Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
sobota, 13 maja 2017

...powiesić wiatrówkę Jasia po wczorajszym powrocie z przedszkola.
Nareszcie jest wiosna i w przedszkolu odbieramy Go z placu zabaw. Podczas wieszania kurtki na podłogę w przedpokoju wysypało się jakieś ćwierć kilo piasku i leśnego śmiecia :) 
Pytam "Jasiu, dlaczego z twojego kaptura wysypało się tyle piasku?".
Odpowiedź padła szybka i konkretna "Robiliśmy wybuch wulkanu".

I wszystko jasne  :P

piątek, 12 maja 2017

Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Karolina Wilczyńska od dawna jest jedną z moich ulubionych autorek. Zawdzięczam to T., która poleciła mi pierwszą książkę Wilczyńskiej, którą przeczytałam czyli "Ta druga" i od tej pory stałam się miłośniczką prozy tej autorki. 

Karolina Wilczyńska w swoich książkach w centrum wydarzeń stawia zawsze kobiety. Mężczyźni, owszem, są ale ich rola jest jednak najczęściej marginalna. Za to kobiety, które się wspierają, wzajemnie sobie pomagają, one są w książkach tej autorki najważniejsze.
Niedawno oczarowana zostałam przez Karolinę Wilczyńską jej cyklem dziejącym się w Jagodnie niedaleko Kielc. Kiedy na temat pierwszego tomu cyklu dziejącego się na ulicy Kwiatowej wyczytałam, że akcja książki będzie się działa w mieście, trochę się najeżyłam.  :) Jakoś tak zatęskniłam za spokojem, ciszą, dobrym rytmem życia w Jagodnie. Ale moje obawy okazały się niepotrzebne. Co prawda tym razem akcja książki dzieje się w Kielcach, niemniej jednak daleko tu będzie do opisywania losów prężnych pracowników korporacji. 
Co łączy ten cykl z Jagodnem to znów pojawiające się grono kobiet, które się ze sobą zaprzyjaźniają i są dla siebie wzajemnie wsparciem. Bardzo lubię taki motyw w książkach i filmach, pisałam już o tym wielokrotnie.

Do nowoczesnego bloku na Kwiatowej wprowadza się czwórka kobiet, które z pozoru nie mogłyby się nigdy ze sobą zaprzyjaźnić. Są to Malwina, Wiola, Liliana i Róża. Malwinę dotknie traumatyczne wydarzenie, które stanie się niejako kanwą opowieści. Ale te cztery kobiety, których wydawałoby się, że nic nie łączy (ani sytuacja rodzinna ani materialna) i nie zbliży, zostanie kiedyś postawionych w zaskakującej sytuacji. Niby blok, w którym mieszkają taki nowy a tu nowa winda zacina się i nasza czwórka siłą rzeczy utyka razem na jakiś czas. 
Zdarzenie w windzie zapoczątkuje bowiem przyjaźń czterech kobiet. Jak to w końcu w pewnej chwili powie Wiola, cytuję "Zresztą wiadomo, że jak się cztery baby zejdą, to albo się pokłócą na śmierć, albo zaprzyjaźnią".

Może to nawet wydawałoby mi się nieco na wyrost, w końcu kto w dzisiejszych, zabieganych czasach ma chęć na zawieranie nowych znajomości ale przypominam sobie zawsze,że moja własna Mama poznała swoją wielką przyjaciółkę również podczas takiej sąsiedzkiej awaryjnej sytuacji. Tak więc - nie ma rzeczy niemożliwych.

Książka napisana jest w specyficzny sposób bo są też części prowadzone narracyjnie przez wszystkie cztery kobiety. Podoba mi się, że Karolina Wilczyńska starannie dobrała słownictwo i sposób ekspresyjności każdej z postaci opowiadających historię z ich perspektywy. Uczyniła to konsekwentnie z portretami wcześniej nam odmalowanymi co uczyniło bohaterki bardzo prawdziwymi i wydaje się, że niemal namacalnymi (kiepskie określenie:) ). Tak czy inaczej, po prostu możliwymi do zaistnienia. Jak zwykle u autorki, dostajemy przemyconą w bardzo elegancki i nienachalny sposób lekcję aby nie sądzić innych po pozorach.

