żyć. Jedyną buntowniczką jest Samila, która drażni praktycznie wszystkie kobiety ale którą mimo to w jakiś sposób usiłuje opiekować się Mara. 

Owo zachwianie proporcji wiary w to co przekazane z pokolenia na pokolenie towarzyszyć będzie Marze już do końca tej opowieści. Opowieści, która na swój sposób zakończy się pozytywnie chociaż pewnie nie do końca tak jak niektórzy by tego sobie życzyli a przynajmniej pozostawia nas z lekkim niedosytem krystalizującym się w konkretne pytanie na temat jednej z postaci. 

Ta opowieść mnie zachwyciła chociaż jej wydźwięk nie był przecież rozrywkowy. Raczej stanowił ostrzeżenie przed tym, że to co narzucone i w co wierzymy, ostatecznie może nas zawieść. Stanowił też silny głos mówiący o tym, co niby jest jasne i widoczne ale chyba wciąż nie a mianowicie, że łatwiej rządzi się tymi, których w ramy "Legendy" się wtłoczy, bez względu na to jak to nazwiemy, religią, prawem, systemem. 
Zachwianie się wiary, rozpad dotychczasowego świata, to wszystko składa się na rodzaj ostrzeżenia, które sugeruje autorka. Jak długo może trwać coś co teoretycznie miało silne podstawy ale raczej okazało się na dłuższą metę wydmuszką. I ilu trzeba czy to kobiet czy mężczyzn aby społeczność poczuła w sobie siłę a przede wszystkim odwagę do zmian.
W końcu , "Legenda" to po prostu wspaniale snuta opowieść, literatura wysokich lotów, ze starannie skonstruowanym minimalistycznym światem i z niezwykłym klimatem opowieści. 

Moja ocena to 6. 5 / 6.

środa, 27 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2017).
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożył Tomasz Bieroń. 
Tytuł oryginalny Rooftoppers.

Jak miło jest być aktywnym w różnych miejscach związanych z wydawnictwami i książkami na Fb bowiem jest wiele okazji do wygrania bądź otrzymania książki. Nie inaczej było z tą niezwykłą książką.

Po pierwsze, od razu mówię, miałam okazję przeczytać ją jeszcze przed premierą, która o ile teraz się nie mylę, będzie miała miejsce 25 października. Polecam mieć w pamięci jeśli nie tę datę to przynajmniej tytuł bowiem "Dachołazy" to jedna z najładniejszych książek, które miałam okazję przeczytać.
To książka dla dzieci , o czym świadczą między innymi liczne nominacje i nagrody dla niej właśnie w kategorii książek dla dzieci, niemniej jednak według mnie to książka bardzo uniwersalna i bardzo "ponadwiekowa", że się tak kolokwialnie wyrażę. 
Od razu stwierdzę, że książkę tę jeśli bym czytała dziecku to jednak starszemu a tak naprawdę sądzę,że w chwili gdy dziecko samo czyta można o niej pomyśleć jako o podsuniętym pomyśle na dobrą lekturę. Dlaczego? Ano dlatego, że to książka, która może pobudzić wyobraźnię a co poniektórych, którym trudno usiedzieć na miejscu, może natchnąć do rozmaitych pomysłów. Dlatego sądzę, że starsze dziecko jednak lepiej odczyta fikcję napisaną na potrzeby książki. 

Tyle tytułem wstępu i małych wyjaśnień a teraz o książce.

Rozpocznę od okładki. Nie ukrywam, że w malutkiej części ale czuję się "matką chrzestną" tegoż graficznego projektu autorstwa pani Marzenny Dobrowolskiej jako, że właśnie biorąc udział w głosowaniu na ten konkretny projekt okładki udało mi się otrzymać książkę w nagrodę za uzasadnienie mojej wypowiedzi. W ogóle muszę powiedzieć, że praca pani Dobrowolskiej nie ograniczyła się jedynie do zaprojektowania pięknej okładki (jak dobrze, że mamy okładkę nie ze zdjęciem a z rysunkiem)  a, o ile dobrze rozumiem, również do tego aby zadbać o graficzne szczegóły i oto każdy z rozdziałów książki okrasza rysunek gołębia w locie (na rozmaitym etapie owego lotu!).
No więc już wiemy, że okładka jest ładna ale dobrze, że ta konkretna z gołębiami bo będzie o nich mowa w książce.

