Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
wtorek, 24 sierpnia 2004
Dolina Amari to jedno z piękniejszych miejsc, jakie udało nam się odwiedzić podczas pobytu na Krecie.
Jeśli masz ochotę zobaczyć coś z dala od głównych tras, od tego, co masz wypunktowane w przewodnikach, a po prostu chcesz powłóczyć się po kreteńskich drogach, zobaczyć tradycyjne wioseczki i miasteczka, głośne od hałasu cykad gaje oliwne i majestatyczne góry dominujące nad tym wszystkim, to jest to wymarzona trasa na taką wyprawę.
Poza tym, gratka dla lubiących historię sztuki, jest tam naprawdę wiele bizantyjskich kościółków z często w świetnycm stanie freskami średniowiecznymi. Warto to odwiedzić.
Pierwszy kościółek niestety możemy obejrzeć tylko z zewnątrz. Następny w miejscowości Meronas także wydaje nam się nie do zwiedzenia, szkoda myślimy i juz pakujemy się do auta, kiedy od strony wioseczki widzimy drepczącą ku nam staruszkę, obowiązkowo ubraną na czarno. Babcia staje przy naszym aucie i coś do nas mówi, ponieważ jednak grecki to nie jest nasz drugi język, więc tylko jej gest, skierowanie ręką w stronę kościoła pomaga nam zgadnąć, że właśnie umożliwia nam ona wstąpienie i obejrzenie fresków i Ikony, które słynne są w tym kościółku.
Wchodzimy, i żegnamy się, każdy po swojemu, ona składając trzy place dłoni. Oglądamy freski, w międzyczasie przychodzi do kościoła jeszcze jakiś Grek i modli się chwilę, po czym wychodzi pozostawiając sporą ofiarę. My po obejrzeniu wspaniale zachowanych fresków z 1339 roku i pięknej Ikony Marii Panny z drugiej połowy 14 wieku także kładziemy na tacy ofiarę i opuszczamy to piękne miejsce.
Jedziemy dalej , a po drodze mijamy sporo pomników upamiętniających wydarzenia z historii Krety podczas Drugiej Wojny Światowej. Dolina Amari była ośrodkiem ruchu oporu, co oczywiście zaowocowało pacyfikowaniem całych dosłownie wsi przez niemieckiego najeźdźcę.
Podczas tego dopiero pobytu pewne sprawy zrozumiałam. Do tej pory nieco dziwiło mnie to ubieranie się na czarno kobiet i mężczyzn greckich, ale do tej pory nie odwiedziłam tylu miejsc związanych z tyloma tragediami, nieszczęściami narodowymi...jeśli to poczucie ciągłej żałoby narodowej pomaga im, jeśli dzięki temu wiedzą, że warto było, że teraz mogą żyć w nareszcie wolnym kraju, na nareszcie wolnej wyspie, niech się tak ubierają.....ja to już rozumiem.
I teraz innymi oczami patrzę na te babcie, niektóre z nich są wszak takie dzielne, to one po pacyfikacji wsi zostawały same, to one po wojnie musiały same wychować i utrzymać siebie i często niemałą gromadkę dzieci. To dzielne kobiety. Na ich twarzach widać jak czas wyrył zmarszczki, ile to przepłakanych nocy minęło, aby następnego dnia pokazać światu i otoczeniu suchą twarz, twarz dzielnej kobiety...nie poddającej się, jak to smagane wiatrem drzewo oliwne. Te ich spracowane ręce, spracowane tą trudną pracą, dzięki której ich dzieci mogły iść do szkoły, na studia, kształcić się i teraz rozwijać Kretę. Te staruszki są dla mnie teraz od tego pobytu symbolem, tego, co w życiu najważniejsze, odwagi i siły, a także miłości do własnego kraju, do miejsca, w którym się żyło, wzrosło, założyło własną rodzinę, i o nią walczyło.
I tak sobie o tym wszystkim myślę jadąc do kolejnego kościółka, któy nie zamknięty, otwarty dla zwiedzających kryje w sobie wspaniałości, a mianowicie najstarsze na wyspie freski. Jest to Kościół Agia Anna w Amari, a freski w nim pochodzą w 1225 roku.
Dookoła rosną sobie drzewka oliwne, cykają cykady a ja czuję, jakby się czas nagle zatrzymał...to wszystko takie niesamowite, ot, niby zwykły kościółek pośrodku wsi, ale jaka historia w nim drzemie, ile osób się przez niego przewinęło , aż do dnia, kiedy my do niego wchodzimy...zapalamy świeczkę wotywną i bogatsi o wspaniałe doznania estetyczne i refleksje wychodzimy.
Nie zwiedziliśmy wszystkich Kościółków w Dolinie Amari, zresztą przecież nie o to nam chodziło...ale naprawdę polecam tę trasę wszystkim chcącym oddalić się nieco od gwaru tłocznych miast portowych, czy ośrodków turystycznych...
Tagi: Kreta
16:17, chiara76 , podróże
Link Komentarze (5) »
środa, 04 sierpnia 2004

