Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
sobota, 08 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak. 

Tytuł oryginalny Le temps vole.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

"Czas ukradziony" to przyjemna książka z gatunku lekkiego czytadełka, w sam raz na wakacyjny czas. Nie będzie tu zwrotów akcji a nawet muszę powiedzieć, że mam małe zarzuty co do przewidywalności tej książki ale odpuszczam w danej chwili bo miałam ochotę na coś właśnie lżejszego co kończy się dobrze i o czym wiem, że nie będę się denerwować podczas lektury. 

Młoda nauczycielka, Flavie, mieszkająca w Bretanii wiedzie spokojne życie. Niedaleko mieszka jej ojciec, prowadzący sklep z antykami. Flavie mieszka sama, spotyka się z przyjaciółkami , z którymi łączy ją pasja robótek ręcznych, a w wolnym czasie pisze do szuflady powieści dla kobiet. 
I oto pewnego dnia otrzymuje list. List nie jest jednak kierowany do niej i niestety, można powiedzieć, że mocno spóźniony bo ponad czterdzieści lat. List zaadresowany jest do Amelie Lacombe. Oczywiście można by odłożyć list z westchnieniem i komentarzem na temat działania poczty i opieszałości tej instytucji ale Flavie może niezbyt elegancko ale czyta korespondencję skierowaną nie do niej. I nagle, pod wpływem impulsu, rady taty, któremu o wszystkim opowiedziała i chyba poczucia, że do niej nikt nigdy tak pięknych listów nie pisał i nikt aż tak jej nie kochał, postanawia odnaleźć zarówno nadawcę jak i adresatkę listu. Zobaczyć, jak potoczyły się losy obojga. 

Flavie staje się więc posłannikiem dobrych wiadomości a może i swoistego rodzaju Kupidynką ;) tak czy inaczej, zaczyna działanie. Rozpoczyna prywatne śledztwo, które prowadzi ją do nadawcy listu, Erwana. Ten ponad sześćdziesięcioletni mężczyzna mieszka teraz w innej części kraju. Flavie dociera do niego. Okazuje się, że spotka nie tylko sympatycznego człowieka, któremu pomoże w zrealizowaniu planu życia ale i spotka jego wychowanka, który okaże się sympatycznym i przystojnym młodym mężczyzną, w dodatku wolnym :) 
Dalej jest jak pisałam dość przewidywalnie co nie przeszkadzało mi mieć udanej lektury bo miałam ochotę na powodzenie całego przedsięwzięcia zainicjowanego przez Flavie. Która to dodatkowo postanawia całą historię owej przerwanej miłości opisać w książce.

Podsumowując, ładna opowieść o miłości, której nie udało się rozwinąć w swoim czasie tylko dlatego, że zabrakło pozytywnych zbiegów okoliczności, jakby los chciał ukarać dwójkę młodych ludzi za to, że się kochali. Z pouczeniem aby sprawy ważne brać w swoje ręce w sposób bardzo poważny i aby nie zdawać się na pewno w kwestiach istotnych na instytucje takie jak poczta :P

Moja ocena to 4.5 / 6.

środa, 05 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Wielka Litera. Warszawa (2013). Ebook.

Dzisiaj nie będzie miło i sympatycznie bo dziś będę krytykować. Jeśli więc ktoś liczył na moje zachwyty to w tym przypadku ich się nie doczeka. Obiecałam sobie solennie robić jednak porządniejszy "wywiad" w przypadku nabywaniu książek w tak zwane "ciemno". Nie wystarczy, że zdanie jednej znajomej blogowiczki było pozytywne. Gdybym poszukała intensywniej przeczytałabym krytykę i w innych miejscach i zwyczajnie wiedziała, że nie jest to książka dla mnie. 

Jak wspomniałam, w lecie lubię sobie poczytać coś lżejszego, właśnie o innych miejscach, krajach, podróżach innych osób po nich albo o kimś kto osiadł w danym miejscu. I dlatego przy okazji faktu, że ukazała się trzecia część opowieści autorki tej serii nabyłam w jakiejś niższej cenie ebook części pierwszej. I to nie była najlepsza decyzja. Książkę, przyznam się, głównie przemordowałam. Przemęczyłam jak kto woli. I od razu uprzedzam ewentualne zarzuty (nie wyrażę się "ataki" bo przecież ludzie czytający książki są uprzejmi , mili i wyrażają się przynajmniej grzecznie jeśli nie uprzejmie :P ). Tak, mogłam ją odłożyć i narzekać bez skończenia. Ale. Ci, którzy mnie znają wiedzą jedno. Jeśli chcę na coś narzekać to uczciwie doczytuję książkę do końca czy oglądam film do końca. I nie dzieje się tak bynajmniej z powodu nadziei moich na jakąkolwiek poprawę w dalszej części, nie nie. Jeśli coś jest złe do połowy albo i dłużej nie zdarzy się cud, który to poprawi. Ale uważam, że uczciwością z mojej strony zwłaszcza jeśli zamierzam skrytykować coś jest przeczytanie tego w całości. 