Akcja książki dzieje się w katach nieokreślonych ale jest to bezsprzecznie czas przed samolotami, telefonią komórkową i wieloma technicznymi udogodnieniami. Z drugiej strony uważam, że autorka ten zabieg czasu "nie do ścisłego określenia" podaje nam specjalnie po to abyśmy uwierzyli, że tak naprawdę to, kiedy owa historia ma miejsce nie jest najważniejsze a najważniejsza jest treść.

Książka zaczyna się w chwili gdy poznajemy dwójkę jej bohaterów. Małą dziewczynkę wyratowaną z katastrofy statku i mężczyznę. Dziewczynka została znaleziona w futerale na wiolonczelę pływającym po morzu, na którym doszło do katastrofy statku. Mężczyzna, to osoba, która zauważyła dryfujący po wodzie futerał i wciągnął dziecko do szalupy ratunkowej. Charles bo tak ma na imię, postanawia zaopiekować się dziewczynką. Jest to mężczyzna bardzo oryginalny i stosujący niekonwencjonalne metody na życie po prostu a więc i imię dziewczynce nadaje metodą podawania niemowlęciu różnych propozycji imion i obserwowaniu reakcji dziecka. Dziewczynka uśmiechnęła się przy imieniu Sophie i tak oto Charles i Sophie zaczną żyć w londyńskim domu naukowca a ów będzie starał się jak najlepiej mu się wydaje, opiekować się dziewczynką. 

Jak wspomniałam, Charles stosuje nietypowe metody w życiu. Nie inaczej jest oczywiście w kwestii wychowywania dzieci. O ile sama Sophie wcale sobie nie krzywduje, to pani urzędniczka z Krajowego Urzędu Opiekuńczego ma na ten temat nieco inną opinię. Nie chcę przedłużać, dość, że pewnego dnia urząd ów postanawia tę dwójkę rozdzielić bowiem według niego Sophie nie otrzymuje właściwej opieki i wychowania.
I tak mogłoby się skończyć gdyby nie kilka faktów. Sophie i Charles zdążyli stać się dla siebie rodziną. I oboje mają silne charaktery. Do tego wszystkiego, nie ma dnia, żeby Sophie nie myślała o swojej matce, którą jak twierdzi a w co nie wierzy niemal nikt, pamięta. Tak więc owa decyzja urzędu staje się przyczynkiem do decyzji dziewczyny (dwunastoletniej już) i jej opiekuna do ucieczki do Paryża. Jako, że w futerale wiolonczeli, w której znaleziono Sophie znaleźli adres twórcy instrumentu odkrywają ,że to właśnie Paryż jest miastem, w którym należy zacząć poszukiwania matki Sophie. Co prawda Charles nie jest zbyt przekonany o słuszności samych poszukiwań gdyż zwyczajnie pewien jest tego, że matka dziewczyny nie żyje, to Sophie po prostu wierzy, że jej mama żyje. I że splot wydarzeń doprowadził do tego aby owe poszukiwania po prostu przyspieszyć. 

Ta dwójka trafia więc do Paryża a tam Sophie pozna oryginalnego młodego człowieka, czternastoletniego Matteo. Jest on dachołazem ale o tym oczywiście Sophie dopiero się dowie. Nie przypuszcza zapewne, że uda im się zaprzyjaźnić , co rychło się stanie i że chłopak włączy się w pomoc w poszukiwaniach matki dziewczyny. 

Dlaczego ta książka tak mi się podobała? Za okładkę, to już wiemy ale również za wzruszenie, którego mi dostarczyła. Poszukiwania mamy są przez Sophie prowadzone z taką żarliwością, że nie sposób nie uronić łzy wzruszenia. Ale przecież, jak sama Sophie myśli  (na stronie numer 32 w książce ) "Matki to coś potrzebnego jak powietrze i woda, (...). Matka to miejsce, gdzie można odłożyć serce. Przystanek, na którym można odzyskać oddech". W ogóle to cała ta książka posiada niezwykły język, a składam podziękowania panu tłumaczowi za nie spsucie tegoż języka i oddanie niezwykłości i oryginalności tej książki. Dzięki tłumaczeniu książka dodatkowo zyskuje. Co zdanie to praktycznie odczuwałam zachwyt bo wydawało mi się niezwykłe. Mam wynotowane całe masy zdań, cytatów, popodkreślane (tak, jestem tą złą panią, która we własnych książkach, podkreślam, własnych podkreśla i zakłada rogi jeśli chce szybko do jakiegoś cytatu się dostać). Dawno mi się to nie zdarzyło abym co chwila chciała się nad czymś zatrzymać, aby zapamiętać, utrwalić.