Następnego dnia postanowiliśmy znowu pojechać na plaże nad Morzem Libijskim. Tak w ogóle, to muszę przyznać, że zachodzę w głowę, czemu nie przyszło tam nikomu do głowy zbudować lotniska , ot takiego na kilka samolotów czarterowych, i przy okazji więcej hoteli. Coś tam chyba jest, ale nie za wiele, a okolice piękne, plaże wymarzone do leniuchowania...no, mini raj:)

Pojechaliśmy więc znowu na południe Krety...jeśli wydawało nam się, że podróżowaliśmy już przez wszystkie kręte drogi wśród górskich szczytów Krety podczas wyprawy na Plażę Preveli, to ten pogląd radykalnie się nam zmienił podczas docierania do Frangokastello, a już na pewno podczas powrotu stamtąd:)

Niemniej jednak na razie udajemy się na południe. Zupełnie przypadkiem odkrywamy ciekawe archeologicznie miejsce, późnominojskie cmentarzysko w Armeni, nawet za wstęp nie chcą opłaty. Wchodzimy więc i na dość rozległym terenie mamy wreszcie możliwość dopasowania sarkofagów wcześniej widywanych w Muzeach Archeologicznych (na przyklad w tym w Retymnonie), do tego, jak to wszystko wyglądało. A ma się wrażenie, że są to wykute w skałach grobowce, komory jakby, w których te sarkofagi się znajdowały. W jednym z przewodników wyczytałam, że bywał zwyczaj, że takowy sarkofag wcześniej używano jako wannę kąpielową, a dopiero po śmierci delikwenta wkładano tam jego ciało i tak grzebano. Cóż za wyrafinowane poczucie humoru mieli wtedy ludzie:)

Tak, czy inaczej owo odkrycie archeologiczne jest ciekawe i na pewno osoby interesujące się tymi sprawami powinny owo cmentarzysko odwiedzić, choćby po to, aby mieć lepsze wyobrażenie o tym, jak to wyglądało.

Ruszamy dalej i wąskimi, górskimi drogami docieramy do wyjątkowo ładnego miejsca, a mianowicie do Frangokastello. Jest to Twierdza Wenecka, i kolejne miejsce marturologiczne dla Kreteńczyków, tam bowiem podczas bitwy z Turkami poległo wielu Kreteńczyków walczących o odzyskanie niepodległości.

Ale sama twierdza bardzo ładna, spojrzawszy na nią od strony morza widzimy zamek, nieco jak to nazwał jeden z przewodników, wręcz tybetański, na tle gór. Widok naprawdę malowniczy. Sama twierdza w bardzo dobrym stanie, tak więc pozwiedzialiśmy trochę, a potem poszliśmy rozkoszować się tamtejszą plażą.