Jak zwykle pozazdrościłam bohaterkom przyjaźni, wsparcia innych kobiet, które kiedy trzeba powiedzą dosadnie prawdę ale kiedy trzeba, pomogą i wesprą. I z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy opowieści o czterech kobietach mieszkających na ulicy Kwiatowej. 

Moja ocena to 6 / 6.

czwartek, 11 maja 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

"Tylko milion" to książka, która na początku podobała mi się bardzo a w miarę czytania mój zachwyt nieco ochłódł. Powiem krótko, to książka, w której (przypominam, według mnie), wszystkiego było ZA DUŻO. Oto bowiem zaczyna się to jak gotowy materiał na scenariusz filmu przygodowego ( i początkowo, przyznam, chętnie bym taki film obejrzała). Matylda to autorka, jej partner to również autor , ma na imię Janusz. Pewnego dnia para pisarzy zostaje zaskoczona, gdy Matylda zostaje postawiona wobec niecodziennej sytuacji. Oto bowiem zbiegiem różnych okoliczności, Matylda ma możliwość otrzymania spadku po kimś ważnym dla jej rodziny. Jest jednak jedno obostrzenie (coś ostatnio mam szczęście do czytania książek, w których ważnym motywem jest jakaś oryginalna klauzula testamentu), a mianowicie Matylda ma roztrwonić pierwszy milion. Dodatkowo owo roztrwonienie ma mieć miejsce w jedynie trzydzieści dni. W sumie wydaje się to nie być takim trudnym zadaniem, milion (a mowa jest o dolarach) można przepuścić kupując luksusowy dom. Niemniej jednak takie rozwiązanie nie jest możliwe, pieniądze trzeba więc wydać na inne zbytki. Autorzy ruszają więc we wspólną podróż podczas której mają zamiar wydać ów milion. Jest to podróż zdecydowanie "na bogato". Luksusowe hotele, w których są pomocnicy nawet podczas kąpieli, piękna biżuteria, olśniewające stroje, jazda limuzynami czy wręcz wynajęcie sobie prywatnego ochroniarza z doświadczeniem komandosa i wynajmowanie helikopterów, to wszystko zacznie składać się na rachunek, który ma po miesiącu opiewać na konkretną sumę. No i fajnie. Szkoda (powtarzam, to moja opinia i nie ma obowiązku się z nią zgadzać), że książka nie pozostała w tym klimacie. Nie ukrywam, że z racji tego, że mnie osobiście nigdy nie spotka raczej (bo co się będę zarzekała, a nuż? :P) możliwość roztrwonienia miliona dolarów, miałam ochotę na taką bajkę sensacyjną dla dorosłych. Gdzie właśnie aż kapie od złota, gdzie się podróżuje po całym świecie i dodatkowo zwiedza coś ciekawego. W rezultacie otrzymałam wszystkiego po trochu, sensację, romans, przygodówkę. Napisałam na samym początku, że według mnie wszystkiego było za dużo, bo niestety, ale tak to odczułam. W jednej książce zgromadzono za wiele motywów, problemów poruszanych przez autorów. I tak oto jest i o uchodźcach przybywających do Europy, i sytuacja ekologiczna z pewnym polskim jeziorkiem i ośrodkiem wypoczynkowym, i ataki terrorystyczne w Indiach i handel dziećmi w Chinach, i morderstwo i handel narkotykami. Trochę tego wszystkiego za dużo i z książki, która miała szansę stać się fajną przygodówką stała się ni to sensacja ni nie wiem do końca czym konkretnie. Dwa dni temu ktoś, z kogo gustem czytelniczym bardzo się liczę, spytał mnie o ocenę tej książki. Byłam jeszcze w trakcie lektury ale już zgłosiłam swoje zastrzeżenia. Dodając, co jest prawdą , na zadane pytanie , że nie czytałam nic wcześniej tego literackiego duetu więc zwyczajnie - nie mam porównania. 

Niemniej jednak wraz z rozwojem akcji książki czułam pewne narastające znużenie. I zbytni natłok wszystkich motywów i zdarzeń. 
Tym razem nie do końca "zagrało" ale myślę , że jeszcze kiedyś sięgnę po książkę Marii Ulatowskiej i Jacka Skowrońskiego.