Przejdę już do samej książki. Nie wiem co to miało być. Czy książka z nurtu "osiadłam w innym miejscu"? Czy raczej chick lit osadzona akurat w takich a nie innych okolicznościach i miejscu (zwłaszcza, że sama autorka spędziła dłuższy czas na Majorce więc zna realia). No więc zapewne jednak chick lit a moja wina jest taka, że dałam się omamić okładką i opisem na okładce i miałam nadzieję, że będę miała przyjemną i lekką opowieść o początkach życia samotnej matki na Majorce. A otrzymałam coś na kształt opisu życia Nowych Rosjan połączonego z Bridget Jones. Hm. No, niestety, nie moje klimaty. Miało być lekko, było jak dla mnie ciężko i niezbyt strawnie. Miałam nadzieję, że się chociaż pośmieję, pal sześć, że z niewybrednych dowcipów. Niestety, styl pisania, język (chwilami nawet wulgarny lub aż nadto kolokwialny) powodował, że nie zaśmiałam się ani razu , za to zżymałam aż nadto. 
Rozmawiałam wczoraj z zaprzyjaźnioną panią z księgarni, która stwierdziła, że bywały osoby, którym ta majorkańska historia przypadła do gustu. No i świetnie. 

Magda Blum trzydziestopięcioletnia kobieta po rozwodzie i po rozstaniu z niedoszłym drugim mężem samotnie wychowuje dziesięcioletniego syna Michała. Z przyczyn rozmaitych podejmuje decyzję o przeniesieniu się na Majorkę. Tam rozpoczyna nowe życie i trwoni topniejące oszczędności na kompulsywne nabywanie wciąż nowych par butów (serio, ten nałóg bohaterki zahaczał już o duży problem, pewnie znów miało być zabawnie ale nie było). Galeria postaci, które zna lub które dopiero pozna zapewne miała być barwna. No i owszem, charaktery są rozmaite ale najczęściej niezbyt przyjemne. Jedyne, co mnie bawiło to opis bogaczy zamieszkujących Majorkę i ich "perypetie pierwszego świata" ale i to jak mówię, kojarzyło mi się z parę razy czytanymi satyrami bądź nie na życie Nowych Rosjan. Tu "Nowi Rosjanie" byli po prostu zbieraniną bogaczy z Europy, którzy na Majorce z różnych powodów egzystują w taki czy inny sposób, często ukrywając się czy to przed ludźmi czy rozmaitymi instytucjami.

Sama Magda nie wzbudziła mojej sympatii, irytowała mnie ogromnie, podobnie jak jej przyjaciółeczki. Z jednej strony autorka starała się kreować swoją bohaterkę na oddaną mamunię ale z drugiej strony jakoś poza suchymi stwierdzeniami mamuni (narracja jest pierwszoosobowa) jak to tęskni za synem, nic specjalnego nie wyczytałam. Ot, zwykłe traktowanie dziecka, po prostu wychowanie, które się dziecku nieletniemu należy. Miłości matczynej tam jednak nie widziałam, na szczęście nie jest to też opis żadnej patologii. Ot pani woli snuć się na spacerach z przyjacielem i obgadywać wszystkich. Jak również bywać na party , korzystać z alkoholu i nie wzgardzać również innymi używkami.

Moja ocena to 2 / 6.

wtorek, 04 lipca 2017

...kupowało się kasety (tak, to pamiętają dinozaury) a jeszcze potem płyty. Teraz muzyki słuchamy z kanałów? strumieni? wiemy o co chodzi. Subskrybujemy, płacimy, mamy w domu muzykę legalnie. I wszystko fajnie. ALE. Ten pęd do techniki i nowoczesności, pozbawił nas, co sobie jakoś dzisiaj niesamowicie silnie uświadomiłam, gdy P. "odpalił" muzykę Sam Philips, możliwości podarowania komuś prezentu w postaci płyty. Do dziś pamiętam jaką wielką radość sprawiła mi płyta Sam Philips właśnie, przysłana mi z Londynu przez Monoli...To samo z filmami zresztą, kiedyś kupowaliśmy sobie płyty z filmem jako prezenty i w ten sposób płacąc za "usługi strumieniowe" czy jak to się zwie, pozbawiliśmy się poniekąd możliwości podarowania sobie wymarzonej przez drugą osobę płyty czy filmu. Po co komu płyta skoro ma ją zapłaconą i może odsłuchać kiedy chce? 
Ech, to sobie pomarudziłam. 

