Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
wtorek, 07 września 2004
Odespalismy wieczor Fado i nastepnego dnia, w piatek 7 listopada, wybralismy sie, aby zobaczyc zupelnie inne oblicze Lizbony. Do tej pory widzielismy Lizbone leciwa staruszke, teraz przyszlo nam zobaczyc Lizbone-mloda , nowoczesna kobiete, a wiec Lizbone futurystyczna.

Pojechalismy tam przede wszystkim do Oceanarium, ale przy okazji zrobilismy sobie wycieczke po Lizbonie futurystycznej, a wiec wokol Parque das Nacoes, dawnych terenow wystawy Expo' 98. Oceanarium Lizbonskie jest najwiekszym w Europie, a drugim co do wielkosci Oceanarium na swiecie. Najpierw wiec odwiedzilismy Oceanarium, gdzie spedzilismy dwie godziny z nosami przylepionymi do szyby. Spotkac w nim mozna mnostwo kolorowych ryb, zwierzakow i stworzen morskich, takich miedzy innymi, jak moje ukochane koniki morskie czy matwy.
Wedrujac tam czulismy sie jakbysmy sami nurkowali, a tym bardziej, ze
listopadowa Lizbona ma w sobie to COS, czym jest brak tlumu turystow!! Co nie znaczy, ze ich w ogole nie ma o tej porze roku.

Po wyjsciu z Oceanarium postanowilismy odbyc krotka wycieczke w chmurach , a mianowicie przejechac sie kolejka linowa, z ktorej podziwiac mozna Park i tereny futurystyczne. Nie zwiedzilismy wszystkich tamtejszych budynkow, choc na pewno warto, sa tam bowiem takie cuda, jak Pawilon Rzeczywistosci Wirtualnej.
No i podziwialismy Most Vasco da Gamy wiszacy nad Tagiem, nie chce sie wierzyc, ze most moze miec 18 kilometrow dlugosci, a tyle ma.


W sobote z rana nieudana wyprawa, postanowilismy odwiedzic Muzeum Narodowe. I tu porazka, o co mam tez pretensje do wszystkich przewodnikow, jakie kupilismy.
Nikt tam nie pisze, ze w godzinach przedpoludniowych do 14.00 niektore czesci Muzeum sa po prostu zamkniete. Oj, ale bylismy zawiedzeni. W sumie nie zobaczylismy wielu interesujacych kolekcji, zreszta atmosferka tam byla podobna do naszej w Muzeum Narodowym. Osobiscie wole mniejsze Muzea, takie, jak nawet wspomniane przeze mnie Muzeum Gulbenkiana, ktore jest prywatne. Szczerze mowiac teraz nie moge odzalowac, ze zamiast tluc sie do Narodowego, w ktorym i tak nic
oprocz jednego obrazu Boscha "Kuszenie Swietego Antoniego"nas nie
zainteresowalo, nie odwiedzilismy na przyklad Muzeum Azulejos. Sa tez i inne perelki w Narodowym, ale najciekawsze czesci Muzeum takie, jak meble i tkaniny i czesc sztuki orientalnej byly zamkniete.

No, ale co robic. Z Muzeum odbywamy spacer przez cala dzielnice Bairro Alto, teraz za dnia widzimy to, co do tej pory glownie wieczorami, kiedy trafiamy tam na kolacyjki:) I teraz zycie gastronomiczne wre, teraz otwarte sa glownie male restauracyjki na lunch, za to te, ktore wieczorami beda czynne na razie zamkniete na cztery spusty...W koncu w jednej z nich zjadamy dobry posilek i nabieramy sil na popoludnie. Tego dnia po poludniu odbywamy jeszcze jedna wyprawe do Alfamy i Zamku Swietego Jerzego, a wracajac zdarza sie moj maly wypadek. Tak, jak juz mowilam, Lizbona polozona na wzgorzach wymaga ciaglego
wspinania sie pod gore i schodzenia w dol. Schodzac w dol z Alfamy niestety przewracam sie i mocno tluke kolano. Skutki tego odczuwam do dzis. Niestety nastepne pare dni w ogole chodzilo mi sie zle, tym bardziej, ze odezwalo sie sciegno Achillesa.

Tagi: Lizbona
17:21, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »

Nastepnego dnia, to jest w czwartek, 6 listopada, wyruszylismy na podboj
Lizbony.Najpierw metrem i kolejka podmiejska dotarlismy do Belem, tak przy okazji, metro tam moim skromnym zdaniem wcale nie tak rewelacyjnie oznakowane, a juz jesli chodzi o angielski, to oj, powiem tak, przez caly pobyt ze zdziwieniem zauwazalismy, ze po angielsku nawet mlodzi ludzie nie mowia za dobrze. Bylismy tym zaskoczeni, skoro staraja sie do siebie sciagnac turystow...u nas jednak duzo lepiej ze znajomoscia jezyka wsrod mlodych, naprawde. W centrum handlowym dziewczyny z takiego sklepiku z salatkami, i makaronami ledwo co mowily.No, ale dobrze, ze zawsze mozna palcem pokazac:)


