Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
sobota, 28 stycznia 2017

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2017). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski.
Tytuł oryginalny Denik kastelana

Na pewno ci, którzy sięgną po "Dziennik kasztelana" powodowani nadzieją, że będzie to coś jak Ostatnia Arystokratka tego samego autora odczują lekki zawód. Jednak ci, którzy lubią (ja tak mam) kiedy autor lubi zmieniać style, nastroje powieści nie zawiodą się.
W "Dzienniku kasztelana" jest śmiesznie, owszem ale nie jest to niekończąca się salwa niekontrolowanych napadów śmiechu jak w obu części opowieści o Arystokratce.
"Dziennik kasztelana" to po prostu powieść grozy. Klimat starego zamku, w którym dzieje się opowieść powoduje, że mamy wrażenie, że jest to czarna historia ze współczesnym tłem.
O wszystkim dowiadujemy się z dziennika kasztelana. Nowego kasztelana. Młodego człowieka, który przybywa z Pragi, w której przestał mieć wrażenie, że jakkolwiek się realizuje.
Niebawem przybędą do nowego kasztelana żona z pięcioletnią córeczką.
Akcja książki zaczyna się nieprzypadkowo w dniu 1 listopada i dzieje się przez późną jesień i zimę aż do wiosny.
Jest tak ,jak powinno być w powieści grozy. Mrocznie, straszno. Dzieje się wiele niewytłumaczalnych rzeczy a galeria postaci jest zaiste oryginalna.

Jak mówiłam, jeśli ktoś nastawi się na powtórkę "Ostatniej arystokratki" bądź "Arystokratki w ukropie" może czuć się zawiedziony. Ja tak się nie czuję, mnie się "Dziennik kasztelana" bardzo podobał. A że urywa się nagle, jak "Ostatnia arystokratka" , mam nadzieję na kontynuację opowieści.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

piątek, 27 stycznia 2017

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2016).

Przełożyła Katarzyna Sonnenberg.

Tytuł oryginału Neko no kyaku.

Bardzo, bardzo ładna książka. Taka ze spokojnym rytmem, wyciszonym. Znam osobę, która powiedziałaby "kiedy piszą, spokojny, niespieszny rytm, oznacza to nudy" ale ja nigdy tak nie uważam. "Kot, który spadł z nieba" zachwyciła mnie swoją właśnie niespiesznością, delikatnością, wschodnią subtelnością. To tak naprawdę książka o uczuciach czy wręcz namiętnościach ale napisana właśnie tak "wschodnio" czyli delikatnie i nie "wprost".
Odnoszę wrażenie, że właśnie ta niejednoznaczność i niespieszność uwiodła mnie w tej książce najbardziej.
Miałam wrażenie, że czytając ją oglądam japońskie drzeworyty przedstawiające czy to różne pory roku czy też różne zwyczajne wydarzenia z życia dwójki bohaterów.
Narrator, mąż, którego imienia nie znamy (imienia żony również nie poznamy) opowiada nam o kilku latach z życia małżeństwa w wynajętym domku. I o poznaniu przez małżeństwo kogoś kto stał się dla tej pary niezwykle ważny, a mianowicie kotki Chibi. O której żona bohatera myśli jak twierdzi bohater , że "Myślała o niej jak o podarunku z jakiejś odległej krainy. Jak o upominku, który spadł z nieba".
Tak naprawdę to książka nie tylko o kocie i uczuciach wobec niego. I chyba dlatego chwyciła mnie tak za serce i spowodowała wiele wzruszeń.

Moja ocena 5.5 / 6 

14:53, chiara76
Link Komentarze (4) »
środa, 25 stycznia 2017

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2017). Ebook.

Tego rodzaju książki czyta się trudno. I pisze się o nich niezwykle trudno. Bo nie jest łatwo napisać coś z sensem. Nie jest też miła świadomość, że czyta się literaturę faktu.
"Brunatna kołysanka" Anny Malinowskiej to żmudna praca autorki, która w swojej książce skupiła się na opowieści o dzieciach, teraz już dorosłych. I o jednej dorosłej postaci, którą przywołuje niemal na każdej stronie. Mowa o prawniku Romanie Hrabarze.

Tytułem wstępu autorka opisuje pokrótce działalność i zasady panujące w ośrodkach Lebensbornu. Jak się okazuje (ja na przykład tego nie wiedziałam), ośrodki te zapewniły miejsce nie tylko niemieckim kobietom mającym rodzić dzieci dla Hitlera i przyszłości Rzeszy. Okazuje się, że działalność Lebensbornu dotykała również dzieci z krajów okupowanych. 
Wystarczyło być "czystym rasowo" aby stać się kuszącym towarem :( Przykro to pisać ale tak właśnie było. 