poniedziałek, 03 lipca 2017

Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Po przerwie powróciłam do Jagodna. Małej miejscowości pod Kielcami, w której byłam już po raz piąty. Ten cykl autorstwa Karoliny Wilczyńskiej uważam za bardzo udany i każda z części warta jest przeczytania bo niby wszystkie dotyczą Tamary, jej nastoletniej córki Marysi i Babci Róży ale są też pozostali bohaterowie, których losy nas interesują i których przeżyciami przejmujemy się. Nie jest też monotonnie bo w każdej części pojawiają się nowi bohaterowie. Jest przede wszystkim Babcia Róża, która na wszystkie zmartwienia ma radę. A jeśli nie ma, to przynajmniej zaoferuje człowiekowi swój czas i wysłucha przy herbacie zaparzonej specjalnie dla drugiej osoby. 

Wiem, że są osoby, które temu cyklowi mogą zarzucić to, że w rezultacie wszystko na ogół kończy się tu dobrze, że ludzie przedstawieni tu są dobrzy, wspierający się. Że nie ma tak, że ktoś ze swoimi zmartwieniami pozostaje sam i wpada w głąb depresji. Może i tak jest. Rzeczywiście, na ogół wszystko układa się przynajmniej pozytywnie jeśli nie bardzo dobrze. Ludzie faktycznie są otwarci na innych, serdeczni, po prostu dobrzy. Ja potrzebuję takich ciepłych opowieści, nie wiem, być może w opozycji do otaczającego świata, tego co na co dzień czytam w wiadomościach w internecie czy tego, co czytam w komentarzach do nich. Jeśli ktoś nie ma takiej potrzeby, przecież nie musi czytać.

Nie jest też tak, że Karolina Wilczyńska boi się poruszać jakieś trudniejsze tematy. Miłośnicy książek tej autorki doskonale wiedzą, że tak nie jest. I w tej części znajdzie się motyw dla mnie szczególnie trudny a nawet powiedziałabym, że ciężki. Jednak jak to jest, że Wilczyńska potrafi napisać o tym w sposób, który nie powoduje rozdrapywania ran ale raczej refleksje i spokojne myśli nad tematem. Czytając cykl o Jagodnie mam wrażenie, że przebywam wśród bohaterów książki, że rozmawiam z tam opisanymi ludźmi. Wszyscy tu są ludzcy , mają takie czy inne zalety ale i wady ale nie ma wśród nich ani nadmiernie czarnych charakterów ani też stąpających po ziemi ideałów. 

"Życie jak malowane" niektóre wątki ma pozamykane ale jest kilka, które według mnie doczekają się kontynuacji w części następnej. Co jak mam nadzieję, stanie się bo zainteresowała mnie sprawa Majki instruktorki pływania lub też co będzie z Marzeną.

Myślę, że stałych miłośników Cyklu o Jagodnie do lektury w ogóle nie muszę namawiać. Ja osobiście muszę powiedzieć, że pomimo tego ciężkiego motywu, o którym wspomniałam, tę część czytało mi się chyba nawet lepiej niż poprzednią. Mam ochotę na kolejną aby dowiedzieć się jak rozwiąże się parę spraw a od Autorki wiem, że kontynuacja będzie więc liczę na interesujące pozamykanie motywów i spraw.

Moja ocena to 6 / 6.

sobota, 01 lipca 2017

...czyli - co czytamy podczas wakacji?
Macie swoje ulubione wakacyjne "pewniaki" czy też raczej czytacie coś nowego ? I w końcu, może jakieś ulubione gatunki czytacie właśnie w letni, z założenia nieco lżejszy czas? A może nie, może pora roku czy czas nie grają dla Was roli?
Ja zauważyłam, że od zawsze w wakacje lubię sięgać po kryminały. Teraz czytam dużo mniej kryminałów niż do tej pory ale wcześniej właściwie zawsze podczas wakacji były książki kryminalne, sporo Agathy Christie na przykład. Uwielbiam też czytać książki o cudzych podróżach, niekoniecznie wcale muszą one być egzotyczne bardzo ale jeśli są , nie mam zastrzeżeń. Lubię gdy jakieś przyjemne miasto bądź region gra rolę na równi z bohaterami książki. 