No, ale wracajac do Belem.
Najpierw poszlismy zwiedzic Klasztor Hieronimitow, w ktorym jest grobowiec Vasco da Gamy. Wnetrze bardzo ladne, kolumny podpierajace sklepienie przypominaja palmy, budowla jest monumentalna ale naprawde ladna.Nastepnie dotarlismy do Pomnika Odkrywcow, wzniesionego w 1960 roku. Ma on forme wyplywajacej w morze karaweli, na czele grupy ludzi Henryk Zeglarz.
We wnetrzu jest winda, ktora mozna dotrzec na szczyt pomnika, skad rozciaga sie przepiekna panorama miasta, gdyz sam pomnik jest bardzo wysoki.
Stamtad dotarlismy wzdluz nabrzeza do Torre de Belem, to dawna wieza straznicza przy wejsciu do portu. Wieza jest bardzo ladna, nie jest duza budowla, ale jej architektura jest sliczna, wiele zdobien, mnostwo wiezyczek , i jak mowi przewodnik, jest to jedyna czysto manuelinska budowla w Portugalii. Widac tam fascynajce architekta architektura mauretanska i jest to moim skromnym zdaniem cacuszko:)
Nozki nas juz bolaly, wiec po wizycie w porcie postanowilismy , ze teraz czas na lunch.
Po poludniu zas ruszylismy do najstarszej dzielnicy Lizbony, jaka jest Alfama.
Jest to niezwykla dzielnica, w ktorej uliczki sa waskie, tak, jak wszedzie w Lizbonie, ktora polozona jest na wzgorzach, wiec prowadza one ciagle pod gore lub w dol. Uliczki wiec, a raczej zaulki sa waskie, krete i uwazaj wedrowcze , abys sie posrod wedrowki swej tam nie zgubil:)) Kamienice stare, pokryte azulejos. Tu dochodze do skarbu Portugalii, jakim sa owe ceramiczne plytki, kafelki o mauretanskim rodowodzie. Sztuka ta rozwinela tu swoje skrzydla, ze sie tak wyraze. W Portugalii widac je na zewnatrz budowli, wewnatrz, takze na sufitach i podlogach. W Lizbonie takze jest Muzeum Azulejos, szkoda, ze czasu nam zabraklo odwiedzic to muzeum, bo powiem szczerze, ze mialam na to wielka ochote. W Alfamie wiele kamieniczek ma sciany zewnetrzne pokryte owymi plytkami
i wyglada to naprawde bardzo malowniczo.
Wedrujac po Alfamie przygladalismy sie z zaciekawieniem owym waskim uliczkom, stloczonym domom, na zewnatrz okiem czesto wywieszona jest klatka z kanarkiem lub papuzka, a bardzo czesto wisi tez calkiem pokazne pranie, reczniki, ubrania, koszule itd. Wzdluz Alfamy , docierajac do Bairro Alto, a i chyba dalej, ciagna sie tory zabytkowego starenkiego zoltego tramwaju , ktory niespiesznie toczac sie ujawnia podrozujacym wszystkie zakamarki Lizbony, my sie raz nim kawalek przejechalismy.
Wciaz i wciaz idac pod gore dotarlismy do Katedry Se, a stamtad dalej pod gore do Zamku Swietego Jerzego. Sam zamek jest glownie odrestaurowany, ale bardzo piekny. Dochodzac do niego mozna z terenu podzamcza podziwiac piekna panorame, widac tez, ze jest to obowiazkowe miejsce pierwszych randek mlodych Lizbonczykow, hihi, widac duzo wtulonych w siebie parek przechadzajacych sie lub po prostu siedzacych gdzies w przytulnym zakamarku i wsluchanych w siebie.
Podobno panorama z podzamcza nalezy do jednych z najpiekniejszych w Lizbonie i trzeba przyznac, ze to prawda, niezapomniane widoki, a ponadto pytanie "Ojej, weszlismy az tu? Na gore? A z dolu wydawalo sie, ze to tak wysoko". I rzeczywiscie jest wysoko!
Kiedy weszlismy na teren samego zamku uslyszelismy dzwieki gitary, to siedzacy na murku mezczyzna dawal taki swoj prywatny koncert przy tej okazji starajac sie sprzedac swoje cds, zreszta bardzo ladnie gral, ta muzyka wyrazala ten portugalski slynny nastroj zwany saudade. Saudade, to tesknota, nostalgia, to cos nie do konca dajacego sie opisac jednym slowem, to tesknota za czyms, czego sie opisac nie da, za czyms, co odeszlo, za czyms, czego nigdy nie bylo...Portugalczycy sa nieco saudade, ale nie na codzien, na codzien wydaja sie usmiechnieci i zadowoleni, saudade tkwi w ich duszach, odzywa sie zapewne w
roznych momentach ich zycia...Czy to nie troche polskie?? Zastanawialo mnie to odkad uslyszalam o saudade, czy nam Polakom nie jest to nieco znane i bliskie?
Taka jakas tesknota za czyms, co bylo i odeszlo, za czyms czego moze nie bylo, czyms nieokreslonym?? Do rozwazenia.....


A wieczorkiem wybralismy sie do lokalu z muzyka "Fado". Obiecalismy sobie te muzyke uslyszec przed wyjazdem. Nie wiem, czy juz pisalam o "Fado" , jest to muzyka majaca rodowod wlasnie z Lizbony, wyrazajaca rowniez saudade,spiewacy spiewaja przy akompaniamencie gitar. Podczas wystepu w lokalu, kiedy my bylismy spiewaly dwie panie i dwoch panow , a w tle gralo im dwoch dziadkow.
W kazdym razie muzyka cudowna, wraz z rozpoczeciem spiewu milkna rozmowy, brzek sztuccow, wszyscy zasluchuja sie w te spiewana opowiesc, i naprawde niewazne jest w tym momencie, ze nie zna sie portugalskiego, po prostu trzeba oprzec brode na zlozonych rekach, zasluchac sie w ten spiew i ...marzyc...My poprosilismy jedna ze spiewaczek o wspolne zdjecie i zgodzila sie, wiec mamy tez i taka mila pamiatke z Lizbony.
No i tak oto zakonczyl sie czwartek.

Tagi: Lizbona
17:18, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »

Sroda , 5 listopada.

Rano posnulam sie po centrum handlowym. Jakze spodobal mi sie styl ubierania Portugalek.
Sa to kobietki bardzo eleganckie, ale, uwaga!! daleko im do idiotycznego
wystrojenia sie. Nosza na sobie rzeczy ladne i dobrze skrojone, widac, ze z dobrych materialow, ale nie sa przestrojone. Poza tym, jak dla mnie bomba, starsze panie sa baaardzo zadbane, prawie kazda ma staranna fryzurke, trwala ondulacje, do tego dobrze skrojony kostiumik, czy zakiet, w kazdym razie starosc wyglada tam o wiele lepiej, niz to widzialam nawet w duzych miastach w Grecji na przyklad. Tam starsze panie wydaja mi sie miec obowiazek wygladania smutno i szaro, tu odwrotnie. Nie znaczy to, ze nosza jakies kolorowe wdzianka na wzor Amerykanek , ale sa prostu bardzo zadbane i ladne. Przyjemnie popatrzec.

Kobietki nosza tam duzo bizuterii, ale takiej wielkiej, grubej i topornej, co
mnie zastanowilo. Nie widzialam ani jednej ladnej sztuki bizuterii. Za duzo i jakos za topornie. Nie wiem, czy wszystko to bylo oryginalnym zlotem, czy moze tombak, ale u nas na ulicy to strach by bylo to nosic.OK, ale mialam mowic na inny temat. Otoz w tym centrum glownie sobie popatrzylam i ze zdziwieniem odkrylam, ze tam maja o wiele cieplejsze i praktyczniejsze ciuchy! U nas na te pore roku jakies paletka wiatrem podszyte sie proponuje, a tam? Cieple plaszcze, fajne kurtki. To samo z butami, zadne tam czuby, buty wygodne, az pozalowalam, ze nie mam wiecej kasy, bo moze jakies wygodne buty bym sobie nabyla.

W centrum dotarlam na wszystkie 7 pieterek, z czego najbardziej spodobalo mi sie pietro z dzieciecymi rzeczami, a szczegolnie dzial zabawkarski. Poniewaz tam juz (zreszta u nas podobnie) Swieta za pasem, o czym przypominaja napisy Wesolych Swiat, i Mikolaje i inne gadzety, wiec i asortyment taki pod dzieciaki na Swieta . Ale niektore zabawki zapieraly mi dech w piersiach, nie wiem, jak to jest, ale ja u nas nie widuje takich fajnych zabawek, a moze po prostu nie znam sie na tym i nie znam sklepow...