Powrót nauczył nas,że górskie drogi to właściwie jedyne, jakie są na Krecie, ale o dziwo, w ciągu tygodnia nie wiedzieliśmy żadnego wypadku, i tylko raz gdzieś w górach wrak samochodu, może aby przypominał tym, co lubią mocniej na pedał gazu nacisnąć, że góry są dumne, nie lubią tych, co zbytnio szarżują...

Po drodze na skałach, niemal wisząc nad przepaścią co i rusz spotyka się tawerny i miejsca, gdzie można odpocząć, napić się czegoś zimniejszego i pokontemplować widoczki.

Do moich ulubionych greckich widoczków należą też kapliczki. Tak, jak u nas przy drodze spotyka się Krzyże, tak w Grecji są to kapliczki, najczęściej w kształcie mini kościółeczków, w środku jest często kilka Ikon i lampka oliwna i oliwa, którą zapewne rozpala się w ważniejsze święta religijne. Mnie te kapliczki, jak ja je nazywam, "kaplisie" zawsze bardzo wzruszają i ujmują za serce...a już jak taka kaplisia jest na tle gaju oliwnego, gdzie zewsząd słychać chór cykad, no to mi więcej do szczęścia nie potrzeba...

Tagi: Kreta
15:11, chiara76 , podróże
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 sierpnia 2004

To na Krecie właśnie narodziła się nasza, europejska kultura. Kultura minojska bowiem jest początkiem naszej, europejskiej.

I to właśnie odczułam będąc po raz pierwszy na Krecie w roku 2000...Rodzaj mistycznego objawienia? Brzmi śmiesznie, ale coś takiego odczułam spacerując po terenie Pałacu w Malii (innego słynnego minojskiego pałacu na Krecie oprócz dwóch innych, w Fajstos i Gurnii). Poczułam jedność z otaczającym mnie krajobrazem, poczułam, że mam to niesamowite szczęście brać udział w czymś niezwykłym, czym jest dotarcie do źródeł, początków czegoś tak ważnego...

Coś musi być również w tym niezwykłym klimacie, gdyż jest tu najdłuższa średnia życia w całej Europie. Czy sprawia to tylko klimat? Czy wspaniałe dary ziemi? Czy też skarb Krety, jakim są drzewa oliwne i oliwki jak również wytłaczana z nich oliwa?Ja sama mam wrażenie, że te dwa tygodnie zapewniają mi wigoru i sił na najbliższe kilka, więc coś w tym musi być.

Następnego dnia pojechaliśmy zwiedzić Pałac w Knossos. Byliśmy już w nim w 2000 roku, ale szczerze mówiąc mieliśmy ochotę przypomnieć go sobie.

Ruszyliśmy samochodem i w około godzinę potem parkowaliśmy na parkingu. Od razu rzuciła się nam w oczy kolejka do kasy, jednak zwiedzanie poza sezonem na pewno ma swoje zalety, zwyczajnie, nie ma aż takich kolejek i tłumów. No, ale tym razem zwiedzialiśmy w upalnym lipcu.

Co do kolejki, to jest Knossos bowiem chyba najczęściej odwiedzanym Pałacem Minojskim na Krecie. Po odstaniu parunastu minut nabyliśmy bilety i ruszyliśmy zwiedzać pozostałości pałacu. Od razu powiem, to, co jest na terenie Pałacu, to jedynie rekonstrukcja dokonana przez Evansa na początku ubiegłego wieku...rekonstrukcja przeprowadzona dość swobodnie i według wyobrażeń Evansa, szczególnie górna partia, zwana Piano Nobile...naraził się tym on archeologom, ale trzeba przyznać, że przecież te ponad sto lat temu archeologia się dopiero rodziła.