Naziści uprowadzali dzieci z terenów okupowanych i wpierw oddawali je do domów dziecka, pełniących rolę jakby "przechowalni" a następnie, oddawali do adopcji rodzinom niemieckim.

Autorka skupia się siłą rzeczy na dzieciach polskich chociaż niektóre historie i pochodzenie osób, o których pisze i z którymi  rozmawiała, dla samych dorosłych już dzieci, stanowi wciąż zagadkę. 
Niektóre dzieci miały udokumentowaną przeszłość, dokumenty, które po wojnie umożliwiły ich powrót do kraju ale niektóre nie i do dziś dnia nie wiadomo, które dzieci zostały za granicami Polski i nigdy nie dowiedziały się, że są właśnie Polakami.

Wspomniany Roman Hrabar to prawnik, który całe swoje życie poświęcił na to aby sprowadzić dzieci Polskie do kraju z powrotem. Włożył w to niesamowity trud i wiele pracy i praktycznie poświęcił swoje życie.

Anna Malinowska opisuje historie wielu dzieci. Smutne jest to, że praktycznie żadna z nich nie jest historią z jakimś optymistycznym zakończeniem. Bywało, że po wielu, wielu latach syn spotykał matkę i ... nie umieli się dogadać.
Nawet jeśli dorośli już teraz ludzie założyli własne rodziny, przez całe życie towarzyszyło im poczucie niepewności, często nieumiejętność pokazania własnych uczuć najbliższym.

Niektóre dzieci pamiętały co nieco z przeszłości, własne rodziny. Inne jednak nie i dla nich często bywało szokiem, gdy okazywało się, że nie, nie niemiecka rodzina jest tą, która jest rodziną biologiczną. Dzieci te więc po raz kolejny zostawały przeniesione na nowe miejsce, w nowe środowisko. Które z kolei, traktowało je jak wrogów. Bowiem wszystkie one praktycznie po powrocie do Polski nie umiały języka ojczystego, mówiły jedynie po niemiecku i dla Polaków były Niemcami.

Niełatwe są to historie i lektura ciężka ogromnie, ale uważam, że to jedna z tych książek, które musiałam przeczytać i nie, nie żałuję ani chwili z lektury. 
Pozostawiła mnie ona natomiast z mnogością pytań, na które nie ma sensownych odpowiedzi. 
Jak to możliwe, że człowiek człowiekowi jest aż tak wrogi. Jak można dzieci traktować jak towar?
Czy w przypadku, w którym rodziny niemieckie były dla dzieci dobre (a bardzo dużo takich przypadków było) a rodzina dziecka w Polsce nie zajęła się nim i czekała je poniewierka po domach dziecka czy dalszej rodzinie, która przerzucała sobie dziecko jak niechciany pakunek, nie byłoby większym sensem zostawić dzieci w rodzinach, w których były szczęśliwe i przekonane, że to są ich mama, tata a często i rodzeństwo?
Czy da się żyć nie wiedząc wiele o swoich korzeniach, mając białą, czystą kartę z przeszłości? Jak w ogóle da się żyć z takim brakiem wiedzy i świadomości na własny temat?

Cieszę się też, że książka ta na swój sposób jest hołdem złożonym prawnikowi Hrabarowi, który jak pisałam, całe swe życie poświęcił na sprowadzanie dzieci do ich ojczyzny. Myślę, że to taka trochę zapomniana postać, o której przypomniała nam w swojej książce właśnie Anna Malinowska.

W książce znajdziemy też współczesne fotografie (i nie tylko współczesne) dzieci, już dorosłych, o których są opowieści. Jest też solidna bibliografia. 

Moja ocena to 5.5 / 6 

niedziela, 22 stycznia 2017

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożył Jan Kraśko.
Tytuł oryginalny "Night School".

Szczerze, to wolę książki z serii o Jacku Reacherze, w których Jack Reacher "sprząta" świat w Ameryce a nie, jak to nazywam, na gościnnych występach.

Nie inaczej było i w tej książce, która chociaż nie jest zła ale też nie wciągnęła mnie aż tak jak chociażby czytana rok temu "Zmuś mnie", o której pisałam w tym wpisie.