Moja ocena to 4 / 6.

wtorek, 09 maja 2017

Wydana w Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat SA. Poznań (2017).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa i Autorki.

Czy zdarza się Wam, że czytacie jakąś książkę a w głowie praktycznie natychmiast widzicie postaci i macie wrażenie, że jest to gotowy materiał na fajny film? Nie wiem jak Wy ale mnie się to czasem podczas lektury zdarza i nie inaczej było właśnie w tym przypadku. Kiedy tylko zaczęłam ją czytać, od razu pomyślałam sobie, że mógłby być z tego film, komedia obyczajowa. Bo początkowo w sumie to taka komedia obyczajowa. Z dość zaskakującym zakończeniem, które zdecydowanie cały wesoły i pogodny raczej ton książki mocno schładza i sprawia, że w zjadliwej ilości cukru pojawia się zdecydowanie gorzki smak. 

"Konkurs na żonę" zaczyna się więc i przez większość książki toczy jak taka właśnie dość lekka komedia romantyczna. Jest on, młody niemal trzydziestolatek, Hugo Hajdukiewicz (tylko jedna osoba zwraca się do niego "Hugon"). Zbiegiem okoliczności Hugo to marzenie wielu kobiet bo nie dość, że jest przystojny, to i młody i świetnie wykształcony i nie zdecydowanie nie jest biedny. A przy tym elegancki i szarmancki. Hugo jednak ma pewien problem. Decyzją wuja, aby otrzymać spadek po owym wuju musi ożenić się (Hugo, nie wuj, oczywiście:) ) i spłodzić potomka przed skończeniem trzydziestego roku życia. 

Jest i ona. Młodziutka, niespełna dziewiętnastolatka. Która studiuje w Krakowie i którą różni od niego wszystko. I wiek i pochodzenie i wykształcenie i stan majątkowy. Łucja Maśnik. 
Z racji tego, że kandydatki na żonę brak, Hugo organizuje konkurs mający na celu namierzyć kandydatkę na połowicę. No i w ten właśnie sposób Łucja wpada w łapy polującego na żonę Hajdukiewicza. 

Dalej mogło być tak, że już tylko słód, miód i orzeszki ale ku mojemu zaskoczeniu (temu przyjemnemu zaskoczeniu), wcale tak się nie stanie. To znaczy, faktycznie Hugo i Łucja będą razem ale ich losy nie będą tak oczywiste jak to by się mogło wydawać.

Autorka już zapowiedziała dalsze losy bohaterów i dobrze, bo kibicuję tej dwójce i mam nadzieje,że w następnej części, zatytułowanej "Bilet do szczęścia" owo szczęście jednak się konkretniej tej dwójce skrystalizuje. 

Co mi się podobało to to, że nareszcie ktoś z postaci polującej na drugą połowę uczynił faceta. A nie, że zawsze to kobiety są tymi harpiami czyhającymi na facetów. Co jeszcze? To to, jak stworzone zostały postaci bohaterów. Wiarygodnie i prawdziwie. Hugo nie budzi początkowo naszej sympatii i słusznie bo postępuje podle, traktując Łucję czysto przedmiotowo. Ale i on oprócz podłego postępowania ma ludzkie cechy, odruchy i z czasem okazuje się dlaczego jest dość zgorzkniały i wyjaśnia się poniekąd możliwa motywacja jego postępowania. Łucja też , niby to dziewczyna młodziutka , dopiero zaczynająca samodzielniejsze życie jako studentka. Dodatkowo pochodzi ze wsi, więc można powiedzieć, że wielkomiejskie życie może ją wciągnąć po uszy ale okazuje się, że jest mądra, ma charakterek i kiedy trzeba, umie powiedzieć swoje i przemówić komuś do rozsądku. A oprócz tego może Łucja nie posiada zbyt wielu dóbr materialnych ale ma jeden wielki skarb, a mianowicie kochającą ją i oddaną jej rodzinę, na którą zawsze może liczyć. 