I choć może być trudny moment dla miłośników ptaków to jest to książka na swój sposób bardzo delikatna i subtelna. 
Przyznajcie się, idąc ulicą patrzycie raczej pod nogi, prawda? W najlepszym razie - przed siebie. "Dachołazy" uczą nas, że ważne dzieje się nie tylko na poziomie naszych oczu ale powyżej i że warto jest idąc ulicą zadrzeć czasem głowę do góry i przyjrzeć się domom czy kamienicom. 
Podobno, nie wiem czy to prawda, to informacja z okładki książki, sama Katherine Rundell odbywa wyprawy na dachy. Jestem w to w stanie uwierzyć bo niezwykle wiarygodnie ową dachową rzeczywistość opisała. 
"Dachołazom" przyświeca cytat, często powtarzany przez Sophie, a są to słowa Charlesa, a mianowicie aby "Nie przekreślać tego, co jest w życiu możliwe". To książka o żałobie, o niezgodę na stratę, wreszcie  o odnalezieniu motywacji i siły do tego aby zawalczyć o swoje szczęście i marzenia. Piękna, subtelna o czym już pisałam, opowieść a jednocześnie po części po prostu książka przygodowa. O nietypowej dziewczynie, która nie bała się marzyć i wierzyć, że marzenia o odnalezieniu mamy się ziszczą i o bezdomnym chłopaku, który dał się porwać jej sile i wsparł ją swoją pomocą. 
To wreszcie książka o niebagatelnej sile miłości i więzów rodzinnych i sile przyjaźni. 

Kiedy ta książka pojawi się w księgarniach polecam Wam wziąć ją do ręki i przekartkować. Jestem przekonana, że już pierwsze zdanie wciągnie Was, podobnie jak mnie , w jej niezwykły świat i wraz z Sophie i Charlesem ruszycie, częściowo ulicami ale najbardziej dachami Paryża na poszukiwanie i odnalezienie tego, co w życiu najważniejsze. 

Na koniec kilka zdań z książki, jest ona tak przepełniona tymi ładnymi zdaniami, że aż trudno wybrać ale chcę nieco przybliżyć Wam ów niezwykły styl i klimat "Dachołazów".

 

"(...) Na jej dłoni wylądowała sikorka. Sophie poczuła się jak obwieszona klejnotami.  -Sikorka jest lepsza od pierścionka. I dziksza - uznała, kiedy ptak dziobnął ją w ucho". (strona 153).

"(...) Łatwiej jest być trochę dzikim dorosłym niż dzieckiem". (strona 219).

"(...) Może właśnie tak działa miłość. Może miłość nie jest po to, żeby ktoś czuł się wyjątkowy, tylko żeby był odważny". (...) I jeszcze o matce " (...) Była miejscem, w którym Sophie mogła odłożyć swoje serce, przystankiem na odzyskanie tchu. Zestawem gwiazd i map". Oba cytaty ze strony numer 245. A na stronie numer 263 "(...) Jej oczy miały kolor, który spodziewamy się zobaczyć tylko we snach. Ma taką twarz, jakby dwadzieścia kilka razy okrążyła świat". 

I na koniec słowa ze strony numer 252 , które według mnie wiele o samej książce mówią , cytuję "(...)  - Nie zadzieraj z dziewczyną, która szuka matki. Nie zadzieraj z dachołazami - szepnęła Sophie.  -Nie lekceważ dzieci. Nie lekceważ dziewczyn".

Nie sądzę aby po tym moim wpisie ktokolwiek nie odgadł, że ocenę jaką "Dachołazom" przyznaję jest ni mniej ni więcej a 6.5 / 6. 

Czytajcie !!!

wtorek, 26 września 2017

...czyli wczoraj udało mi się uczestniczyć w spotkaniu autorskim, na którym główną postacią była jedna z moich ulubionych autorek, czyli Aleksandra Marinina. Od razu mówię, że niestety, ale nie udało mi się być na całym spotkaniu. Tłumaczyć się nie zamierzam, jest jak jest, cieszę się, że się udało pójść i godzinę spędzić. 

Aleksandra Marinina sprawia bardzo sympatyczne wrażenie. Nie znam jej osobiście, nie wiem jaka jest w kontaktach ale mam wrażenie, że jest osobą, z którą przeprowadziłoby się naprawdę różne fajne rozmowy. Widać wykształcenie i takie , nie wiem, obycie? Również to co według mnie cechuje pisarzy czyli ciekawość drugiego człowieka i świata. 