Według mitologii Pałac w Knossos zamieszkiwał Minotaur, w podziemnym labiryncie. Coś jest na rzeczy zważywszy, że faktycznie rozkład pomieszczeń nieco takowy labirynt przypomina. Nie ma więc nic lepszego nad porzucenie z uporem studiowanego przewodnika i po prostu odbycie spaceru po rozległym terenie, tym bardziej, że ważne miejsca, czy pomieszczenia są tam opisane. A więc, miłego zwiedzania. I nie zapomnijcie , że ten podziemny labirynt , w którym mieszkał Minotaur, budował sam Dedal:)

Znalezione na terenie Pałacu zabytki są obecnie w Muzeum w Iraklionie, do którego trzeba obowiązkowo trafić. Tylko tam możemy dostrzec przepych i wspaniałość Kultury Minojskiej. Są tu więc wspomniane przeze mnie zabytki z Pałacu w Knossos, ale i z innych minosjkich miejsc. Obejrzymy tu więc słynny Dysk z Pałacu w Fajstos, ryton w kształcie głowy byka z Knossos, przepiękny wisior z pszczołami znaleziony w Malii, figurki bogiń z Knossos, a także słynne minojskie freski z Knossos , jak również podwójne topory, symbol kultury minojskiej. Symbol podwójnych toporów odkryliśmy potem na pozostałościach w Pałacu w Malii i powiem, że robi to rzeczywiście niesamowite wrażenie.

Wracając do Muzem Archeologicznego, o tym, jak wspaniała musiała być Kultura Minojska upewnił mnie ów słynny wisior z pszczołami. Jest on tak doskonale zrobiony, tak wycyzelowany, że skoro w XVII p.n.e tworzyli taką biżuterię (towar zbytkowy, na pewno nie najważniejszy, a służacy ozdobie), to myślę, że to jest najlepszym przykładem, jak wspaniale rozwijała się tamta kultura. Dla mnie pozostaje ona wciąż tajemnicza.

Dla lubiących kontemplację w nieco większym spokoju, niż to ma miejsce w Knossos, mogę polecić wspomniany przeze mnie Pałac w Malii. Odczuwa się w nim jakąś niesamowitą, podniosłą atmosferę...dookoła cykają cykady, a my wędrujemy wśród pozostałości tego minojskiego pałacu odkrywając w małym sanktuarium, a raczej jego pozostałościach wyryty na filarze minojski symbol religijny, czyli znak podwójnych toporów.

Nie dokonano tam takich "rekonstrukcji z fantazją", jak w Knossos i może dlatego moim zdaniem lepiej jest go zwiedzać. Można bowiem uruchomić własną wyobraźnię i uzupełniając to o wiedzę, niemal zobaczyć ów wspaniały pałac na równinie nad morzem...wystarczy tylko bardzo chcieć.