Mnie pierwsza część perypetii Łucji i Hugona wciągnęła. Autorce udało się mnie zaciekawić i spowodować, że teraz z niecierpliwością będę wyglądała następnej książki. 

I na koniec, muszę to napisać, bardzo ale to bardzo podoba mi się okładka tej książki. (Projekt okładki - pani Ilona Gostyńska-Rymkiewicz).

Moja ocena to 5 / 6.

wtorek, 02 maja 2017

Po raz pierwszy od bardzo dawna zdecydowaliśmy się na majówkę. Z racji raczej wiadomego, jutro szóste urodziny Emilki.

Ale Jaś już od sierpniowego powrotu z warmińskiej, sielskiej wsi, ciągle dopytywał się kiedy tu wrócimy. I oto jesteśmy. 

Na pewno terapeutyczne działanie bycia z najbliższymi i bliskość psów  ( czterech szczeniaków), kotów i ptactwa czyni tę kolejną rocznicę nieco łatwiejszą. 

Szczęśliwie poprawiła się pogoda więc piszę to siedząc na dworze. Na stole leży kot (czarno biały) , na krześle obok siedzi tricolorka.  Naprzeciw mnie Mąż a Syn z "ciocią" podlewają rośliny. Ostatnio zdaje się, że pomidory. 

Miłej majówki dla nas wszystkich życzę. 

piątek, 28 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017). Ebook. 

To trzecia część opowieści o Natalii i Ninie, które poznały się w Ciechocinku. Ich poznanie opisane zostało w części pod tytułem "Sanatorium pod Zegarem". Ja nie czytałam części drugiej tylko sięgnęłam po tę część, powodowana ciekawością ile tego Paryża będzie w książce :) Owszem, Paryż był ale nie stanowił najważniejszego bohatera książki. Z różnych powodów i w życiu Natalii i Niny jednak to Paryż właśnie konkretnie musiał być.
W tej części autorka stworzyła naprawdę mieszankę wybuchową. Bo będzie i poważna intryga kryminalna, a więc konieczność śledztwa, ale również na jaw wyjdzie bardzo dużo tajemnic zarówno z przeszłości Niny jak i Natalii.
Przyjemnie było poczytać kolejną część opowieści o tych zaprzyjaźnionych ze sobą jakiś czas temu kobietach, które początkowo wydawało się, że różni wszystko a okazuje się, że łączy więcej niż można przypuszczać, skoro wynikła z tego taka przyjaźń. Pozazdrościłam Ninie Natalii, która zawsze ją wspiera i stanowi dla niej być może namiastkę matki.
Większość akcji książki dzieje się w Paryżu ale w tej części poznamy też to, co wydarzyło się parędziesiąt lat temu.

Wciągnęła mnie ta opowieść, polubiłam obie bohaterki (zwłaszcza Natalię, jakże inną panią koło czy raczej już po siedemdziesiątce niż przeciętnie sobie wyobrażamy), szkoda, że to już koniec trylogii. Może jednak autorka skusi się kiedyś na kontynuację losów swoich bohaterek.

Moja ocena to 5 / 6.  

środa, 26 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2016). Ebook.

Swego czasu "polowałam" na tę książkę w rozmaitych konkursach książkowych ale nie udało mi się jej wygrać a jakiś czas temu przypomniałam sobie o niej i nabyłam. Miałam bowiem chęć na coś lżejszego. I otrzymałam to. Co prawda, w książce będzie motyw kryminalny ale ogólnie to jest to raczej książka pogodna niosąca ciekawe przesłanie, o którym wiele młodych osób nie pamięta. A mianowicie to, że ktoś, kto ma więcej lat w dowodzie osobistym nie od razu musi być osobą nieruchliwą, zgrzybiałą, zdegustowaną. Ba, może być zakochany czy mieć partnera (bez ślubu :) ). 