To co, polecimy sobie jakieś książki na lato? Będzie mi miło jeśli stworzymy "wakacyjną listę przebojów książkowych".

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Przez parę ostatnich dni odbyłam wspaniałą podróż po Rzymie. Czy wyjeżdżałam ? A skąd. To podróż książkowa, którą odbyłam za sprawą "Księżyca nad Rzymem" Magdaleny Giedrojć.

Muszę powiedzieć, że zupełnie niespodziewanie (skusiłam się tym Rzymem w tytule ) przeczytałam jedną z najlepszych książek tego półrocza! 
Laura to trzydziestopięcioletnia kobieta, która spędza półroczny staż w Rzymie. Jej droga zawodowa jest pełna zmian. Laura wciąż szuka miejsca, w którym chciałaby pracować. Ma za sobą zarówno pracę nauczycielską jak i w muzeum. W Rzymie podnajmuje pokój na poddaszu u starszych pań, sióstr. Poznaje nowych ludzi, wchodzi w nowe środowisko, jak również z przyczyn skomplikowanych losów jej rodziny, poznaje nowych członków własnej rodziny mieszkających we Włoszech. Wśród nowych znajomych będą też mężczyźni, z których to jeden stanie się z dnia na dzień coraz bliższy głównej bohaterce.

Nie wiem, czy włoski gen w rodzinie czy też upodobanie indywidualne ale Laura odkrywa, jak bardzo dobrze i szczęśliwie żyje się jej w Rzymie. Owszem, ma świadomość tego , że sielanka nigdzie nie trwa wiecznie i że również w tym mieście jest wiele problemów ale od dłuższego czasu czuje, że Rzym to "jej miejsce na ziemi". 

Laura budziła moją sympatię. Z rozmaitych powodów. Wydawała mi się świetnie "napisana". Prawdziwie. Z jej błędami jakie popełniała. Z wątpliwościami jakie nią targały. Z tym poczuciem niepewności i niemożności zdecydowania się na to jaką tak naprawdę drogę zawodową ma wybrać.

Przy tym wszystkim rozumiałam ją w stu procentach podczas jej zachwytów nad miastem, nad obserwowanymi w nim ludźmi, nad krajobrazami, a przede wszystkim - nad sztuką. Jej wizyta w Galerii Borghese, która zaowocowała potem czymś więcej niż tylko zachwytem nad sztuką, odmalowana została jako bardzo prawdziwa dla każdego kogo zachwyca w życiu właśnie rzeźba, malarstwo, ogólnie pojęta sztuka. 

Książka napisana jest bardzo ładnym stylem, poprawną polszczyzną i również z tego powodu czyta się ją wyśmienicie. To taka moja prywatna uczta literacka, perełki słów nanizane na sznur, z którego powstała istna kolia. Może się wyrażam zbyt górnolotnie ale naprawdę ta książka mnie zachwyciła.

Co również mnie ucieszyło to w przeciwieństwie do wielu książek, w których pada nazwa miasta bądź regionu ale nic więcej w treści za tym nie idzie, w "Księżycu nad Rzymem" (któremu tak lubi przyglądać się Laura wieczorami na tarasie swojego pokoju) miasto Rzym odgrywa rolę równorzędnego bohatera. Napiszę tak, dla osoby, która była w tym mieście i która je lubi, jest to niewątpliwie dodatkowa zaleta i wspaniałość tej książki. 

Odbyłam dzięki niej podróż nie tylko po mieście ale i po meandrach ludzkich uczuć i zachowań. W sposobie patrzenia na sztukę Polki odnalazłam swoje własne prywatne zachwyty i spostrzeżenia. Również w sposobie patrzenia na świat i ludzi.
Opisane przez autorkę postaci również mnie zainteresowały, każda z nich wydawała się prawdziwa i ludzka. Możliwa do spotkania, niekoniecznie oczywiście w Rzymie.

Ta piękna i subtelna książka jest jak dzieło sztuki, które można oglądać i cieszyć się nim wciąż i na nowo. Cieszę się, że przypadkowe sięgnięcie po tę lekturę okazało się tak miłą niespodzianką. 

Moja ocena to 6.5 / 6.

czwartek, 29 czerwca 2017

Wydana w Wydawnictwie Publicat. Poznań (2017).

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

O poprzedniej książce, w której poznajemy losy Łucji i Hugona pisałam w tym wpisie.