Po poludniu fru metrem do ZOO. Pokaz delfinow byl na godzine 15..00, ale chcielismy wczesniej zjesc jakis lunch, co tez w knajpce przy ZOO
uczynilismy.Potem ruszylismy do delfinow. Dla wszystkich niezorientowanych, delfiny kocham i sa to chyba moje ukochane zwierzeta i jednym z moich marzen zyciowych bylo zobaczenia delfinow na zywo!! I jak sie okazuje, marzenia rzeczywiscie sie spelniaja!! Podeszlismy do zbiornika, poniewaz bylo jeszcze nieco przed poczatkiem pokazu, delfiny bawily sie w wodzie. Na powierzchni wody plywaly liscie zwiane tam z pobliskich drzew i delfiny wymyslily sobie super zabawe. Widzac nasze zainteresowanie podplywaly do liscia, lapaly go pyszczkiem
i ...wyrzucaly nam je ponad barierka zbiornika na glowy:)) Hihi, moge Wam przysiac, ze usmiechaly sie przy tym, jakby wiedzialy, ze to jest rzeczywiscie dobry kawal! Hi hi , przyznam sie jeszcze do czegos, otoz, kiedy podplynely do mnie i zobaczylam ich pyski po drugiej stronie szklanej tafli, to...lezki wzruszenia zakrecily mi sie w oczach...

A potem zaczal sie pokaz. Okazalo sie, ze nie tylko delfiny beda sie przed
nami popisywac, ale najpierw foki. Mozna powiedziec, ze mimo, ze byl to pokaz prowadzony jedynie po portugalsku, to nie bylo z tym problemow.

Foki wykonywaly fajne sztuki, okrecaly sie , stawaly na ogonie, a potem jedna z nich ze swoja opiekunka chodzila po widowni i kazdemu dawala buzi, a pani obok robila zdjecie, ktore zreszta przy wyjsciu z ZOO mozna bylo sobie nabyc. Hihi, powiem Wam, ze buzi foki pachnie ryba:)) dobrze, ze to bylo tylko buzi w policzek, bo w usteczka na pewno bym sie foczce calowac nie dala:))

A potem byly delfiny...Tego nie da sie opisac, to po prostu trzeba zobaczyc. Na pewno robia te popisy dla przyjemnosci, poza tym, oczywiscie panie opiekunki caly czas ganiaja z lodoweczkami podrecznymi, z ktorych po kazdej sztuce delfiny otrzymuja smaczna rybe:)

Ostatnia czescia pokazu bylo plywanie z jedna opiekunka , ktora razem z nimi robila fajne sztuki, na przyklad byla przez delfinki wyrzucana do gory ponad powierzchnie wody. JA tam tej pani wspolczulam, bo jak dla mnie, to listopad nie jest pora do plywania, ale ona nie wygladala na zmartwiona.Pokaz podobal nam sie bardzo, w sumie trwalo to godzine, razem z pokazem foczek, wiec naprawde bylo na co popatrzec.

Dzien zakonczylismy kolacja w uroczej knajpce na Bairro Alto. Nawet nie
pamietamy nazwy. Po prostu mala knajpeczka, oczywiscie jednoizbowa,ze stloczonymi stolikami, i smacznym jedzonkiem.

Acha, i na koniec tego opisu taka mala refleksja. Otoz, musze powiedziec, ze moze mielismy szczescie, a moze to fakt, ze nam sie wydala Lizbona bezpieczna. Nie zdarzyla nam sie na szczescie zadna nieprzyjemna sytuacja, nikt nas nie zaczepial, i nie balismy sie, poznym wieczorkiem spacerowac po ulicach, czy jechac metrem.
Ale, tak jak mowie, o bezpieczenstwie powinny sie wypowiedziec osoby, ktore dluzej tam mieszkaja i zyja.

Ciag dalszy nastapi.

Tagi: Lizbona
17:15, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »

Ha, obiecałam sobie, że wkleję tu moje wspomnienia lizbonskie z forum na gazecie, co niniejszym czynię. Niestety, wybaczice brak polskiej czcionki i literek, gdyż wspomnienia te były pisane z myślą także o moich znajomych za granicą i tak to musiało wyglądać. Da się to jednak odczytać bez problemu, więc zapraszam do lektury:)


3 listopad, 2003, poniedzialek. Zaczyna sie nasza przygoda z Portugalia, z Lizbona i okolicami. Wylatujemy z Warszawy wieczorem z polgodzinnym
opoznieniem, w zwiazku z czym nie wiemy, czy zdazymy na lot laczony z
Frankfurtu do Lizbony.Po sporej dawce nerwow na lotniosku po wyladowaniu (zmienili w miedzyczasie numer gate, do ktorego musimy pobiec) , trafiamy tam gdzie trzeba przekonaniu, ze sie spoznimy, jednak ufff, co za ulga, okazuje, sie, ze czas podany na bilecie nie byl czasem wylotu samolotu do Lizbony, a czasem boardingu. Tak wiec w sumie z jednego pokladu samolotu przeskoczylismy na nastepny i w droge! Musze przyznac, ze Lufthansa ma bardzo dobre jedzonko, jak na samoloty oczywiscie.
Juz w samolocie poczynilam pierwsze obserwacje, leca z nami ludzie o zupelnie innym typie urody, widac, ze to nie sa Slowianie...i ten jezyk, super! Po drodze cwicze sobie podstawowe zwroty , miedzy innymi "Dziekuje", hihi, chyba troche za glosno, bo dziewczyna obok popatruje na mnie z zainteresowaniem, wiec wsciubiam nos w rozmowki i udaje, ze ...to nie ja:)

Do Lizbony przylatujemy o polnocy, u nas w Polsce to juz 1 w nocy, ale tu znowu przesuwamy wskazowki. Pisze znowu, bo w Polsce dopiero co przesuwalismy wskazowki, teraz kolejna zmiana czasu, a po tygodniu znowu trzeba bedzie zmienic czas, zastanawiam sie, czy nawet takie male zmiany, ale w tak krotkim czasie moga jakos na nasze ogranizmy wplynac.

Bierzemy taksowke i jedziemy do naszego hotelu "Mirapargue". Hotel 3*,
polozony w pieknej okolicy przy Parku Edwarda VII. Metro bliziutko. Sam hotel, taki sobie, moze nie najgorszy, ale widac, ze leciwy, czysto, ale pokoje malutkie, lazienka jeszcze mniejsza, nie za duzo polek, czy szafeczek na rzeczy, a przeciez na ten tydzien dwie osoby jakies ubranka musza miec.

Przed wyjazdem powiedziano nam, ze w Lizbonie koniecznie trzeba miec ze soba kurtke przeciwdeszczowa i parasol, bo tam lubi sobie popadac i ze czesto gesto po prostu leje. Zaopatrzylismy sie oczywiscie w te sprzety, jak rowniez odpowiednie buty.

Wiedzialam, ze pierwszy dzionek musze sobie jakos w wiekszosci sama
zorganizowac, wiec najpierw udalam sie na spacer po okolicy. Pierwszy dzien, wtorek, byl, przynajmniej z rana zimny, dobrze, ze mialam moj cieply polarek, ale w pewnym momencie nawet pozalowalam ze nie mam rekawiczek na raczkach.
Pospacerowalam po okolicy, pogapilam sie na ludzi. Po poludniu zjedlismy lunch i potem on znowu wrocil na konferencje, a ja postanowilam isc
do Muzeum Gulbenkiana. Jest to prywatne Muzeum. Jest tam moze nie mnostwo rzeczy, za to zbiory rzeczywiscie ciekawe, w tym bardzo interesujace zbiory sztuki antycznej. Tak wiec ja sobie posiedzialam tam i porozkoszowalam sie sztuka. Szczegolnie sztuka japonska i chinska podobala mi sie, wiec tam w sumie najwiecej czasu spedzilam.