Tagi: Kreta
15:01, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 lipca 2004
Następnego dnia postanowiliśmy zwiedzić nieco Retymnon, o któym to mieście przed wyjazdem słyszeliśmy jedynie same dobre rzeczy i opinie, a to, że ma piękny port z latarnią morską, a to, że ma mnóstwo przepięknych budowli weneckich i tureckich, no i że koniecznie trzeba zobaczyć Stare Miasto nocą.
Nie wspominając o Twierdzy Weneckiej górującej nad miastem, która to podobno jest największą twierdzą wenecką w Europie.
Twierdza, rzeczywiście wielka, z tym, że pozostały mury okalające ją jedynie. Za to, kiedy się tam już wdrapiesz (nie jest trudno), to widoki rzeczywiście z niej piękne, szczególnie na morze i bezkresną dal.
Trzeba również przyznać, że chyba rację mają przewodniki mówiące, że w założeniu w twierdzy mieli móc się schronić wszyscy mieszkańcy miasta Retymnon.
Po zwiedzeniu twierdzy postanowiliśmy zajrzeć do Muzeum Archeologicznego, które znajduje się dosłownie naprzeciwko twierdzy. A potem ruszyliśmy poszwędać się po wąskich uliczkach Starego Miasta (mijając po drodze Tawernę o wdzięcznej zaiste nazwie "Melina", mam zdjęcia, że nie oszukuję, ciekawe, co to znaczy po grecku nawiasem mówiąc).
Stare Miasto w upalny dzień było wręcz pustawe, a my zapędziliśmy się już w jego nieturystyczną część, więc mijaliśmy domostwa z pootwieranymi często drzwiami na tyły domu i chyba to była pora przyrządzania obiadków przez kreteńskie panie domu, bo z każdego domu dobiegał mnie odgłos działań kuchennych, ale także i inny charakterystyczny i rozpoznawalny dla wszystkich monotonny głos lektora, od razu wiedziałam "Czyta telenowelę:)" Spacerując i podkładając udawane dialogi w stylu "Jose Eduardo, ależ kocham cię ze wszystkich sił", przemierzaliśmy uliczki starówki. Na zewnątrz domów wystawione były kwiaty, rośliny, dużo kaktusów, a my zaczęlismy być głodni, bo nasze nosy drażniły zapachy smakowitości, jakie panie domu szykowały na wieczór. Postanowilismy więc powrócić do nas.
Wieczorem poszliśmy zapoznać się z Panormo. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zwykle jadąc gdzieś unikamy wielkich ośrodków turystycznych zdając sobie sprawę z faktu, że z prawdziwością danego miejsca niewiele one mają wspólnego. Tym razem wybraliśmy miejscowość, która według wszystkich źródeł miała być typową małą grecką miejscowością. Taką też się okazała. I ucieszyło nas to. Nie mieliśmy mnóstwa sklepów, ale było kilka pamiątkarskich, parę tawern, za to był piękny porcik z rybackimi kuterkami, stadko kotów i mnóstwo tubylców siedzących na progu domostw i albo prowadzących interesy jako właściciele sklepików, czy tawern, albo odpoczywających i przyglądających się turystom. Bardzo ładne to jest miasteczko, ma niską zabudowę małych kamieniczek dwupiętrowych, ale z mapy, jaką sobie poczytaliśmy, wynika, że szkoły tam są, nawet miejscowe liceum. Nie ma za to apteki, co nas trochę zmartwiło, bo tam dokupujemy na ogół smarowidła do opalania (skutek? zamiana Vichy na Nivea. wynik? poparzona moja twarz, ale zagoiło się juz:)
Nagabywani przez greckie koty o fotkę ruszyliśmy z powrotem do hotelu.
Poproszono mnie o wątek kulinarny. Je się tam, i pije, najlepiej dużo greckiego winka:) Ja zakochałam się w kalmarach i teraz to chyba jedna z moich najbardziej ulubionych potraw, ale oczywiście nie pogardzę i musaką, i faszerowanymi liścmi winogron i rybami (mniam). Ale nadto te greckie słodycze, dla wielu po prostu niezjadalne, bo za słodkie, a ja je kocham. Baklava i wszystkie te wspaniałości oparte na kruchym cieście z rodzaju ciast francuskich, miodzie kreteńskim przepysznym, zmielonych orzechach i migdałach. Nie pytajcie, ile pożarłam tych ciastek, moja waga z pewnością powiedziałaby, że za dużo (i dlatego od powrotu nawet na nią nie weszłam:)