Tamta część pozostawiła mnie w niejakim niedosycie czytelniczym. Ciekawa byłam jak potoczą się losy głównych bohaterów a przede wszystkim czy będzie szczęśliwe zakończenie tej nietypowej historii ni to miłosnej ni to niekoniecznie takowej.
Teraz dla tych, którzy chcą czytać "Bilet do szczęścia". Może niech dalej nie czytają bo zamierzam zdradzić wiele w treści książki.

A mianowicie między innymi to, że tak, będzie tak oczekiwane przeze mnie szczęśliwe zakończenie tej historii. (O czym przekonałam się kiedy zaczęłam lekturę od zapuszczenia żurawia na ostatnie strony książki i od razu uspokojona czytałam sobie całość:P). Tak więc poznamy kontynuację losów Łucji i Hugona. W tej części zostaną rodzicami małej Marysi. Ale to nie jedyne doświadczenie, które postawi przed nimi los. 

Mogłabym się pokusić o stwierdzenie, że zarówno "Konkurs na żonę" jak i "Bilet do szczęścia" to lekka historia miłosna. I faktycznie , po trochu taka jest ale to nie tylko romans ze szczęśliwym zakończeniem. To także, co dla mnie ważne, opowieść o tym, jak ważne w naszym życiu jest to abyśmy umieli wybaczać. Trwanie w takim zapiekłym poczuciu złości do kogoś, nieumiejętność przebaczenia mu i wyciągnięcia dłoni na zgodę, to wszystko sprawia,że jedynie taka osoba jest nieszczęśliwa , a niekoniecznie ta, której się nie wybacza (chociaż ona również, oczywiście).

W "Bilecie do szczęścia" Łucja wybaczy swojemu mężowi. Ale również jej mąż , Hugon, wybaczy a a przynajmniej spróbuje dać drugą szansę swojemu ojcu, którego tak naprawdę przez większość dotychczasowego życia nie miał i nie znał. 

Poczucie ulgi, które ułatwia życie i które sprawia, że można iść naprzód bez obciążenia, to według mnie ciekawy poruszony przez autorkę aspekt. A że podany w miłej historii, która dobrze się skończyła? A dlaczego by w sumie nie? Przyznaję się, że ostatnio mam ochotę na tego typu zakończenia czytanych przeze mnie książek. 

Łucja i Hugon mają będą więc wiedli  życie pełne wydarzeń i niespodzianek wraz ze swoją córeczką Marysią i bliższymi i dalszymi członkami rodziny. Niektórych z tych członków będą mieli okazję dopiero poznać i chyba dobrze, że dali sobie ku temu szansę i okazję. 

Co mnie ujęło w wysyłce książki do mnie to zielona koperta dołączona do książki z moim własnym, prywatnym "Biletem do szczęścia". Ujęło mnie to bardzo bo może to i drobny gest a jakże przyjemny, od razu poprawił mi się humor. 

Poza tym nieustająco pozostaję pod wrażeniem przyjemnej okładki zaprojektowanej ponownie przez panią Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz. 

Moja ocena to 5 / 6.

wtorek, 27 czerwca 2017

Wydana w Wydawnictwie Szara Godzina. Katowice (2017). 

Książkę tę otrzymałam od jednej z najbardziej życzliwych Autorek jaką "poznałam" czyli pani Anny Sakowicz. Otrzymałam ją wraz z osobistą dedykacją co według mnie dodaje książce niezwykłej wartości, przynajmniej dla mnie, jako czytelniczki.

"Już nie uciekam" to ostatnia część Trylogii Kociewskiej. Poprzednio czytałam dwie inne książki Pani Anny, Jej debiut (wznowiony) , którym jest zbiór opowiadań pod tytułem "Żółta tabletka plus" i "Niedomówienia". Teraz sięgnęłam po tę i ta podobała mi się najbardziej. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać bez znajomości poprzednich części (to według mnie dość istotne kiedy się zacznie od książki innej niż pierwsza w danym cyklu).

Muszę powiedzieć, że bardzo polubiłam główną bohaterkę, Joannę. Domyślałam się, a i na końcu sama Autorka o tym wspomina, że Asia otrzymała sporo z charakteru czy wydarzeń z życia samej Anny Sakowicz. 

Joanna przenosi się bowiem do Starogardu Gdańskiego, w którym mieszka z ciocią. Jest w poważnym związku , jej córka uczy się i nie przysparza mamie zmartwień. Asia jest w przededniu otwarcia własnej kawiarni a przy tym działa jako wolontariuszka w Hospicjum dziecięcym (przyznaję, że te fragmenty czytało mi się bardzo trudno).