Ile jednak mozna siedziec w Muzeum:)) Po wyjsciu i stwierdzeniu, ze jeszcze mam troche czasu poszlam sobie zobaczyc centrum handlowe, jakie bylo niedaleko naszego hotelu.

Wieczorem wybralismy sie na kolacje do Bairro Alto. Jest to jedna z bardziej malowniczych dzielnic Lizbony, mozna tam wieczorami zjesc kolacje w jednej z rodzinnych restauracji.I tu moja kolejna obserwacja z Lizbony, wieczorem zycie wre!! Ludzie tlocza sie w restauracyjkach i to nie tylko turysci. Tam sie po prostu wychodzi jesc wieczorami, i to zaczyna sie taka biesiada o godzinie 20.00 i trwa do poznych
godzin nocnych. Czy oni w ogole sypiaja?? Hihi. I jeszcze jedno, mlodzi,
starsi, wszyscy razem, to tez fajnie wyglada, tam sie starsi ludzie nie
zamykaja w czterech scianach, ale dobrze sie bawia.

Tego wieczoru zjedlismy kolacje popijajac ja dzbanem domowego wina w dobrej restauracji "Bota Alta" ("But z Cholewka"!). Stoliki ustawione sa tam ciasniutko, niemal mozesz odwrocic sie i skosztowac czegos z talerza sasiada, za to porcje duze i jedzenia naprawde dobre, a wino wyborne. My w Lizbonie kosztowalismy przede wszystkim ryb. Nie ma co, na ryby nastawialismy sie najbardziej, bo wiadomo, ze gdzie jak gdzie, ale tam sa naj naj:)) Swiezutkie i pyszniutkie. Ja osobiscie i tak zawsze jadalam filety,bo ja jestem osoba, ktora nawet w filecie osci znajdzie.

I tak nam minal pierwszy dzien,a plany na nastepny dzien byly takie, o jakich jeszcze nie tak dawno ja osobiscie nawet balam sie pomarzyc, a mianowicie Pokaz Delfinow w ZOO lizbonskim.
No, ale o tym napisze w nastepnej czesci.:))

Tagi: Lizbona
17:10, chiara76 , podróże
Link Komentarze (2) »

Wrzesień, za oknem lato, a mnie się wspomina Kreta ciągle...za krótkie te pobyty stanowczo:( Ale , czy mogłabym tam żyć? Nie jestem pewna, jak bardzo "kochają" oni obcych, którzy im mogą zabrać pracę. Może lepiej, że jeżdżę tam tylko na wakacje?

A że się marzy kiedyś taki domek w widokiem na morze? Pomarzyć zawsze można , a już po wejściu Polski do strefy Unii Europejskiej, zawsze:)

Dolina Amari, to jak napisałam, jedno z bardziej urokliwych miejsc na Krecie. Ładną wycieczkę można też odbyć udając się na Płaskowyż Lasithi , po drodze mijamy wiekowe kamienne wiatraki, to one kiedyś miały za zadanie nawadniać tę krainę. I teraz w gospodarstwach spotyka się wiatraczki. Mijamy jeden z osiołkiem pasącym się w tle i czujemy bliskość Grecji...

Płaskowyż Lasithi położony wysoko w Górach Dikte, (na wysokości 800 m n.p.m), oglądany z góry jawi się nam jak płaściuteńki fragment ziemi, którego każdy kawałek został wykorzystany pod uprawę. Ładnie się na to z góry patrzy. Odbywając tę wycieczkę, nie sposób ominąć Jaskini , a raczej Groty Diktejskiej, w której według mitologii miał narodzić się Zeus! W jaskini tej znaleziono wiele wot, które teraz można oglądać w Muzeum Archeologicznym w Iraklionie. Muzeum, które naprawdę trzeba odwiedzić.

Innym przyjemnym miejscem wycieczkowym może być miasteczko Agios Nikolaos. Ładny port, zatłoczone o każdej porze dnia i pewnie nocy tawerny i kafejki, liczne sklepiki i drugie interesujące Muzeum Archeologiczne. Warto tam zajrzeć, aby zobaczyć czaszkę mężczyzny, którą znaleziono wraz ze srebrną monetą (zapewne opłatą za przeprawę przez Styks...). W miasteczku jest też inne małe muzeum, a jest to Muzeum Folkloru. Można tam obejrzeć naprawdę ciekawe eksponaty , wyroby kreteńskiego rękodzieła.

Po drodze polecam jeszcze odwiedzenie dwóch interesujących miejsc, a są to ruiny doryckiego miasta w miejscowości Lato. Z tegoż miasta położonego na szczycie roztacza się niezapomniany wprost widok na Zatokę Mirabello. Same ruiny i pozostałości miasta także wielce interesujące.

Drugie ruiny, to ruiny starożytnego miasta Gournia, jest to najlepiej zachwoane na Krecie małe minojskie miasto. Polecam odwiedzenie!