Jako, że pisarka urodziła się we Lwowie, nie obyło się od wspomnień z tego miasta a że jej dziadkowie mieszkali tam, w mieście spędziła nie tylko część dzieciństwa ale i szereg wakacji letnich.

Już od samego początku spotkania podziękowałam w duchu mojej nauczycielce rosyjskiego z liceum, Owszem, wysłowić się raczej bym się poprawnie po rosyjsku nie wysłowiła , za to wszystko co opowiadała Marinina, rozumiałam, więc świetnie. 

Najpierw więc trochę o Lwowie (Marinina powiedziała, że jadąc na spotkanie patrzyła na architekturę domów, które mijała i widziała podobieństwo do zabudowy Lwowa właśnie), potem o samym procesie tworzenia, również o problematyce współczesnej Rosji kontra to co Marinina opisywała w swoich książkach. A książki z Anastazją Kamieńską, te, w których pełni ona czynną służbę w Milicji, przypomnijmy, ukazują się u nas z niestety ale dwudziestoletnim opóźnieniem. Ciekawie było usłyszeć, że część tego, co Marinina opisała w swoich książkach było swego rodzaju jej przypuszczeniem i jakimś przewidzeniem sytuacji czy zdarzeń. 
Co ciekawe, prowadząca spotkanie jako bazę rozmowy wzięła książkę, którą zapamiętam chyba na zawsze , czyli "Grę na cudzym boisku". Do dziś pamiętam, że ta książka czytana w słonecznym krajobrazie plaży na Rodos wstrząsnęła mną ogromnie i długo nie mogła wyjść z głowy. 
Niestety, nie mogłam zostać dalej niż do dziewiętnastej więc ominęłam z pewnością dalszy ciekawy ciąg spotkania jak pytania zadawane autorce i również podpisywanie egzemplarzy (a tachałam ze sobą jedną książkę z czasów przed ebookowych) ale nie ma co , ważne, że w ogóle mogłam pójść na spotkanie i zobaczyć jedną z moich ulubionych autorek. A dodam jeszcze, że ponieważ Marinina nadeszła od strony zaplecza księgarni, w której odbywało się spotkanie (BookBook na Hożej), a ja stałam sobie z tyłu, to w pewnej chwili gdy pisarka wyszła z owego zaplecza, zatrzymała się baaardzo blisko mnie. Nie wiem czy zauważyła rogala malującego się na mojej twarzy, myślę ,że z boku musiałam wyglądać dość zabawnie ale wszyscy pasjonaci czegoś bądź wielbiący jakiegoś autora czy autorkę - zrozumieją. 

 

I czemu po tym wesołym wpisie z nutą optymizmu muszę "wsadzić" łyżkę dziegciu? A mianowicie, kiedy rozmawialiśmy o jej twórczości i spytano czy przez swoje opisywanie mafii, wplątania w niejasne układy również osób ze strony z założenia "dobrej i praworządnej" autorka nie miała nigdy problemów, Marinina odparła z lekkim śmiechem , że "Nie, bo ona jest kobietą i dlatego nigdy jej pisania nie brano na poważnie". Szalenie, szalenie to aktualne i dość przygnębiające, bo doskonale wiemy, że owo lekceważenie kobiet w szerokim spektrum życia społeczno zawodowego dotyczy oczywiście nie tylko współczesnej Rosji i jest zjawiskiem wciąż dość lekceważonym przez zbyt wielu.

Cieszę się, że mogłam tam być !

czwartek, 21 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2010). Ebook.

Dokończyłam książkę, którą zaczęłam czytać niemal rok temu, przed Świętami Bożego Narodzenia, i która z jakichś powodów wtedy mi nie szła. A teraz dokończyłam ją z prawdziwą przyjemnością.

Nie czytałam nic wcześniej tej autorki, ale wiem, że teraz sięgnę po kolejne jej książki.