Asia jest fajną kobietą i przyznam, że chętnie miałabym taką przyjaciółkę bo jest osobą, która kiedy trzeba służy swoim czasem i pomocą. Kiedy potrzeba rozśmieszy, kiedy potrzeba wysłucha. Asia po prostu lubi ludzi i nie umie przejść obojętnie wobec kogoś kto pomocy potrzebuje. A przy tym ma poczucie humoru i potrafi po prostu być również zabawna.


Wydaje się też, że nareszcie jest w takim punkcie swojego życia, że może już trochę "przysiąść", odpocząć. Spełniają się jej plany zawodowe i osobiste. Ale gdzie tam? Jej życie najwyraźniej musi być wciąż pełne wydarzeń niesamowitych, zabawnych, poważnych czy wręcz smutnych. Najwyraźniej jednak bohaterki przeciwności nie załamują a może wręcz dodają jej hartu ducha. Tak czy inaczej, radzi sobie jak może i nawet porażki po czasie okazuje się, że umie przekuć w sukces. 

Zainteresował mnie fragment Polski, który w tej książce jest wspominany i jest również jakby nie było , swoistego rodzaju jej "bohaterem". A mianowicie Kociewie. Chyba nigdy nie odwiedziłam żadnego z miast położonego w nim a szkoda bo wydaje się być interesujący. Może to pomysł na turystykę literacką czyli "po Kociewiu śladami bohaterki Trylogii Kociewskiej"? 

Bardzo mi się ta książka podobała i z wielką przyjemnością daję jej ocenę 5.5 / 6. 

 

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Mariusz Urbanek. 


Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2017). Ebook.


Jak wiedzą ci, którzy mój blog w miarę regularnie czytają, lubię biografie napisane przez Mariusza Urbanka. Według mnie to jedno z tych nazwisk , które gwarantuje solidnie napisany życiorys, bez zbędnego upiększania ale i bez wywlekania nikomu nie potrzebnego dramatyzowania czy wywlekania brudów. Jednym słowem, co podziwiam , Mariusz Urbanek zachowuje wobec postaci ,o których pisze, obiektywizm. Dzięki temu biografie są solidne, interesujące a ponadto ani to hagiografie ani brukowiec. Do tej pory biografie czytane przeze mnie autorstwa Mariusza Urbanka ukazywały się w Wydawnictwie Iskry, ta pojawia się w Wydawnictwie Czarne. 


Jak mi się podobała biografia Makuszyńskiego ? Chyba nieco mniej od tych, które do tej pory czytałam czyli Władysława Broniewskiego, Juliana Tuwina, Jana Brzechwy. Sądzę jednak, że wynika to z tego,że postać ta chyba nie była aż tak kontrowersyjna niż na przykład Broniewski czy nie prowadziła nadmiernie ekscytującego życia. Nie wiem, takie wrażenie odnoszę po lekturze. Biografia napisana jest dobrze i na pewno nie omija ani sympatyzowania Makuszyńskiego z prawą stroną sceny politycznej przed IIWŚ ani też nie udaje, że nie potrafił odezwać się w jak to teraz nazwałoby się mało poprawnie polityczny sposób czy nie ukrywa jego niektórych wypowiedzi o Żydach. Nie znam na tyle biografii autora "Szaleństw Panny Ewy" abym mogła ocenić czy coś zostało przemilczane, z tego co się orientuję, chyba nie chociaż jak mówię, wypowiadać się jest mi trudno bo ta biografia jest właściwie jedynym opracowaniem życia Makuszyńskiego jakie czytałam. 


Życie Makuszyńskiego jak wspomniałam, nie obfitowało w jakieś wielkie zwroty losu. Na pewno dla mnie zaskoczeniem było to, że wychował się w można to nazwać , ubogich warunkach. Niemniej jednak udało się mu uzyskać wykształcenie, zdobyć pozycję redaktora a potem rozpocząć drogę literacką . Był na pewno takim pisarzem, który swoją twórczością raczej starał się pokrzepiać czytelników. Sprawiać aby to uśmiech a nie łzy pojawiały się na ich twarzach. Od zawsze wydaje się to sporą sztuką. Według mnie napisanie wesołej książki, dobrej, która będzie sprawiała radość to duża sztuka bo łatwo otrzeć się o przesadę. Z kolei utarło się , że "dobra " książka to ta, która wyciska łzy lub przynajmniej opowiada o zdarzeniach traumatycznych. Wydaje się, że Makuszyński stawiając na śmiech zamiast łez i nadmiernych wzruszeń wygrał. Jednak to mściło się na nim po IIWŚ gdy został praktycznie zapomniany i "wymazany" z życia literackiego przez nowe władze. Komunistyczna Polska nie współpracowała najwyraźniej z jego radością i chwaleniem Drugiej Rzeczypospolitej. Mimo, że sam autor zasmakował różnego życia w tamtym czasie, najwyraźniej ojczyzna po odzyskaniu niepodległości jawiła się w jego książkach zbyt niebezpiecznie dla komunistów. 