Retymnon wieczorem rzeczywiście jest ładnym miastem (trochę taka Wenecja grecka bez charakterystycznego smrodku kanałów). Wieczorem wypełnia się ludźmi, turystów mnóstwo. Tawerny rozgrzewają się zapraszając gości do wstąpienia i skosztowania czegoś u nich, na pewno najładniej położone są te w porcie i w wąskich uliczkach Starego Miasta. W niektórych jest nawet muzyka na żywo, jeden śpiewak moim zdaniem śpiewał nic greckiego a portugalskie Fado, ale to już moja prywatna refleksja. Sklepy i sklepiki pootwierane i te tańsze z suwenirami i te najdroższe z biżuterią i wspaniałościami za wiele Euro. Przeciskasz się przez ten tłum, ale mimo wszystko nie drażni cię to, przeciwnie, dodaje miastu kolorytu. Obejrzeliśmy fontanne Rimondi, 16 wieczną wenecką loggię, a także pozostałości bramy Goura.
Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzić południową część Krety, plaże nad Morzem Libijskim, a konkretnie jedną plażę, a mianowicie Preveli. Od razu uprzedzam, że zwiedzić klasztoru nam się nie udało , choć wiem, że powinniśmy, innym razem, a teraz trafiliśmy jedynie na plażę, ale takie było założenie.
Już sama droga do plaży jest ciekawa, najpierw jedzie się prostą drogą, wtedy się odprężasz, potem za jakiś czas droga prowadzi cię w góry i wjeżdżasz w cudowny ogromny Wąwóz Kourtaliotiko, wrażenia,no, niesamowite. Wąwóz nazywa się Wąwozem Wiatrów , no i fakt, nie bez kozery, wiało tam tak, że aby zrobić sobie zdjęcie wolałam przytrzymać na głowie czapeczkę, aby mi jej po prostu nie zwiało:)
Nieco dalej dojeżdzasz do źródła strumienia, który niebawem ujrzysz, jak pod postacią rzeki wpływa właśnie przy wspomnianej przeze mnie Plaży Preveli do Morza Libijskiego.
Ale najpierw przy źródle musieliśmy zastanowić się, którą drogą ruszyć, gdyż droga rozgałęziała się na dwa widełki. Pojechaliśmy za jednym z samochodów licząc, że ta z dwóch dróg będzie łątwiejsza (obiema bowiem dociera się na miejsce). Haha, jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryliśmy, że to, co pisali w jednym z przewodników, że jest to droga dla ludzi o mocnych nerwach , nie jest tylko czczym gadaniem, aby zachęcić do wycieczki:)
Droga zwężała się i wiodła wzdłuż przepaści , kierowca mój nie widział tego, co ja widziałam, jako pasażer, a mianowicie ziejącą przepaść:) ale fakt, malownicze to było. No i te góry dookoła. Nic, tylko napawać się widokiem, a nie strachem (choć mijając raz ciężarowy samochód i będąc po zewnętrznej owej drogi nie było nam bardzo radośnie).
Droga wiła się cudownie, czyli zakręty pod kątem 180 stopni!!, więc tylko co pewnien czas widzieliśmy dwa samochody przed nami, wiedzieliśmy więc, że nie sami wybraliśmy tę wspaniałą drogę. Powoli, gdyż zarówno zdrowy rozsądek, jak i nawierzchnia tego wymagały, toczyliśmy się niespiesznie w dół, aby po pewnym czasie dojechać do parkingu przy plaży. Nie, nie Preveli. Tam bowiem musisz dojść po stopniach, ale trzeba przyznać, że po górskiej drodze nic nam już nie było straszne. Ruszyliśmy więc po stopniach w górę, aby za chwilę nimi schodzić i dotarliśmy do Plaży Preveli. Plaża ta jest piękna, gdyż tam właśnie rzeka Megapotamos wpływa do Morza Libijskiego, a wzdłuż rzeki rośnie przepiękny gaj Palm Daktylowych. W tle widać ściany wspomnianego już przeze mnie Wąwozu, widok naprawdę malowniczy.