Bohaterkami książki są Nina i Natalia. Nina to młoda kobieta z Warszawy, zarządzająca prężnie firmą , Natalia to starsza pani pochodząca i mieszkająca w Helu. W Helu prowadzi swój zakład fotograficzny "Mewa". 
Obie te kobiety najprawdopodobniej nie miałyby szansy się spotkać gdyby nie fakt, że splot wydarzeń umieścił je w jednym miejscu. A mianowicie w dwuosobowym pokoju w sanatorium w Ciechocinku.  
I od tej pory zaczyna się akcja książki. Jest więc i samo sanatorium a właściwie, szpital uzdrowiskowy z surową siostrą przełożoną i równie surowymi zasadami w nim panującymi. Są kuracjusze, z których o leczeniu myśli często mniejszość. Są fajfy i zasady panujące w sanatorium prawa i zasady dotyczące podrywu. 
Wreszcie są dwie fajne kobiety, Natalia i Nina, które po początkowych niesnaskach zaprzyjaźniają się ze sobą i to do tego stopnia, że będą w stanie utrzymać wspólnie pewien sekret w tajemnicy jak również współpracować ze sobą na innych frontach i wspierać się wzajemnie.
Podobało mi się, o czym już pisałam, że Natalia jest tu kobietą z WCIĄŻ pragnieniami i marzeniami, owszem, nie zdobywającą wielotysięczników ale rzutką, ruchliwą, zmotoryzowaną, na swój sposób podobnie jak Nina , jest ona kobietą interesu prowadzącą zakład fotograficzny.
Nina na jej tle wypada nawet często blado a na pewno dość pruderyjnie, te kontrasty podane na szczęście w odpowiedniej proporcji są zabawne i skłaniają do refleksji jak często my, młodsi , "odbieramy" swoim lekceważeniem prawa do tego czy owego osobom starszym uważając ich za "staruszków".

To taka pozytywna proza obyczajowa, raczej nie ma co się doszukiwać w niej psychologicznego dna i nawet niespecjalnie bym to w tego rodzaju książce widziała.

Podobała mi się i moja jej ocena to 5 / 6.

 

niedziela, 23 kwietnia 2017

...z Okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich.

Cieszmy się, że ludzkość wpadła kiedyś na pomysł tego aby dokumentować słowo w jakiś trwalszy sposób niż przekazy ustne.
Bo dzięki temu nie ruszając się z domu możemy przenieść się nie dość, że w rozmaite miejsca to i w inne czasy. Poznawać niezliczoną liczbę osób. Przeżywać czyjeś historie, denerwować się na kogoś albo marzyć aby mieć taką właśnie przyjaciółkę. Czy to nie cudowne uczucie? To właśnie magia książek.

Jaką książką uczcicie dzisiejsze święto?
Ja zaczęłam wczoraj czytać "Sanatorium pod Zegarem" Liliany Fabisińskiej. I jak na razie - podoba mi się.  

piątek, 21 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie "Książnica". Katowice (2011).


Przełożyła Dobromiła Jankowska.
Tytuł oryginlny Take A Chance On Me.  

Nie wiem jak Wy ale ja z książkami mam tak,że bardzo chętnie sięgam po coś poważniejszego ale i lubię zrobić sobie przerwę na coś lżejszego. Coś o czym śmiało mogę powiedzieć zaczynając lekturę, że mnie nie przybije i że wiem, że dobrze się skończy.
Człowiek uczy się całe życie i oto pożyczona mi przez Mamę książka okazała się należeć do gatunku "chick-lit" (w sumie mimo, że niby czytałam co to ma być dalej nie wiem jak to nazwać po swojemu, czytadełko?). Nie lubię takich szufladkowań, jak dla mnie to była po prostu fajna książka , lekka stylem ale mimo wszystko wcale nie wolna od poruszenia problemów jakie ludziom towarzyszą. Z tym,że podana w dość lekkiej formie.

Sięgając po nią nie miałam żadnych oczekiwań i również nie martwiło mnie, że wydałam na nią pieniądze, bo wiadomo, pożyczone to pożyczone. Ryzyka nie ma.
I nie było, a nawet było więcej czyli świetna książka,którą "przekładałam" sobie cięższą lekturę książki "Ta, którą znam" Małgorzaty Wardy,o której pisałam w poprzednim wpisie.