Smutne, że jego życie i kariera tak się właśnie skończyły. Pomimo to czytelnicy pamiętali o nim i książki jego były chętnie czytane. A po śmierci Stalina wznawiana i w latach późniejszych pojawiły się przecież nawet ekranizacje jego powieści dla młodzieży. Niemniej jednak żal, że ten honorowy obywatel miasta Zakopane miał odświętny pogrzeb jedynie dzięki ludziom, którzy go kochali i szanowali a niekoniecznie dzięki działaniom ówczesnych władz. 
Taka to ironia losu, który tego piszącego ku radości czytelników autora na koniec mocno pokarał ostracyzmem i staraniem się aby o jego nazwisku nie było za głośno. 


Moja ocena to 5 / 6.

środa, 21 czerwca 2017

Podtytuł "Opowieści o rodzicielstwie bohaterów Trójkowej audycji".

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

Przeleżała się u mnie ta książka, nabyta w jakiejś z promocji (po raz kolejny powychwalam promocje na ebooki, dzięki którym nabyłam czasem dość przypadkiem świetne książki).

"Matka Polka Feministka" to książka powstała na podstawie wywiadów, rozmów, które miały miejsce podczas cyklicznych audycji Joanny Mielewczyk prowadzonych w Trójce Polskiego Radia. Obecnie Autorka w Trójce już nie pracuje. Ja przyznaję się, że audycji w Trójce nie słuchałam (Mielewczyk prowadziła tam zresztą dwie audycje) i tym bardziej chętnie sięgnęłam po tę książkę. 
Przeleżała się na półce, przyznam się. Nie wiem w sumie dlaczego. Może trochę się obawiałam, na czym może polegać idea tej książki? Nie, nie obawiałam się tytułowego feminizmu, raczej (w sumie nie wiem czemu) , że może będzie to o naszych wewnętrznych polsko-polskich swarach i niesnaskach, walkach podjazdowych, o wielepstwie (wie lepiej) i innych tam typowych polskich cechach narodowych. No i okazuje się, że powinnam wnikliwiej analizować własne zakupy bowiem otrzymałam coś zupełnie innego. A mianowicie zbiór piętnastu opracowanych wywiadów, rozmów. Rozmów o rodzicielstwie, w rozmaitych ujęciach i wymiarach. Dodatkowo - ostatni wywiad to rozmowa, podsumowanie samej autorki dotyczący zmiany w Jej i Jej rodziny - życiu.

Jak napisałam, rodzicielstwo w zbiorze tych rozmów przedstawione jest w najrozmaitszych aspektach. Najczęściej do Joanny Mielewczyk zwracały się z chęcią rozmowy kobiety , ale nie tylko. Czasem pisali emaile panowie. Czasem rozmówcę Mielewczyk poznawała dzięki poleceniu kogoś innego. 

Historie tu opowiedziane są rozmaite. Ja nie ukrywam, że mnie ogromnie poruszyły. Tak naprawdę żadna z nich nie pozostawiła mnie obojętną. Są to więc opisy rodzicielstwa, na które się nie jest gotowym poprzez takie, na które czekało się bardzo długo, aż po rodzicielstwo przyszłe czyli adopcyjne. 
Są rodzice, którzy się wzajemnie wspierają i są opowieści rodziców po rozwodach. Są rodzice w związkach i są matki, którym podczas procesu wychowania dziecka nie pomaga ojciec dziecka. 

Są opowieści o macierzyństwie chcianym, upragnionym i o tym, które nie miało się szansy spełnić. Bardzo smutna jest opowieść o żalu po tym jak jedna z kobiet w przeszłości zdecydowała się dziecka nie urodzić. I teraz żyje z przekonaniem, że ona sobie nie jest w stanie wybaczyć.

Wszystkie rozmowy są intymne a jednocześnie przeprowadzone i opracowane w tak subtelny sposób, że mamy wrażenie, że czytając słyszymy rozmówców. Niesamowite!