"Sezon na cuda" to opowieść, która zachwyci osoby, dla których tak jak dla mnie, specjalnym czasem w ciągu roku jest czas około Świąt Bożego Narodzenia. Dla osób, które lubią ten okres roku jest to lektura wręcz wymarzona. 
Nie będzie tu akcji zapierającej dech w piersiach. Nie będzie też ludzkiej podłości i niegodziwości. Będzie za to mnóstwo ciepła, dobra, serdeczności. Tego wszystkiego czym na co dzień tak mało się wzajemnie obdarzamy a jeśli już to według mnie wciąż za mało. Kto nie lubi tego typu historii, kto uważa, że za wiele w nich cukru, niech nie czyta bo domyślam się, że będzie marudził. Ja jestem zachwycona. 
W miejscowości w górach, w Malowniczym, prowadzi pensjonat Maja. Jest po rozwodzie, mieszka z nastoletnią córką. Ma to wielkie szczęście, że otoczona jest ludźmi serdecznymi i dobrymi. Ma po prostu przyjaciół i sama jest dla innych przyjaciółką i wsparciem. I oto rodzi się pomysł aby w Uroczysku, czyli w pensjonacie prowadzonym przez Maję, zorganizować wielką, zbiorową Wieczerzę Wigilijną. 
Czyż to nie wspaniały pomysł aby w ten specjalny czas podzielić się Opłatkiem i życzyć sobie tego, co najlepsze właśnie z większą niż dotąd ilością osób? Rusza wielkie wzajemne wymyślanie co przygotować na ten dzień, jak wzajemnie zorganizować pracę i przygotowania ale przede wszystkim jak zorganizować Wigilię tak aby tego wieczoru nikt nie czuł się samotny. I chociaż w pewnej chwili Mai przychodzi na myśl, że przecież jej pensjonat nie jest z gumy a i krzesła nie mają nadnaturalnej zdolności powielania się, koniec końców, wszystko udaje się zorganizować wspaniale i nadchodzi dobry, spokojny czas wspólnego radowania się i cieszenia oraz oczekiwania na Boże Narodzenie.

To ładna, dobra opowieść. To opowieść, która potrafi wzruszyć. Tak, jest to pewnie kolejna "bajka dla dorosłych" niemniej jednak nie chcę wierzyć, że nie ma już w życiu miejsca na dobro, wzajemne poszanowanie, miłość i serdeczność oraz wsparcie. 

Do tego w ten niezwykły świąteczny czas domykają się wszystkie zaległe, niedokończone dotąd sprawy i problemy. Samotni zyskują towarzystwo, miłość staje się faktem, wahający się do tej pory nabierają odwagi do zmiany własnego życia na lepsze. Pojawia się też pewna niezwykła Postać. W którą można lub nie , wierzyć ale w którą wierzą mieszkańcy Malowniczego. I która zapowiada lepszy czas.

"Sezon na cuda" wpisuję na osobistą listę książek około świątecznych i cieszę się,że jednak dałam jej drugą szansę. 

Moja ocena 6 / 6. 

środa, 20 września 2017

Cykl Teatr Węży.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2017).

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Autorki. 

No i stało się. Po bardzo długim czasie przeczytałam coś z gatunku fantasy. Ci, którzy mnie znają, raczej wiedzą, że nie sięgam po ten gatunek często. Ba, ale w życiu (zwłaszcza czytelniczym) warto jest stosować płodozmian i sięgać po coś nowego. 
Nie ukrywam, sama się zgłosiłam po egzemplarz do autorki (w odpowiedzi na Jej apel). I mimo, że z fantasy mi nie po drodze, intuicyjnie czułam, że tu się nie zawiodę. Nie wiem do końca co to sprawiło. Czy okładka, która przyciągnęła mój wzrok natychmiast i zaciekawiła postacią ciemnego mężczyzny w opończy i z przytroczonym do pasa mieczem. Czy był to sam opis książki? Wreszcie, polecenie M. Wegnera na okładce (na stylizowanej pieczęci, co znów na plus dla okładki wspaniale komponującej się z treścią książki).

Jaki jest efekt mojego doświadczenia z sięgnięciem po coś, czego na co dzień raczej nie czytuję? Bardzo, bardzo dobry i więcej niż zadowalający.

"Dwie karty" to pierwsza część Cyklu Teatr Węży. Jest to też wznowienie albowiem w 2011 roku już się ten cykl ukazał. Ja jednak jak napisałam, sięgnęłam po niego po raz pierwszy i nie powiem aby "Dwie karty" nie nastroiły mnie do tego abym w przyszłości nie zechciała sięgnąć po dalsze części. Bo nastroiły i chcę zdecydowanie sięgnąć po kontynuację.