Cleo Quinn mieszka w rodzinnym miasteczku w Wielkiej Brytanii. Po kilku nieudanych doświadczeniach z poprzednimi mężczyznami, z którymi się umawiała nareszcie jest w stałym i obiecującym związku. W jej życiu nie ma zbyt wielu spektakularnych wydarzeń. Nie ma bogactwa ale jest w stanie zarobić na życie. Nie ma wykształcenia ale ma pracę, na którą nie narzeka. Nie ma jeszcze własnej rodziny ale ma siostrę, którą kocha i przyjaciela. Dla niektórych to mało, dla innych zaś bardzo wiele.

Książka rozpoczyna się pogrzebem ojca dawnego kolegi z klasy Cleo. Kolega to zbyt wiele powiedziane. Swego czasu Johnny LaVenture, który obecnie jest rzeźbiarzem robiącym karierę w Stanach Zjednoczonych, dał się we znaki Cleo. Oj, dał !

Teraz jednak oboje dorośli i nikt nie ma powodów do odgrzewania starych żali i niesnasków.

Co będzie dalej? Dalej poznawać będziemy losy kilkorga bohaterów bo autorka skupia się nie tylko na samej Cloe. Będzie jak w życiu, czasem słodko, czasem gorzko ale najważniejsze aby mieć obok siebie kogoś, z kim można zawsze "przegadać" sprawy i wyżalić się ze swoich problemów. Bądź ucieszyć wespół radościami i podzielić sukcesem.

Mnie się podobała i daję jej 5.5 / 6. 

 

 

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Och. Tak, to celowe westchnięcie.
Zabierałam się do tej konkretnej książki długo. Wiedziałam, że ze względu na parę motywów (główny i kilka pobocznych) ta książka przeora mi myśli i odczucia i tak się stało. Na pewno jest to lektura, która nie porusza tematyki lekkiej, łatwej i przyjemnej czyli nie ma mowy o żadnym rozleniwiająco relaksującym "czytadle" , po które chętnie sięgam i czego nigdy się nie wypieram. No ale chciałam przeczytać książkę tej konkretnej autorki bowiem jak do tej pory czytałam jedynie "Miasto z lodu". Nie wiem i wiem czemu nie sięgam po więcej książek pani Wardy. Wiem, czyli wiem, że porusza tematy naprawdę ważne ale ciężkie a moje nastroje różnie reagują na takie treści. Nie wiem czemu bo wiem, że mnie omija świetna proza i bardzo dobra literatura. Dlatego sięgnęłam nareszcie po coś nowego. I tak, przeorało moje myśli i uczucia kompletnie. Ale nieważne, kilkakrotnie już o tym pisałam, trzeba też sięgać po coś takiego co nie będzie przyjemne za to mądre i pozostawi w człowieku coś więcej niż jedynie wspomnienie, że "to była dobra książka". A "Ta, którą znam" zostaje w czytelniku z pewnością na długo.

Historia zaczyna się nieprzyjemnie. Oto Ada, modelka i aktorka odnosząca sławę za granicami Polski i mieszkająca na stałe poza Polską otrzymuje pilne wezwanie do rodzinnego kraju. Jej siostra, Agnieszka, miała wypadek. Jechała z młodszą z dwóch córek. Konsekwencje wypadku są niestety najbardziej tragiczne z możliwych i nagle "osierocona" po stracie siostry Ada staje oko w oko z rzeczywistością. Na czas poszukiwań ojca dziewczynek, córek siostry, jest sama z dziadkiem tychże a swoim ojcem. Pogrążona w żałobie, wspomnieniach ale również poszukująca Pawła, dawnego przyjaciela Ady, ojca córek Agnieszki, znanego reportera i dziennikarza.
Ktoś więc musi stać się wsparciem nie dość, że dla ojca , który stracił córkę ale dla dwunastolatki i dziesięciolatki. Dziesięciolatka brała udział w tragicznym wypadku i konsekwencje dla jej psychiki również są wielkie.

Niestety, Ada nie jest w stanie oddać się swojej żałobie bowiem ten wypadek, jego konsekwencje a przede wszystkim dłuższy pobyt w rodzinnym mieście uruchamia jak mały kamyk lawinę wspomnień. I wydarzeń. Ale najpierw wspomnień.
 Narracja nie jest linearna. To skaczemy w tył do wspomnień Ady to przenosimy się do czasów teraźniejszych. Pomimo tego czyta się to dobrze pomimo ciężkiej tematyki.