Acha, ciekawostka historyczna, to z tej plaży przeprowadzano ewakuację żołnierzy alianckich podczas drugiej wojny światowej na okręty podwodne do Egiptu.
Przespacerowaliśmy się wzdłuż tego gaju palmowego rosnącego wzdłuż rzeki i odkryliśmy namioty współczesnych włóczykijów porozstawiane tamże. Popodziwialiśmy turkusowe i ciepłe wody Morza Libijskiego i wróciliśmy do samochodu. Wróciliśmy tą łatwiejszą drogą, nie tą, którą dotarliśmy. Po prostu było już nieco za dużo wrażeń, jak na jeden dzień:)
ciąg dalszy wkrótce...:)
Tagi: Kreta
10:13, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »
Kreto witaj, pomyślałam , kiedy postawiłam swoją stopę na terenie lotniska ...i oczywiście pomyślałam, jak zawsze, kiedy tam ląduję "Pachnie osłem"...
godzina byla taka więcej wczesna, bo 8.00, ale byliśmy już tak podekscytowani tym, że znów tu jesteśmy, że zapomnieliśmy o konieczności rannego wstania i wylotu z Warszawy rano. Po przejściu odprawy paszportowej (w naszym wykonaniu pokazanie dowodów osobistych i machnięcie przez celnika ręką, żeby przechodzić), ruszyliśmy do właściwego autokaru, który godzinę miał nas wieźć do naszego hotelu.
Ruszyliśmy , ja bacznie obserwując okolicę, aby w około godzinę potem wjechać do małej miejscowości Panormo położonej 22 kilometry od Retymnonu.
Miejscowości nie zdążyliśmy się za bardzo przyjrzeć, bo autokar już podjechał pod nasz hotel.
Nie muszę opowiadać, że jeszcze tego samego dnia pobiegliśmy na plażę. W Polsce było wtedy 15C (sic!! w LIPCU!!), a my rozkoszowaliśmy się wreszcie ciepłem i słońcem.
Ten wyjazd mieliśmy w planach spędzić zarówno na zwiedzaniu, jak i na byczeniu się na plaży, kto liczył na niekończące się opowieści w moim wydaniu, niestety, musi sam pojechać na Kretę i nadrobić.
Ale, na tydzień wzięliśmy auto i ruszylismy zwiedzać tę część wyspy, jakiej do tej pory będąc już dwa razy na Krecie nie zwiedziliśmy, a mianowicie jej zachodnią część.
W ogóle, to muszę powiedzieć, że świetnie, że choć raz ruszyliśmy się na Kretę w lipcu. Dwa razy byliśmy we wrześniu i wyspa wydawała nam się wtedy bardzo już sucha, mało zielona. Dopiero rok temu na Kos, o podobnej porze roku tknęło mnie, że to pewnie właśnie zależy, kiedy się jedzie zwiedzać. I miałam rację, lipcowa Kreta ukazała nam swoje zupełnie inne oblicze. Wyobraźcie sobie wzgórza pokryte zielonością, a to gajów oliwnych, których jest tam mnóstwo, nawet w wysokich górach rosną, chyba już jakieś samosiejki, bo nie wyobrażam sobie, kto tam sadził drzewka, a to drzew, krzewów i innej roślinności, a do tego ogłuszający wprost odgłos, który uwielbiam. Cykady. Ich głos, to coś, co działa na mnie zawsze odprężająco. Tym razem nagrałam sobie i chyba skomponuję indywidualną płytkę relaksacyjną, jak mi będzie w zimie źle, to sobie włączę lampę nagrzewającą, puszczę cykady (i tylko ouzo brak, ale nie szkodzi, bo mi nie smakuje:)
No, ale do rzeczy, tak więc tym razem Kretę zielona i znacznie bardziej bujniejszą ujrzeliśmy, choć jak zawsze nad tym sielankowym krajobrazem zieloności i cykania cykad i lazurowej wody majestatycznie górują wzgórza gór...tym razem dobrze poznaliśmy , co to są kręte, górskie drogi Krety i choć chwilami było dramatycznie (dobra, po prostu strasznie:), to i tak było świetnie.
Muszę również przyznać, że tegoroczne zwiedzanie oprócz poznawania pięknych miejsc miało, przynajmniej według mnie , nieco wręcz martyrologiczny wydźwięk. Otóż zwiedzaliśmy dużo miejsc naznaczonych wręcz krwawą historią mieszkańców Krety. Głównie dotyczyło to krwawej okupacji tureckiej, ale także inwazji Niemców. Tak, czy siak, czasami łza zakręciła mi się w oku.