Tagi: Kreta
16:57, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 sierpnia 2004
Dolina Amari to jedno z piękniejszych miejsc, jakie udało nam się odwiedzić podczas pobytu na Krecie.
Jeśli masz ochotę zobaczyć coś z dala od głównych tras, od tego, co masz wypunktowane w przewodnikach, a po prostu chcesz powłóczyć się po kreteńskich drogach, zobaczyć tradycyjne wioseczki i miasteczka, głośne od hałasu cykad gaje oliwne i majestatyczne góry dominujące nad tym wszystkim, to jest to wymarzona trasa na taką wyprawę.
Poza tym, gratka dla lubiących historię sztuki, jest tam naprawdę wiele bizantyjskich kościółków z często w świetnycm stanie freskami średniowiecznymi. Warto to odwiedzić.
Pierwszy kościółek niestety możemy obejrzeć tylko z zewnątrz. Następny w miejscowości Meronas także wydaje nam się nie do zwiedzenia, szkoda myślimy i juz pakujemy się do auta, kiedy od strony wioseczki widzimy drepczącą ku nam staruszkę, obowiązkowo ubraną na czarno. Babcia staje przy naszym aucie i coś do nas mówi, ponieważ jednak grecki to nie jest nasz drugi język, więc tylko jej gest, skierowanie ręką w stronę kościoła pomaga nam zgadnąć, że właśnie umożliwia nam ona wstąpienie i obejrzenie fresków i Ikony, które słynne są w tym kościółku.
Wchodzimy, i żegnamy się, każdy po swojemu, ona składając trzy place dłoni. Oglądamy freski, w międzyczasie przychodzi do kościoła jeszcze jakiś Grek i modli się chwilę, po czym wychodzi pozostawiając sporą ofiarę. My po obejrzeniu wspaniale zachowanych fresków z 1339 roku i pięknej Ikony Marii Panny z drugiej połowy 14 wieku także kładziemy na tacy ofiarę i opuszczamy to piękne miejsce.
Jedziemy dalej , a po drodze mijamy sporo pomników upamiętniających wydarzenia z historii Krety podczas Drugiej Wojny Światowej. Dolina Amari była ośrodkiem ruchu oporu, co oczywiście zaowocowało pacyfikowaniem całych dosłownie wsi przez niemieckiego najeźdźcę.
Podczas tego dopiero pobytu pewne sprawy zrozumiałam. Do tej pory nieco dziwiło mnie to ubieranie się na czarno kobiet i mężczyzn greckich, ale do tej pory nie odwiedziłam tylu miejsc związanych z tyloma tragediami, nieszczęściami narodowymi...jeśli to poczucie ciągłej żałoby narodowej pomaga im, jeśli dzięki temu wiedzą, że warto było, że teraz mogą żyć w nareszcie wolnym kraju, na nareszcie wolnej wyspie, niech się tak ubierają.....ja to już rozumiem.
I teraz innymi oczami patrzę na te babcie, niektóre z nich są wszak takie dzielne, to one po pacyfikacji wsi zostawały same, to one po wojnie musiały same wychować i utrzymać siebie i często niemałą gromadkę dzieci. To dzielne kobiety. Na ich twarzach widać jak czas wyrył zmarszczki, ile to przepłakanych nocy minęło, aby następnego dnia pokazać światu i otoczeniu suchą twarz, twarz dzielnej kobiety...nie poddającej się, jak to smagane wiatrem drzewo oliwne. Te ich spracowane ręce, spracowane tą trudną pracą, dzięki której ich dzieci mogły iść do szkoły, na studia, kształcić się i teraz rozwijać Kretę. Te staruszki są dla mnie teraz od tego pobytu symbolem, tego, co w życiu najważniejsze, odwagi i siły, a także miłości do własnego kraju, do miejsca, w którym się żyło, wzrosło, założyło własną rodzinę, i o nią walczyło.
I tak sobie o tym wszystkim myślę jadąc do kolejnego kościółka, któy nie zamknięty, otwarty dla zwiedzających kryje w sobie wspaniałości, a mianowicie najstarsze na wyspie freski. Jest to Kościół Agia Anna w Amari, a freski w nim pochodzą w 1225 roku.
Dookoła rosną sobie drzewka oliwne, cykają cykady a ja czuję, jakby się czas nagle zatrzymał...to wszystko takie niesamowite, ot, niby zwykły kościółek pośrodku wsi, ale jaka historia w nim drzemie, ile osób się przez niego przewinęło , aż do dnia, kiedy my do niego wchodzimy...zapalamy świeczkę wotywną i bogatsi o wspaniałe doznania estetyczne i refleksje wychodzimy.
Nie zwiedziliśmy wszystkich Kościółków w Dolinie Amari, zresztą przecież nie o to nam chodziło...ale naprawdę polecam tę trasę wszystkim chcącym oddalić się nieco od gwaru tłocznych miast portowych, czy ośrodków turystycznych...
Tagi: Kreta
16:17, chiara76 , podróże
Link Komentarze (5) »
środa, 04 sierpnia 2004

Następnego dnia postanowiliśmy znowu pojechać na plaże nad Morzem Libijskim. Tak w ogóle, to muszę przyznać, że zachodzę w głowę, czemu nie przyszło tam nikomu do głowy zbudować lotniska , ot takiego na kilka samolotów czarterowych, i przy okazji więcej hoteli. Coś tam chyba jest, ale nie za wiele, a okolice piękne, plaże wymarzone do leniuchowania...no, mini raj:)

Pojechaliśmy więc znowu na południe Krety...jeśli wydawało nam się, że podróżowaliśmy już przez wszystkie kręte drogi wśród górskich szczytów Krety podczas wyprawy na Plażę Preveli, to ten pogląd radykalnie się nam zmienił podczas docierania do Frangokastello, a już na pewno podczas powrotu stamtąd:)

Niemniej jednak na razie udajemy się na południe. Zupełnie przypadkiem odkrywamy ciekawe archeologicznie miejsce, późnominojskie cmentarzysko w Armeni, nawet za wstęp nie chcą opłaty. Wchodzimy więc i na dość rozległym terenie mamy wreszcie możliwość dopasowania sarkofagów wcześniej widywanych w Muzeach Archeologicznych (na przyklad w tym w Retymnonie), do tego, jak to wszystko wyglądało. A ma się wrażenie, że są to wykute w skałach grobowce, komory jakby, w których te sarkofagi się znajdowały. W jednym z przewodników wyczytałam, że bywał zwyczaj, że takowy sarkofag wcześniej używano jako wannę kąpielową, a dopiero po śmierci delikwenta wkładano tam jego ciało i tak grzebano. Cóż za wyrafinowane poczucie humoru mieli wtedy ludzie:)

Tak, czy inaczej owo odkrycie archeologiczne jest ciekawe i na pewno osoby interesujące się tymi sprawami powinny owo cmentarzysko odwiedzić, choćby po to, aby mieć lepsze wyobrażenie o tym, jak to wyglądało.

Ruszamy dalej i wąskimi, górskimi drogami docieramy do wyjątkowo ładnego miejsca, a mianowicie do Frangokastello. Jest to Twierdza Wenecka, i kolejne miejsce marturologiczne dla Kreteńczyków, tam bowiem podczas bitwy z Turkami poległo wielu Kreteńczyków walczących o odzyskanie niepodległości.

Ale sama twierdza bardzo ładna, spojrzawszy na nią od strony morza widzimy zamek, nieco jak to nazwał jeden z przewodników, wręcz tybetański, na tle gór. Widok naprawdę malowniczy. Sama twierdza w bardzo dobrym stanie, tak więc pozwiedzialiśmy trochę, a potem poszliśmy rozkoszować się tamtejszą plażą.

Powrót nauczył nas,że górskie drogi to właściwie jedyne, jakie są na Krecie, ale o dziwo, w ciągu tygodnia nie wiedzieliśmy żadnego wypadku, i tylko raz gdzieś w górach wrak samochodu, może aby przypominał tym, co lubią mocniej na pedał gazu nacisnąć, że góry są dumne, nie lubią tych, co zbytnio szarżują...

Po drodze na skałach, niemal wisząc nad przepaścią co i rusz spotyka się tawerny i miejsca, gdzie można odpocząć, napić się czegoś zimniejszego i pokontemplować widoczki.

Do moich ulubionych greckich widoczków należą też kapliczki. Tak, jak u nas przy drodze spotyka się Krzyże, tak w Grecji są to kapliczki, najczęściej w kształcie mini kościółeczków, w środku jest często kilka Ikon i lampka oliwna i oliwa, którą zapewne rozpala się w ważniejsze święta religijne. Mnie te kapliczki, jak ja je nazywam, "kaplisie" zawsze bardzo wzruszają i ujmują za serce...a już jak taka kaplisia jest na tle gaju oliwnego, gdzie zewsząd słychać chór cykad, no to mi więcej do szczęścia nie potrzeba...

Tagi: Kreta
15:11, chiara76 , podróże
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 sierpnia 2004

To na Krecie właśnie narodziła się nasza, europejska kultura. Kultura minojska bowiem jest początkiem naszej, europejskiej.