Tym razem cofamy się w czasie i poznajemy historię Reachera z roku 1996. Jack otrzymuje medal a chwilę po jego otrzymaniu zostaje wysłany do szkoły. Jak się szybko orientujemy, ze szkołą nie ma to nic wspólnego a jeśli już, to ze szkołą życia.
W tej części w Ameryce akcja książki nie będzie się działa zbyt długo, szybko przeniesie się do Niemiec, do Hamburga. To portowe miasto przyciąga do siebie wszelkiej maści podejrzanych gości. Nie inaczej będzie tym razem ,a celem i zadaniem Jacka Reachera stanie się rozwiązanie podejrzanej przyszłej transakcji. Jacyś źli ludzie od innych złych ludzi chcą nabyć coś niewiadomego. Musi to być jednak dla nich cennego gdyż są w stanie zapłacić za to cenę "stu milionów dolarów".  Jack Reacher podchodzi do sprawy ambicjonalnie i sam oferuje się, że rozwiąże zagadkę co stanowi przedmiot owej transakcji.

Nie jest to najgorsza opowieść o Jacku Reacherze ale też nie uznaję jej za najlepszą.

Trochę zaczynam się obawiać, że autor stanął niejako pod ścianą. Jack Reacher jakby nie było, ma 57 lat, i , chociaż wierzymy, że były wojskowy wciąż jest w formie i wysportowany i ma siłę na naparzanki i ratowanie świata i dobrych ludzi, niemniej jednak wiemy też, że chwila i zacznie to brzmieć co najmniej zabawnie. A co wtedy? Czy będziemy poznawali coraz więcej spraw z przeszłości Reachera? To dobre pytanie, które zadaję sobie i zastanawiam się jak z tego wybrnie Lee Child.  

Moja ocena 4.5 / 6

czwartek, 19 stycznia 2017

...Tak się złożyło, że obejrzeliśmy niemal jeden po drugim dwa filmy, których akcja dzieje się w Kosmosie i jeden niekoniecznie tamże. 
Mam na myśli "Grawitację" i 'Apollo 13".
"Grawitacja" nie ma chyba zbyt dobrych opinii ale ja aż tak bym na nią nie narzekała. Mnie się dosyć podobała ,z wyjątkiem jednego motywu, ci, którzy oglądali i czytają ten blog, będą na pewno wiedzieli, o co chodzi. Ale fajne efekty specjalne i naprawdę w sumie film spełnił swoją rolę czyli dostarczył nam rozrywki.
"Apollo 13" , tu wiedzieliśmy jakie będzie zakończenie (poczytaliśmy o całej misji w internecie) więc oglądało się na spokojnie ale sam film również nam się podobał. W ogóle mam ostatnio jakąś fazę na filmy z akcją dziejącą się w przestrzeni kosmicznej.

Trzecim filmem okazała się być "Amelia". Wszyscy wiedzą, że to mój ulubiony film i swego czasu oglądałam go bardzo dużo razy. Trochę zrobiłam przerwę i co? I okazało się ,że tęsknię za Amelią, która czyni fajne uczynki innym strapionym bliźnim. Powrót jedynie potwierdził, że tak, nic się nie zmieniło przez te lata, które upłynęły od ostatniego czasu gdy go widziałam. "Amelia" wciąż jest moim ukochanym filmem.

Z książek , mam na myśli "Egejskie marzenie" Dario Ciriello, wydane w kolekcji, którą zbieram czyli "Życie jest piękne". Na ogół przedstawione tam historie są dość przewidywalne, ktoś z jakichś tam przyczyn (właściwie zawsze tych samych :) postanawia się wynieść do któregoś z cieplejszych, śródziemnomorskich krajów i tam rozpocząć nowe życie. Na ogół (takie mam przynajmniej wrażenie), udaje się to zrealizować. Bohaterom tej opowieści czyli narratorowi i jego żonie , Lindzie, nie udało się. Wynieśli się do Grecji, chyba zbyt szybko byli optymistyczni i postawili niepotrzebnie wszystko na jedną kartę. Trafili do Grecji nieco przed wybuchem kryzysu ale pokonał ich nie kryzys a biurokracja, niechęć do sensownych działań urzędników, korupcja, donosy. I nie, w tym przypadku naprawdę nie wygląda na to, że bohaterowie mieli skłonność do czarnowidztwa. Oni po prostu chcieli wszystko załatwić zgodnie z prawem czyli mieć prawo pobytu w kraju i możliwość podjęcia tym samym legalnej działalności gospodarczej.
Nie wyszło i szczerze, to bardzo szybko czytając zaczynamy orientować się, że tym razem opowieść nie będzie z mega happy endem. Cóż, może potrzebne są i takie historie, w ramach kubła zimnej wody na zbyt rozgorączkowane marzeniami głowy.
Jedyne, co im się tam udało, to znajomości. Dario i Linda mieli wokół siebie wielu naprawdę serdecznych ludzi. Zdaje się jednak, że podsumować tę książkę można tak "Uważaj o czym marzysz i swoje marzenia realizuj roztropnie". Nie jest to może najambitniejsza książka na świecie (zresztą trudno się spodziewać nie wiadomo czego po książce o takiej tematyce) ale czytało mi się ją dość dobrze i z zainteresowaniem tym większym, że wreszcie coś trochę innego w tym nurcie. 