Pierwszego dnia wyruszyliśmy do Jaskini Melidoni. Jest ona właśnie takim historycznym dla Kreteńczyków miejsce. Według mitów zamieszkiwał ją Talos, ale teraz chyba jest ona bardziej znana z tego, co miało w niej miejsce. Otóż kilkaset osób usiłujących się chronić przez Turkami zostało tam zaduszonych, kiedy to oprawcy zastawili wyjście z jaskini i podpaliwszy chrust u wyjścia doprowadzili do zaduszenia się ludzi wewnątrz. Teraz o tym przypomina stojący w jaskini ołtarz upamiętniający to wydarzenie. Sama jaskinia ogromna i robi wrażenie, choć bardzo ślisko jest na stopniach prowadzących w dół, byłam w adidasach i się ślizgałam, a nie bardzo jest się czego przytrzymać schodząc.
Po wyjściu z jaskini ruszliśmy do przeuroczej wioski Margarites, w której chyba wszyscy mieszkańcy zajmują się wyrobem ceramiki :) bez przesady.Każdy dom to włąściwie warsztat garncarski, i często wchodząc widzi się garncarza przy pracy. Odsiewając bzdurki dla turystów można tam naprawdę nabyć piękne przedmioty, które potem przypomną nam w kuchni o Krecie, my nabyliśmy dwa kubki do herbaty i piękny dzban.
Oprócz tego mnóstwo wspaniałości, przepiękne gliniane pitosy (oni używają ich ciągle do dekoracji domów). Bardzo żałowałam, że nie mamy możliwości przywiezienia sobie czegoś do roślin balkonowych, bo naprawdę te gliniane rzeczy pięknie wyglądają. A poza tym jest to przynajmniej coś prawdziwie miejscowego, czym się zajmują od pokoleń, a nie kupiony w sklepiku z pamiątkami suvenir made in China:)
Następnie ruszyliśmy do Moni Arcadi, czyli Klasztoru. Jest to kolejne miejsce obarczone smutną historią. Tu także schronili się przed Turkami Kreteńczycy i tam widząc, że nie wygrają tureckiego oblężenia, zdecydowali się na dramatyczny krok. Zgromadzili się oni wraz z rodzinami w prochowni, odczekując aż zebrało się jak najwięcej wrogich wojsk i wysadziło w powietrze.......to wydarzenie stało się impulsem do zwrócenia wreszcie oczu Europy na sytuację Krety po okupacją turecką.
W klasztornym muzeum jest Ikona Marii z Dzieciątkiem, świadek tamtejszych wydarzeń, ocalała z wybuchu. W muzeum są również inne zebrane eksponaty takie jak naczynia i szaty liturgiczne, jest też coś, co spowodowało, że łza spłynęła mi po policzku. jest to fragment grubego warkocza, może jakiejś młodej dziewczyny, może dorosłej już kobiety, która wolała zginąć, niż oddać się w ręce wroga.......
Po wyjściu trafia się do małej kaplicy, w której zgromadzono czaszki ofiar, to też robi przygnębiające wrażenie.......
Mieliśmy już dość jak na jeden dzień i wróciliśmy do hotelu.
Tagi: Kreta
10:12, chiara76 , podróże
Link Komentarze (3) »

Witam, niektórzy z Was znają mnie z forum na Gazecie, to właśnie ja, Chiara76. To mój pierwszy wpis, więc trochę z niepokojem patrzę, co będzie się działo dalej:)

Czy się uda? Zobaczymy. Mam nadzieję, że tak, bo chciałabym się tymi moimi podróżami podzielić z większą ilością osób.

Na moim blogu będę opisywać głównie podróże, choć nie tylko. Podróże jednak to jedna z moich największych pasji życiowych. Dają mi one siłę i motywują do działań. W czasie moich podróży interesuję się zarówno zabytkami, jak i ludźmi (kto wie, czy tymi nie bardziej:), przyrodą, stylem życia mieszkańców, ich obyczajami.

No, to do dzieła:) 

09:41, chiara76
Link Komentarze (11) »
1 ... 316 , 317 , 318 , 319
 
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...