I to właśnie odczułam będąc po raz pierwszy na Krecie w roku 2000...Rodzaj mistycznego objawienia? Brzmi śmiesznie, ale coś takiego odczułam spacerując po terenie Pałacu w Malii (innego słynnego minojskiego pałacu na Krecie oprócz dwóch innych, w Fajstos i Gurnii). Poczułam jedność z otaczającym mnie krajobrazem, poczułam, że mam to niesamowite szczęście brać udział w czymś niezwykłym, czym jest dotarcie do źródeł, początków czegoś tak ważnego...

Coś musi być również w tym niezwykłym klimacie, gdyż jest tu najdłuższa średnia życia w całej Europie. Czy sprawia to tylko klimat? Czy wspaniałe dary ziemi? Czy też skarb Krety, jakim są drzewa oliwne i oliwki jak również wytłaczana z nich oliwa?Ja sama mam wrażenie, że te dwa tygodnie zapewniają mi wigoru i sił na najbliższe kilka, więc coś w tym musi być.

Następnego dnia pojechaliśmy zwiedzić Pałac w Knossos. Byliśmy już w nim w 2000 roku, ale szczerze mówiąc mieliśmy ochotę przypomnieć go sobie.

Ruszyliśmy samochodem i w około godzinę potem parkowaliśmy na parkingu. Od razu rzuciła się nam w oczy kolejka do kasy, jednak zwiedzanie poza sezonem na pewno ma swoje zalety, zwyczajnie, nie ma aż takich kolejek i tłumów. No, ale tym razem zwiedzialiśmy w upalnym lipcu.

Co do kolejki, to jest Knossos bowiem chyba najczęściej odwiedzanym Pałacem Minojskim na Krecie. Po odstaniu parunastu minut nabyliśmy bilety i ruszyliśmy zwiedzać pozostałości pałacu. Od razu powiem, to, co jest na terenie Pałacu, to jedynie rekonstrukcja dokonana przez Evansa na początku ubiegłego wieku...rekonstrukcja przeprowadzona dość swobodnie i według wyobrażeń Evansa, szczególnie górna partia, zwana Piano Nobile...naraził się tym on archeologom, ale trzeba przyznać, że przecież te ponad sto lat temu archeologia się dopiero rodziła.

Według mitologii Pałac w Knossos zamieszkiwał Minotaur, w podziemnym labiryncie. Coś jest na rzeczy zważywszy, że faktycznie rozkład pomieszczeń nieco takowy labirynt przypomina. Nie ma więc nic lepszego nad porzucenie z uporem studiowanego przewodnika i po prostu odbycie spaceru po rozległym terenie, tym bardziej, że ważne miejsca, czy pomieszczenia są tam opisane. A więc, miłego zwiedzania. I nie zapomnijcie , że ten podziemny labirynt , w którym mieszkał Minotaur, budował sam Dedal:)

Znalezione na terenie Pałacu zabytki są obecnie w Muzeum w Iraklionie, do którego trzeba obowiązkowo trafić. Tylko tam możemy dostrzec przepych i wspaniałość Kultury Minojskiej. Są tu więc wspomniane przeze mnie zabytki z Pałacu w Knossos, ale i z innych minosjkich miejsc. Obejrzymy tu więc słynny Dysk z Pałacu w Fajstos, ryton w kształcie głowy byka z Knossos, przepiękny wisior z pszczołami znaleziony w Malii, figurki bogiń z Knossos, a także słynne minojskie freski z Knossos , jak również podwójne topory, symbol kultury minojskiej. Symbol podwójnych toporów odkryliśmy potem na pozostałościach w Pałacu w Malii i powiem, że robi to rzeczywiście niesamowite wrażenie.

Wracając do Muzem Archeologicznego, o tym, jak wspaniała musiała być Kultura Minojska upewnił mnie ów słynny wisior z pszczołami. Jest on tak doskonale zrobiony, tak wycyzelowany, że skoro w XVII p.n.e tworzyli taką biżuterię (towar zbytkowy, na pewno nie najważniejszy, a służacy ozdobie), to myślę, że to jest najlepszym przykładem, jak wspaniale rozwijała się tamta kultura. Dla mnie pozostaje ona wciąż tajemnicza.

Dla lubiących kontemplację w nieco większym spokoju, niż to ma miejsce w Knossos, mogę polecić wspomniany przeze mnie Pałac w Malii. Odczuwa się w nim jakąś niesamowitą, podniosłą atmosferę...dookoła cykają cykady, a my wędrujemy wśród pozostałości tego minojskiego pałacu odkrywając w małym sanktuarium, a raczej jego pozostałościach wyryty na filarze minojski symbol religijny, czyli znak podwójnych toporów.

Nie dokonano tam takich "rekonstrukcji z fantazją", jak w Knossos i może dlatego moim zdaniem lepiej jest go zwiedzać. Można bowiem uruchomić własną wyobraźnię i uzupełniając to o wiedzę, niemal zobaczyć ów wspaniały pałac na równinie nad morzem...wystarczy tylko bardzo chcieć.