 

niedziela, 15 stycznia 2017

Wydana w Wydawnictwie ISKRY.  Warszawa (2016). Ebook.

Mam wznowienie tej książki bo pierwsze jej wydanie z tego, co się orientuję, parę lat temu się okazało.
Bardzo to przyjemna lektura. O czym? Ano właśnie o czytaniu. O byciu czytelnikiem. O książkach.

Wcześniej czytałam "Moją historię czytania" Alberto Manguela, książkę, którą często przywołuje w swojej własnej Justyna Sobolewska. Również to przyjemna lektura, którą polecam tym, którzy jej nie znają.

Trudno opisać tę książkę ale wiem, że na pewno każdy, kto uwielbia czytać, odnajdzie w niej samego siebie jako czytelnika, z jego radościami i wątpliwościami , grzeszkami czytelnika czy irytacjami.

Każdy rozdział traktuje o czymś innym, mnie zainteresował chyba najbardziej ten o ebookach (chyba nie do końca podzielam każdą opinię ) i o okładkach książek (o których to można by napisać całe prace:)).
Ale , jak mówię, każdy rozdział jest ciekawy i w każdym można odnaleźć coś interesującego dla siebie samego.

Chociaż nie stawia tej tezy wprost, mam wrażenie, że autorka podświadomie kusi się o przekonanie , że miłość do książek wynosi się z domu, gdzie się czytało. Chociaż ja osobiście jestem potwierdzeniem tej tezy to wiem , że (chyba szczęśliwie) nie do końca tak jest.

Moja ocena to 5.5 / 6 

 

..WOŚP.

Od zawsze jesteśmy "z", najpierw, co logiczne, na własne konto, odkąd się znamy, już razem. Kiedyś tu już pisałam, że w 1999 roku pojawiliśmy się w ówczesnych wiadomościach na pierwszym miejscu :) mówiąc o tym, dlaczego WOŚP wspieramy. Nie mieliśmy pojęcia, że w jakiś sposób "wspieraliśmy" też nie tylko "obce" dzieci ale swoje własne, w przyszłości. Emilki życie dwanaście lat później ratowano właśnie z pomocą sprzętu WOŚP i dlatego też jestem wdzięczna wszystkim tym, którzy mają serce do tej akcji i wpłacają. Tak, również dzięki Wam nasze pierwsze Dziecko żyło dłużej niż pewnie by żyło gdyby nie ten sprzęt. 

Ci więcej mogę powiedzieć? Ponieważ nieprzyjemna atmosfera wokół tej akcji z roku na rok gęstnieje a ja nie zamierzam stawać po stronie tych, którzy ją opluwają, a wiem, że ci, którzy są na "nie" - na "tak" nigdy się nie staną , więc zwracam się do tych, którzy są "za", dziękuję, że Jesteście i bądźmy silni razem. Nie takie rzeczy się przetrwało, to wiem z własnego doświadczenia.

Zaraz poszukamy kogoś z puszką i czerwonymi serduchami do nalepienia a jeśli nie znajdę to oczywiście wpłacimy internetowo :)  

czwartek, 12 stycznia 2017

Wisława Szymborska i Kornel Filipowicz.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2016).

Ta dwójka znała się wcześniej ale ich związek był związkiem dojrzałych już ludzi.
Dwójki ludzi niezależnych, którzy pomimo długoletniego związku nigdy nie wzięli ślubu a także ze sobą nie zamieszkali.
I oto  w książce tej mamy zbiór ich listów pisanych przez lat niemal dwadzieścia (1966-1985).
Jak wspomniałam, dwójka to była niezależna, lubiąca spędzać czas razem ale i osobno. I z tej ich osobności wynikła obfita korespondencja.
Myliłby się jednak ktoś, kto sądzi, że poetka (przyszła przecież Noblistka) i prozaik wymieniali w listach refleksje natury literacko intelektualnej. Listy te są listami dwójki bardzo kochających się osób, które nawzajem obdarzają się uczuciem. Miłości, zatroskania, tkliwości. Nie są to namiętne erotyki ale listy o zwyczajnym życiu, z których jednak przebija zawsze uczucie i troska o partnera.
Nie brak w tych listach oczywiście rozmów na tematy dotyczące ich zajęcia literackiego. Ale są też i opisy wypraw na ryby, które to wyprawy były pasją Filipowicza, i opis życia sanatoryjnego, które to przypadło w nadmiarze aż w pewnym czasie Szymborskiej. Są tu też zwykłe troski o sprawy codzienne takie jak to, że przyszedł pod nieobecność Szymborskiej rachunek za telefon, który Filipowicz obiecuje zapłacić jak zwykle czy też uwagi dotyczące braków w sklepach lub zakupów.