Mną wstrząsnęło kilka opowieści. Najbardziej, z rozmaitych powodów, opowieść o niezwykle skomplikowanej ciąży bliźniaczej, z której to żyje niestety tylko jedna z urodzonych bliźniaczek. Płakałam nad tym rozdziałem, ci, którzy mnie znają, wiedzą dobrze, dlaczego. 

Wstrząsająca (i też powodująca u mnie łzy) okazała się opowieść o tacie, który z chwili na chwilę ze szczęśliwego męża i taty oczekującego narodzin trzeciego syna stał się wdowcem z czterolatkiem, dwulatkiem i noworodkiem w szpitalu. 

Ale tak naprawdę każda z opowieści jest na swój sposób poruszająca i niezwykła. Są opowieści o rodzicach dzieci chorych , niepełnosprawnych, jest rozmowa z mamą, która z przyczyn od niej niezależnych matką stała się dopiero sporo po czterdziestce a walka jaką przeszła zanim udało się dziecko urodzić była bardzo trudna. 

Czasem człowiekowi, który przeszedł tragedię wydawać się może, że jest w mniejszości. Ja po naszych przejściach w roku 2011 starałam się tak myśleć, że to jakiś mały procent, że życie nie może tak okrutne być i pamiętam jak szokowały mnie odezwy od czasem zupełnie obcych mi ludzi, którzy odzywali się do mnie i potwierdzali, niestety to, że los potrafi być okrutny częściej niż by się chciało. 

Z dobrze napisanymi reportażami jest tak, że reportażysta, zwłaszcza gdy jego reportaż to rozmowa z drugim człowiekiem, jest niemal niewidoczny. Potrzebny jest tylko po to aby uporządkować rozmowę ale nie rzuca się w oczy, stoi skromnie z boku. Tak właśnie jest w tej książce. Dodatkowo z dobrymi reportażami czy właśnie z takimi rozmowami jest problem. Problem, że poruszą w nas emocje , niesamowite wręcz ich pokłady. Mogą się też odezwać uczucia, o istnienie których sami byśmy się w aż takim stopniu nie posądzali. 

Jak wcześniej pisałam, ostatnia rozmowa to słowa samej autorki. Joanna Mielewczyk podsumowuje swoją własną zmianę w życiu. Wyjazd za granicę. Decyzja o zamieszkaniu w Monachium zmieniła przecież życie nie całej rodziny Autorki. W tym dzieci. A o rodzicielstwie przecież ta książka, pozostają więc pytania. I te, które zadaje sobie zapewne sama Mielewczyk jak i te, które mogą w takiej sytuacji zadać Jej inni.


Co jeszcze interesujące to to, że Autorka spotyka się z bohaterami rozmów po paru latach i dowiadujemy się jak potoczyły się ich losy. 


Co dała mi ta książka? Poczucie, że jednak, co zawsze twierdzę ale lubię się w tym przekonaniu raz na jakiś czas upewnić, nie ma to, jak rozmowa z drugim człowiekiem. Że to, co jeden rozwiąże za pomocą spowiednika, inny psychoterapeuty, ktoś inny z kolei może rozwiązać z pomocą innego człowieka. Za sprawą możliwości odbycia zwykłej a może niezwykłej skoro ma tak terapeutyczne działanie, rozmowy. Rozmawiajmy więc ludzie! Nie mam tu na myśli wyciągania z siebie na siłę informacji ale zauważajmy się nawzajem. Miejmy w świadomości to, że czasem komuś innemu naprawdę jedyne, co jest w takiej czy innej sytuacji potrzebne to rozmowa. Możliwość wygadania się. 
Książka przypomniała mi też prawdę niby to oczywistą ale jednak, że dopóki komuś nie staje się krzywda, pozwólmy ludziom żyć w sposób w jaki oni sami wybrali i uznali za najwłaściwszy dla siebie.

Myślę, że sama Autorka jest bardzo odpowiednią osobą do przeprowadzania takich właśnie rozmów. Wyraźnie widać, że umie delikatnie i subtelnie poruszać się po szerokim spektrum tematów. Nie dziwi się niczemu i nie ocenia, pozostawiając ocenę tym, których dana sytuacja dotyczy.

Uznaję ten zbiór za jedną z najważniejszych książek przeczytanych przeze mnie w roku 2017 i z prawdziwą przyjemnością oznajmiam Wam, że daję jej ocenę :

6.5 / 6.

 

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...