Tagi: Kreta
15:01, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 lipca 2004
Następnego dnia postanowiliśmy zwiedzić nieco Retymnon, o któym to mieście przed wyjazdem słyszeliśmy jedynie same dobre rzeczy i opinie, a to, że ma piękny port z latarnią morską, a to, że ma mnóstwo przepięknych budowli weneckich i tureckich, no i że koniecznie trzeba zobaczyć Stare Miasto nocą.
Nie wspominając o Twierdzy Weneckiej górującej nad miastem, która to podobno jest największą twierdzą wenecką w Europie.
Twierdza, rzeczywiście wielka, z tym, że pozostały mury okalające ją jedynie. Za to, kiedy się tam już wdrapiesz (nie jest trudno), to widoki rzeczywiście z niej piękne, szczególnie na morze i bezkresną dal.
Trzeba również przyznać, że chyba rację mają przewodniki mówiące, że w założeniu w twierdzy mieli móc się schronić wszyscy mieszkańcy miasta Retymnon.
Po zwiedzeniu twierdzy postanowiliśmy zajrzeć do Muzeum Archeologicznego, które znajduje się dosłownie naprzeciwko twierdzy. A potem ruszyliśmy poszwędać się po wąskich uliczkach Starego Miasta (mijając po drodze Tawernę o wdzięcznej zaiste nazwie "Melina", mam zdjęcia, że nie oszukuję, ciekawe, co to znaczy po grecku nawiasem mówiąc).
Stare Miasto w upalny dzień było wręcz pustawe, a my zapędziliśmy się już w jego nieturystyczną część, więc mijaliśmy domostwa z pootwieranymi często drzwiami na tyły domu i chyba to była pora przyrządzania obiadków przez kreteńskie panie domu, bo z każdego domu dobiegał mnie odgłos działań kuchennych, ale także i inny charakterystyczny i rozpoznawalny dla wszystkich monotonny głos lektora, od razu wiedziałam "Czyta telenowelę:)" Spacerując i podkładając udawane dialogi w stylu "Jose Eduardo, ależ kocham cię ze wszystkich sił", przemierzaliśmy uliczki starówki. Na zewnątrz domów wystawione były kwiaty, rośliny, dużo kaktusów, a my zaczęlismy być głodni, bo nasze nosy drażniły zapachy smakowitości, jakie panie domu szykowały na wieczór. Postanowilismy więc powrócić do nas.
Wieczorem poszliśmy zapoznać się z Panormo. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zwykle jadąc gdzieś unikamy wielkich ośrodków turystycznych zdając sobie sprawę z faktu, że z prawdziwością danego miejsca niewiele one mają wspólnego. Tym razem wybraliśmy miejscowość, która według wszystkich źródeł miała być typową małą grecką miejscowością. Taką też się okazała. I ucieszyło nas to. Nie mieliśmy mnóstwa sklepów, ale było kilka pamiątkarskich, parę tawern, za to był piękny porcik z rybackimi kuterkami, stadko kotów i mnóstwo tubylców siedzących na progu domostw i albo prowadzących interesy jako właściciele sklepików, czy tawern, albo odpoczywających i przyglądających się turystom. Bardzo ładne to jest miasteczko, ma niską zabudowę małych kamieniczek dwupiętrowych, ale z mapy, jaką sobie poczytaliśmy, wynika, że szkoły tam są, nawet miejscowe liceum. Nie ma za to apteki, co nas trochę zmartwiło, bo tam dokupujemy na ogół smarowidła do opalania (skutek? zamiana Vichy na Nivea. wynik? poparzona moja twarz, ale zagoiło się juz:)
Nagabywani przez greckie koty o fotkę ruszyliśmy z powrotem do hotelu.
Poproszono mnie o wątek kulinarny. Je się tam, i pije, najlepiej dużo greckiego winka:) Ja zakochałam się w kalmarach i teraz to chyba jedna z moich najbardziej ulubionych potraw, ale oczywiście nie pogardzę i musaką, i faszerowanymi liścmi winogron i rybami (mniam). Ale nadto te greckie słodycze, dla wielu po prostu niezjadalne, bo za słodkie, a ja je kocham. Baklava i wszystkie te wspaniałości oparte na kruchym cieście z rodzaju ciast francuskich, miodzie kreteńskim przepysznym, zmielonych orzechach i migdałach. Nie pytajcie, ile pożarłam tych ciastek, moja waga z pewnością powiedziałaby, że za dużo (i dlatego od powrotu nawet na nią nie weszłam:)
Retymnon wieczorem rzeczywiście jest ładnym miastem (trochę taka Wenecja grecka bez charakterystycznego smrodku kanałów). Wieczorem wypełnia się ludźmi, turystów mnóstwo. Tawerny rozgrzewają się zapraszając gości do wstąpienia i skosztowania czegoś u nich, na pewno najładniej położone są te w porcie i w wąskich uliczkach Starego Miasta. W niektórych jest nawet muzyka na żywo, jeden śpiewak moim zdaniem śpiewał nic greckiego a portugalskie Fado, ale to już moja prywatna refleksja. Sklepy i sklepiki pootwierane i te tańsze z suwenirami i te najdroższe z biżuterią i wspaniałościami za wiele Euro. Przeciskasz się przez ten tłum, ale mimo wszystko nie drażni cię to, przeciwnie, dodaje miastu kolorytu. Obejrzeliśmy fontanne Rimondi, 16 wieczną wenecką loggię, a także pozostałości bramy Goura.
Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzić południową część Krety, plaże nad Morzem Libijskim, a konkretnie jedną plażę, a mianowicie Preveli. Od razu uprzedzam, że zwiedzić klasztoru nam się nie udało , choć wiem, że powinniśmy, innym razem, a teraz trafiliśmy jedynie na plażę, ale takie było założenie.
Już sama droga do plaży jest ciekawa, najpierw jedzie się prostą drogą, wtedy się odprężasz, potem za jakiś czas droga prowadzi cię w góry i wjeżdżasz w cudowny ogromny Wąwóz Kourtaliotiko, wrażenia,no, niesamowite. Wąwóz nazywa się Wąwozem Wiatrów , no i fakt, nie bez kozery, wiało tam tak, że aby zrobić sobie zdjęcie wolałam przytrzymać na głowie czapeczkę, aby mi jej po prostu nie zwiało:)
Nieco dalej dojeżdzasz do źródła strumienia, który niebawem ujrzysz, jak pod postacią rzeki wpływa właśnie przy wspomnianej przeze mnie Plaży Preveli do Morza Libijskiego.
Ale najpierw przy źródle musieliśmy zastanowić się, którą drogą ruszyć, gdyż droga rozgałęziała się na dwa widełki. Pojechaliśmy za jednym z samochodów licząc, że ta z dwóch dróg będzie łątwiejsza (obiema bowiem dociera się na miejsce). Haha, jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryliśmy, że to, co pisali w jednym z przewodników, że jest to droga dla ludzi o mocnych nerwach , nie jest tylko czczym gadaniem, aby zachęcić do wycieczki:)
Droga zwężała się i wiodła wzdłuż przepaści , kierowca mój nie widział tego, co ja widziałam, jako pasażer, a mianowicie ziejącą przepaść:) ale fakt, malownicze to było. No i te góry dookoła. Nic, tylko napawać się widokiem, a nie strachem (choć mijając raz ciężarowy samochód i będąc po zewnętrznej owej drogi nie było nam bardzo radośnie).
Droga wiła się cudownie, czyli zakręty pod kątem 180 stopni!!, więc tylko co pewnien czas widzieliśmy dwa samochody przed nami, wiedzieliśmy więc, że nie sami wybraliśmy tę wspaniałą drogę. Powoli, gdyż zarówno zdrowy rozsądek, jak i nawierzchnia tego wymagały, toczyliśmy się niespiesznie w dół, aby po pewnym czasie dojechać do parkingu przy plaży. Nie, nie Preveli. Tam bowiem musisz dojść po stopniach, ale trzeba przyznać, że po górskiej drodze nic nam już nie było straszne. Ruszyliśmy więc po stopniach w górę, aby za chwilę nimi schodzić i dotarliśmy do Plaży Preveli. Plaża ta jest piękna, gdyż tam właśnie rzeka Megapotamos wpływa do Morza Libijskiego, a wzdłuż rzeki rośnie przepiękny gaj Palm Daktylowych. W tle widać ściany wspomnianego już przeze mnie Wąwozu, widok naprawdę malowniczy.