Co mnie zachwyciło przede wszystkim w "Dwóch kartach"? Ano dwie rzeczy, istotne w moim pojęciu. Po pierwsze, wspaniale skonstruowany świat jaki na kartach książki skreśliła autorka. Świat wypełniony szczegółami, świat spójny i tak plastycznie odmalowany słowem, że wydający się możliwym do zaistnienia. Co jeszcze? Mówiąc o słowie, nie sposób nie zachwycić się (a wierzcie mi , zwracam na to bardzo uwagę podczas lektury) wspaniałą polszczyzną jaką posługuje się Autorka. Nie waham się stwierdzić, że popełniła Ona ten rodzaj prozy co książka, którą zachwycałam się dwa lata temu i która wtedy przypomniała mi za co kocham beletrystykę a mówię tu o "Tysiącu jesieni Jacoba de Zoeta" Davida Mitchella. 

Do Shan Vaola trafia tajemniczy mężczyzna. Nosi się na ciemno a twarz jego pokrywają blizny. Zachowuje się wstrzemięźliwie , żeby nie powiedzieć, tajemniczo. Być może ma ku temu jakiś powód. 
Miejsce, do którego trafia zamieszkuje wiele postaci. I ludzi i chowańców, i odmieńców. Życie toczy się na powierzchni miasta ale i pod nią. I to od życia w Podziemiach gdzie nie brak postaci rozmaitego autoramentu, żyjących i dusz pośmiertnie nawiedzających krainę,  rozpoczyna swoją wędrówkę ktoś, kto wpierw nie pamięta nic a później zaczyna z czasem coś niecoś sobie przypominać. Brune Keare to ktoś tajemniczy. Coś przeżył ale co dokładnie? Tego sam nie wie , strzępki wspomnień będą go nawiedzać z czasem. I na jaw wychodzić będą sprawy i możliwości , o jakich sam zapomniał bądź z których to nie zdawał sobie sprawy.

Jak już się wcześniej zachwycałam, Agnieszce Hałas udało się stworzyć wspaniale egzystujący na kartach książki świat wraz z zamieszkującymi go istotami. 

Postać samego Brune jest niejednoznaczna i to cieszy czytelnika (a przynajmniej mnie samą). Nie lubię postaci jednoznacznych, a o krystalicznie idealnych w ogóle nie zamierzam się wypowiadać bo te w książkach tego typu są zwyczajnie nudne. Brune więc nie jest dający się łatwo zdefiniować i nie tylko jego własna niemoc i niepamięć o tym decyduje. Również uczynki i działania pokazują, że co prawda z jednej strony wydaje się być dobry ale coś kiedyś zdarzyło się w jego życiu co sprawiło, że jest tym kim jest i trafił tu gdzie trafił. 

Poza tym , jak to interesujący bohater, ową niejednoznacznością swoich posunięć i zachowań intrygował. Nie tylko mnie oczywiście, co prowokowało do rozmaitych wydarzeń mniej bądź bardziej niebezpiecznych w ciągu akcji dziejącej się w Zmroczy skonstruowanej przez Autorkę na potrzeby świata książki. 

Oczywiście mamy tu elementy typowe dla fantasy czyli istniejące i walczące ze sobą światy dobra i zła ale czyż tak nie wygląda życie dookoła? Porzućmy na chwilę didaskalia współczesności i szybko orientujemy się, że nasze codzienne życie po trochu dzieje się na podobnych zasadach. Ktoś kogoś kocha, ktoś kogoś nienawidzi. Ktoś pożąda władzy a ktoś inny nie chce jej dać sobie odebrać. Ktoś sięgnie po każdy sposób aby coś zyskać (czary ) a ktoś inny będzie się bronił (amulety). Wreszcie, są ludzie cieszący się szacunkiem, ci, którzy bez względu na wszystko pomagają każdemu kto tej pomocy wymaga i ci, którzy na los innych są obojętni. Jest więc ta książka bardzo uniwersalna w swojej wymowie i ogromnie mi się ten uniwersalizm w niej podobał. 

Cóż mogę powiedzieć na koniec poza moim zachwytem, który wyraziłam wcześniej? Ano to, że z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg tego cyklu. I że gratuluję Autorce umiejętności, która wcale nie jest taka częsta a mianowicie wykreowania takiego świata literackiego , który ociera się wręcz o ten realny , w którym przebywam. 

Moja ocena to 6.5 / 6 .

poniedziałek, 18 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Mam wielki sentyment do książek ze szczęściem w tytule więc wiedziałam, że mam ochotę na przeczytanie tej książki. I , co od razu zaznaczam, "wybaczam" książce to, że jej zakończenie nie stanowiło dla mnie niespodzianki. Jak już kilka razy tu wspominałam, lubię sobie raz na jakiś czas przeczytać "bajkę dla dorosłych". Taką opowieść co do której nie muszę bać się, że zakończy się w sposób przygnębiający. 