W życiu Ady właściwie krótko było dobrze. Wczesna śmierć matki zadecydowała o wszystkim. Ojciec policjant nie radził sobie z dwójką dziewczyn, z których starsza studiowała a młodsza przygotowywała się do matury. 
Tamten rok dodatkowo był ciężki bo w miasteczku bohaterek zdarzyło się zaginięcie turystki z Warszawy, a śledztwo w tej sprawie w którym brał udział ojciec Ady i Agnieszki jako miejscowy policjant ślimaczyło się i nie przyniosło efektów.
Ten rok jednak stanie się dramatyczny i tragiczny dla samej Ady. Zdarzyło się wtedy w jej życiu coś potwornie złego i nieodwracalnego. Coś, co niestety, zaważy na całym życiu młodej dziewczyny a później młodej kobiety.

Nie ma tu zbyt wielu radości, cała ta książka to jedno wielkie rozdrapywanie ran i złe, bolesne wspomnienia. Ale to nareszcie ! dochodzenie Ady do przyzwolenie sobie na to aby wreszcie stwierdzić, że to ona została niewyobrażalnie skrzywdzona. Że ona nie ponosi żadnej winy za to co się stało. I to ona jest najbiedniejsza bo to ona nie dała sobie szansy na poskarżenie się na to, co jej zrobiono jak również na to aby dzięki temu ukarać winnych tego przestępstwa.

Bardzo , bardzo mnie ta książka przygnębiła. Małgorzacie Wardzie po raz kolejny udało się nakreślić postać bohaterki bardzo prawdziwą. Z jej zaletami ale i wadami, lękami, ludzką. Zamkniętą w swoim smutku i żalu, nie dopuszczającą innych do siebie, z małym wyjątkiem. 
Cały czas podczas lektury zżymałam się w duchu, złościłam na ojca i Agnieszkę. Jak bardzo źle musiało być w tym domu, że Ada w swojej sytuacji nie była w stanie jednak się poskarżyć i zawalczyć o swoje prawa i godność?

Obraz miasteczka, w którym dorasta Ada również nie nastraja optymistycznie. Miasteczko położone gdzieś na Mazurach zamieszkują zapewne ludzie "jak wszędzie" ale nakreślony jego obraz, ludzie zamieszkujący je, klimat i aura odmalowuje raczej miejsce, gdzie niewiele dobrego może się wydarzyć, raczej się z niego ucieka niż w nim osiedla z nadzieją na lepszą przyszłość. 

"Ta, którą znam" porusza wiele tematów. Winę, za którą brak kary. Poczucie bezsilności ofiary przestępstwa. Ciche pozwolenie na przemoc domową (a kiedy czyta się prasę widać, jak bardzo niestety wciąż jest ciche przyzwolenie na tą przemoc). To też książka o miłości. Tej młodzieńczej ,tej dojrzałej , tej szczęśliwej i tej nietrafionej. W końcu , o miłości rodzicielskiej również. Ale i , co ważne, do pozwolenia sobie na miłość do siebie samego , do wybaczenia sobie, do dania sobie samemu możliwości naprawienia zła, które stało się w życiu. 

Jak wspominałam, to książka, wobec której czytelnik z pewnością nie pozostaje obojętny i która zostawia nas z tak wieloma refleksjami, myślami, lękami, obawami. Oj to książka, która zostawia w nas taką "drzazgę" , która uwiera a to uwieranie układa się w myśli "tak, takich mazurskich miasteczek jest wiele, takich skrzywdzonych Ad jest aż za dużo, takich niesprawiedliwych czynów i nieukaranego zła jest zbyt wiele, to dzieje się obok, często bardzo blisko, zbyt blisko...".

Ja najpierw zaczytałam się do po północy a potem myśli nad nią nie dały mi zasnąć. Co skutkuje tym, że dziś myślę głównie o kawie, która mnie rozrusza. Ale nie tylko. I to jest siła tej książki. Polecam. 

Moja ocena to 6.5 / 6.  

10:18, chiara76
Link Dodaj komentarz »
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...