Acha, ciekawostka historyczna, to z tej plaży przeprowadzano ewakuację żołnierzy alianckich podczas drugiej wojny światowej na okręty podwodne do Egiptu.
Przespacerowaliśmy się wzdłuż tego gaju palmowego rosnącego wzdłuż rzeki i odkryliśmy namioty współczesnych włóczykijów porozstawiane tamże. Popodziwialiśmy turkusowe i ciepłe wody Morza Libijskiego i wróciliśmy do samochodu. Wróciliśmy tą łatwiejszą drogą, nie tą, którą dotarliśmy. Po prostu było już nieco za dużo wrażeń, jak na jeden dzień:)
ciąg dalszy wkrótce...:)
Tagi: Kreta
10:13, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »
Kreto witaj, pomyślałam , kiedy postawiłam swoją stopę na terenie lotniska ...i oczywiście pomyślałam, jak zawsze, kiedy tam ląduję "Pachnie osłem"...
godzina byla taka więcej wczesna, bo 8.00, ale byliśmy już tak podekscytowani tym, że znów tu jesteśmy, że zapomnieliśmy o konieczności rannego wstania i wylotu z Warszawy rano. Po przejściu odprawy paszportowej (w naszym wykonaniu pokazanie dowodów osobistych i machnięcie przez celnika ręką, żeby przechodzić), ruszyliśmy do właściwego autokaru, który godzinę miał nas wieźć do naszego hotelu.
Ruszyliśmy , ja bacznie obserwując okolicę, aby w około godzinę potem wjechać do małej miejscowości Panormo położonej 22 kilometry od Retymnonu.
Miejscowości nie zdążyliśmy się za bardzo przyjrzeć, bo autokar już podjechał pod nasz hotel.
Nie muszę opowiadać, że jeszcze tego samego dnia pobiegliśmy na plażę. W Polsce było wtedy 15C (sic!! w LIPCU!!), a my rozkoszowaliśmy się wreszcie ciepłem i słońcem.
Ten wyjazd mieliśmy w planach spędzić zarówno na zwiedzaniu, jak i na byczeniu się na plaży, kto liczył na niekończące się opowieści w moim wydaniu, niestety, musi sam pojechać na Kretę i nadrobić.
Ale, na tydzień wzięliśmy auto i ruszylismy zwiedzać tę część wyspy, jakiej do tej pory będąc już dwa razy na Krecie nie zwiedziliśmy, a mianowicie jej zachodnią część.
W ogóle, to muszę powiedzieć, że świetnie, że choć raz ruszyliśmy się na Kretę w lipcu. Dwa razy byliśmy we wrześniu i wyspa wydawała nam się wtedy bardzo już sucha, mało zielona. Dopiero rok temu na Kos, o podobnej porze roku tknęło mnie, że to pewnie właśnie zależy, kiedy się jedzie zwiedzać. I miałam rację, lipcowa Kreta ukazała nam swoje zupełnie inne oblicze. Wyobraźcie sobie wzgórza pokryte zielonością, a to gajów oliwnych, których jest tam mnóstwo, nawet w wysokich górach rosną, chyba już jakieś samosiejki, bo nie wyobrażam sobie, kto tam sadził drzewka, a to drzew, krzewów i innej roślinności, a do tego ogłuszający wprost odgłos, który uwielbiam. Cykady. Ich głos, to coś, co działa na mnie zawsze odprężająco. Tym razem nagrałam sobie i chyba skomponuję indywidualną płytkę relaksacyjną, jak mi będzie w zimie źle, to sobie włączę lampę nagrzewającą, puszczę cykady (i tylko ouzo brak, ale nie szkodzi, bo mi nie smakuje:)
No, ale do rzeczy, tak więc tym razem Kretę zielona i znacznie bardziej bujniejszą ujrzeliśmy, choć jak zawsze nad tym sielankowym krajobrazem zieloności i cykania cykad i lazurowej wody majestatycznie górują wzgórza gór...tym razem dobrze poznaliśmy , co to są kręte, górskie drogi Krety i choć chwilami było dramatycznie (dobra, po prostu strasznie:), to i tak było świetnie.
Muszę również przyznać, że tegoroczne zwiedzanie oprócz poznawania pięknych miejsc miało, przynajmniej według mnie , nieco wręcz martyrologiczny wydźwięk. Otóż zwiedzaliśmy dużo miejsc naznaczonych wręcz krwawą historią mieszkańców Krety. Głównie dotyczyło to krwawej okupacji tureckiej, ale także inwazji Niemców. Tak, czy siak, czasami łza zakręciła mi się w oku.
Pierwszego dnia wyruszyliśmy do Jaskini Melidoni. Jest ona właśnie takim historycznym dla Kreteńczyków miejsce. Według mitów zamieszkiwał ją Talos, ale teraz chyba jest ona bardziej znana z tego, co miało w niej miejsce. Otóż kilkaset osób usiłujących się chronić przez Turkami zostało tam zaduszonych, kiedy to oprawcy zastawili wyjście z jaskini i podpaliwszy chrust u wyjścia doprowadzili do zaduszenia się ludzi wewnątrz. Teraz o tym przypomina stojący w jaskini ołtarz upamiętniający to wydarzenie. Sama jaskinia ogromna i robi wrażenie, choć bardzo ślisko jest na stopniach prowadzących w dół, byłam w adidasach i się ślizgałam, a nie bardzo jest się czego przytrzymać schodząc.
Po wyjściu z jaskini ruszliśmy do przeuroczej wioski Margarites, w której chyba wszyscy mieszkańcy zajmują się wyrobem ceramiki :) bez przesady.Każdy dom to włąściwie warsztat garncarski, i często wchodząc widzi się garncarza przy pracy. Odsiewając bzdurki dla turystów można tam naprawdę nabyć piękne przedmioty, które potem przypomną nam w kuchni o Krecie, my nabyliśmy dwa kubki do herbaty i piękny dzban.
Oprócz tego mnóstwo wspaniałości, przepiękne gliniane pitosy (oni używają ich ciągle do dekoracji domów). Bardzo żałowałam, że nie mamy możliwości przywiezienia sobie czegoś do roślin balkonowych, bo naprawdę te gliniane rzeczy pięknie wyglądają. A poza tym jest to przynajmniej coś prawdziwie miejscowego, czym się zajmują od pokoleń, a nie kupiony w sklepiku z pamiątkami suvenir made in China:)
Następnie ruszyliśmy do Moni Arcadi, czyli Klasztoru. Jest to kolejne miejsce obarczone smutną historią. Tu także schronili się przed Turkami Kreteńczycy i tam widząc, że nie wygrają tureckiego oblężenia, zdecydowali się na dramatyczny krok. Zgromadzili się oni wraz z rodzinami w prochowni, odczekując aż zebrało się jak najwięcej wrogich wojsk i wysadziło w powietrze.......to wydarzenie stało się impulsem do zwrócenia wreszcie oczu Europy na sytuację Krety po okupacją turecką.
W klasztornym muzeum jest Ikona Marii z Dzieciątkiem, świadek tamtejszych wydarzeń, ocalała z wybuchu. W muzeum są również inne zebrane eksponaty takie jak naczynia i szaty liturgiczne, jest też coś, co spowodowało, że łza spłynęła mi po policzku. jest to fragment grubego warkocza, może jakiejś młodej dziewczyny, może dorosłej już kobiety, która wolała zginąć, niż oddać się w ręce wroga.......
Po wyjściu trafia się do małej kaplicy, w której zgromadzono czaszki ofiar, to też robi przygnębiające wrażenie.......
Mieliśmy już dość jak na jeden dzień i wróciliśmy do hotelu.
Tagi: Kreta
10:12, chiara76 , podróże
Link Komentarze (3) »
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...