Akcja książki dzieje się praktycznie na przestrzeni jednego miesiąca plus nieco później. Ale tak naprawdę cała historia zostaje opowiedziana w ciągu jednego miesiąca, jakim jest grudzień.

A jest to jak wiadomo, miesiąc przedświąteczny. I jest to też taki czas, w którym jest nadzieja na to, że zadziała słynna magia Świąt, o której tyle słyszymy w reklamach emitowanych w tym czasie. Nie jest to stricte świąteczna opowieść ale z pewnością ważna rzecz stanie się w czasie około świątecznym .

Zuzanna i Adam kiedyś byli parą. Ich związek, mimo że oboje byli młodzi, wydawał się bardzo poważny. Przynajmniej dla Zuzy. I tym bardziej zabolało ją i stało się niezrozumiałe to, że trzy lata temu Adam zniknął z jej życia dosłownie z chwili na chwilę. Zostawił ją bez słowa wyjaśnienia, dosłownie zapadł się pod ziemię. 

Jednak próby zapomnienia o miłości nie dają rezultatu. Zuza nawet próbuje stworzyć nowy związek z kimś, kogo zna od dawna, ale nie ma w tym żadnego uczucia, żadnej pasji, nie ma po prostu miłości. 

Na domiar złego, równie nagle jak trzy lata temu zniknął, tak nagle, z dnia na dzień do miasteczka powraca Adam. 
Jego historię po zniknięciu z życia Zuzanny znamy jako czytelnicy, jednak sama kobieta dowiaduje się stopniowo co stało za zniknięciem mężczyzny z jej życia. 

"Jutro będziemy szczęśliwi" jak już wspomniałam, nie była może dla mnie zaskakująca ale też i nie na zaskoczenia liczyłam sięgając po nią. Kibicowałam natomiast tej dwójce w poczynaniach obojga i próbie powrotu do siebie. Nie jest to jednak łatwe, gdy dzieli dwójkę osób nie tylko przeszłość ale może nie tyle kłamstwa co brak prawdy i informacji. Nie jest więc łatwo zaufać komuś w chwili gdy zostało się zranionym bardzo mocno. 

Cieszy mnie, że najważniejsze chwile i rozstrzygnięcia spraw autorka zostawiła w książce na czas przed i około świąteczny. Jak ciepła atmosfera przy świątecznym stole gdy dzielimy się Opłatkiem z bliskimi, z przyjaciółmi, tak to zakończenie historii otuliło mnie swoim ciepłem i optymizmem. 
Wiem, że są osoby, które oczywiście mogą narzekać na oczywistość czy wręcz może przewidywalność tej opowieści ale po pierwsze, na szczęście, nie każdy musi czytać i zachwycać się tym samym co ja, a po drugie wiem, że są chwile kiedy chcemy przeczytać coś pokrzepiającego i "ciepłego". A taka jest ta książka. 

Moja ocena 4.5 / 6. 

czwartek, 14 września 2017

Wydana w Wydawnictwie Helion. Gliwice (2017). Ebook.

Przełożył Jacek Godek.
Tytuł oryginalny Flateyjargáta.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Helion / Editio.

Wciągnął mnie ten kryminał bardzo. Najpierw wydawało mi się, że spodoba mi się mniej niż się spodobał ale wraz z upływem lektury okazało się, że zdecydowanie chętnie sięgnęłabym po coś jeszcze autorstwa Ingolfssona.

Wyspa Flatey położona jest w jednej z islandzkich zatok o nazwie dla mnie nie do wymówienia. Jest jedyną zamieszkałą wyspą w tamtej części kraju. Akcja książki dzieje się w roku 1960 kiedy to na wyspie mimo dopływu cywilizacji i jej osiągnięć wciąż w wielu kwestiach życie toczy się mniej więcej jak w początku wieku. Ludzie prowadzą tam życie wyspiarskie, łowią, polują na foki czy ptaki, przędą wełnę. Jest też szkoła , lekarz, kooperatywa handlowa, kościół. Czyli w sumie wszystko to, czego w tamtych czasach zamieszkującym wyspę było potrzeba. 

Na wyspę przybywa młody człowiek, wysłannik prefekta, Kjartan. Przybywa on z niewdzięcznym zadaniem. Na sąsiedniej wysepce bowiem znaleziono ciało człowieka, trzeba owo ciało sprowadzić na ląd. Trzeba też dowiedzieć się co takiego stało się, że nieznajomy zmarł na wyspie. Czy w grę wchodzi przestępstwo? 