Bardzo to ładna korespondencja okraszona zabawnymi kartkami i komentarzami Wisławy Szymborskiej.

Szkoda, że żyjemy w erze emaili i smsów (lub internetowych czatów). Być może coraz mniej będzie tym samym okazji do tego aby wyczytać słowa piękne i wzruszające (zapożyczone zresztą do tytuły tej korespondencji), jakie w roku 1968 śle do Kornela Filipowicza Wisława Szymborska. Cytuję "Kornelu Kochany! Najlepiej w życiu ma twój kot, bo jest przy Tobie".

Moja ocena to 5.5 / 6 

wtorek, 10 stycznia 2017

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook. Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Skusiłam się na to powodowana chęcią przeczytania czegoś lżejszego a opis dokładnie coś takiego sugerował. I w sumie, tak właśnie było (bez końcówki, a właściwie jednego z końcowych fragmentów książki, w którym nikomu nie jest do śmiechu).
Klimat tej książki przypominał odrobinę klimat książek Joanny Chmielewskiej czyli, kryminał na wesoło.
Co mi się w nim podobało to umiejscowienie akcji książki w małej miejscowości. Nie w wielkim mieście a w małej Złotoryi i Legnicy. Paulina Bożyk, główna bohaterka, już w początku książki dowiaduje się, że jej były mąż popełnił samobójstwo. W sumie, nie powinno jej to zbytnio interesować bowiem mąż nie potraktował jej najlepiej, zwłaszcza, gdy przyszło jej się zmierzyć z poważną chorobą. Ale tak jej nie pasuje wersja z jej byłym mężem, który odebrałby sobie życie, że postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Nie sama jednak. W śledztwo bowiem stopniowo włączy praktycznie wszystkich członków rodziny. A rodzinę Paulina ma ciekawą i fajną więc będzie się działo. Do tego, co w sumie nie zaskakuje, w życiu miłej kobiety pojawi się policjant. Najpierw służbowo a potem coraz mniej służbowo:)

Do tego, jak wspomniałam powyżej, jest sporo poczucia humoru. Być może, zastrzegam, że tak pewnie jest, humor nie jest zawsze tym najwyższych lotów i gagi sytuacyjne zdarzające się bohaterce nie zawsze są zaskakujące czy też może nawet po prostu, są jakby dość wtórne, ale muszę powiedzieć, że czytało mi się ją dość dobrze. I najwyraźniej miałam potrzebę czegoś dość lekkiego bo całkiem sporo razy po prostu się śmiałam a o to przecież chodzi.
Jak pisałam, końcówka książki nagle zmienia klimat z dość wesołego (pomimo samobójstwa?) na poważniejszy ale zakończenie jest optymistyczne i można nawet pokusić się o to, że jest happy end.

Moja ocena 4 / 6 

poniedziałek, 09 stycznia 2017

...co obejrzałam, co czytam w minionym czasie . 
Zaczęliśmy (korzystając z wolnych dni) cieszyć się prezentami świątecznymi. Ja w tym roku zażyczyłam sobie od Mikołaja pakiet Kevina. Tak tak, ja, taka miłośniczka Świąt Bożego Narodzenia, a nie widziałam do tej pory Kevina :) Zawsze jakieś fragmenty i to raczej z powtórek (bo w Wigilię TV jeśli kiedyś była włączona to raczej do wczesnego południa a niekoniecznie o 20.00). Na razie obejrzeliśmy "Kevina samego w domu", podobał nam się. Zaczęliśmy "Kevin sam w Nowym Jorku" i jak na razie to nie wiem o dziwo, czy nie podoba nam się bardziej niż pierwsza część. Ja przynajmniej częściej się śmieję.
Natomiast widzieliśmy też prezent dla P. czyli "Star Trek. W nieznane". Podobał nam się.
Czytam teraz prezent na Nowy Rok, który miał być na Święta ale na Nowy Rok jest jeszcze milszy. A ta lektura to korespondencja pomiędzy Wisławą Szymborską i Kornelem Filipowiczem. Bardzo dobra lektura.

 

| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...