Mała, żeby nie powiedzieć bardzo nieliczna społeczność, dość rutynowy tryb życia mieszkańców a tu nagle taka sytuacja? Kjartan ma więc swoje zadanie do wykonania, polegające głównie na wybadaniu mieszkańców i wyciągnięciu wniosków a śledztwo w sprawie śmierci nieznanego mężczyzny zacznie się toczyć dwutorowo od chwili , gdy ofiara zostanie zidentyfikowana jako duński profesor Gaston Lund. 

To mała wyspa i do tej pory zdawałoby się, że niewiele się na niej działo ale nie do końca tak jest. Albowiem swego czasu na niej znajdowała się niezwykła księga. Średniowieczny manuskrypt spisany na skórze zwierząt zawierający teksty sag i poematów skandynawskich ludów. Przyznam się szczerze, że do momentu sięgnięcia po tę książkę nie miałam pojęcia, że tekst ten istniał. Jeszcze gdy zaczynałam czytać ten kryminał myślałam, że autor stworzył go sobie na potrzeby tekstu i sięgnęłam do internetu gdzie przeczytałam jego historię. Tekst ten faktycznie był ważny dla Islandczyków a jego losy dość burzliwe. Dość, że w chwili gdy dzieje się akcja książki ów manuskrypt spisywany przez skrybów, przebywał w Danii. A naród islandzki walczył o jego powrót do kraju. 

Czy tajemnicza śmierć duńskiego badacza manuskryptu ma powiązanie z owym dziełem?
Od razu mówię, że autor uniknął skręcenia w stronę magicznych działań dawnej księgi, żadne tu nie ma miejsce fantasy , natomiast jest walka o odzyskanie dobra narodowego. I co prawda na wyspie wciąż są tacy, którzy wierzą w elfy czy tłumaczą sny to jednak ludzie po prostu znają się na wartości własnej kultury i chcieliby aby jej część w postaci księgi powróciła do kraju. 

Początkowo najmniej wciągnął mnie sam wątek kryminalny tej książki a bardziej sama historia księgi jak również zagadka z nią związana, która dzieje się i trwa poprzez całą książkę a my wraz z kimś próbujemy wpaść na trop jej rozwiązania. Z czasem gdy okazało się, że na wyspie nikt z obecnych nie jest do końca nieznany i tak całkiem przypadkowy a na jaw zaczęły wychodzić wzajemne powiązania postaci i wątek kryminalny mnie zainteresował. 

Wyspa na której życie toczy się niespiesznie a ludzie są dla siebie pomocni i życzliwi zaczyna mieć własną tajemnicę a raczej więcej niż jedną. I śmierć Lunda zdaje się uruchomić lawinę odsłon skrywanych przez lata sekretów. Na pewno efekt grozy potęguje poczucie odosobnienia wyspiarzy i przebywających na Flatey gości aczkolwiek daleko jest tu do napięcia, które towarzyszy często thrillerom czy sensacji. Akcja może nawet dla niektórych dziać się zbyt wolno a elementem spowalniającym są wstawki z tekstów owych sag i podań, które z kolei łączą się całościowo w zagadkę składającą się z czterdziestu pytań. Mnie jednak, o czym już nadmieniałam, to wplecenie motywu średniowiecznej księgi, zagadki z nią związanej a nawet klątwy towarzyszącej sprawie, bardzo się podobało i dodało czegoś ponad zwykły kryminał tej książce. Mam świadomość, że nie bez powodu dzieje się tak akurat w książce autora pochodzącego z tego konkretnego regionu świata gdzie sagi i podania stanowią istotną część życia kulturalnego i dziedzictwa narodowego. 

Interesującym jest też posłowie od autora, który osobom, które być może nie sięgną jak ja do jakichś źródeł informacji, wyjaśnia, że Flateyjarbok w roku 1971 powróciła do Islandii i stanowi obecnie jeden ze skarbów narodowych. 

Na koniec mojej recenzji słów parę o pracy tłumacza. Bardzo się cieszę, że kryminały islandzkie tłumaczy pan Jacek Godek. Widać ogrom pracy a przede wszystkim jego związek z Islandią. Nie ma więc miejsca na błędy czy niejasności. Mnie jako czytelniczce naprawdę przyjemnie czyta się książkę dopracowaną. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...