Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
niedziela, 25 grudnia 2016

...życzę sobie (a co?) i Wam. 

Nasza Wigilia była bardzo udana.
Z racji tego, że chorujemy i ja i P. , Wigilia odbyła się u nas. Obie Mamy wystąpiły w roli zaopatrzeniowców. My oczywiście też coś mieliśmy. Ja ucieszona, bo w tym roku mój kompot z suszu został wypity co do kropelki, w przeciwieństwie do tego z zeszłego roku, który jakoś nie cieszył się powodzeniem. Może fakt dodania przeze mnie w tym roku gruszek zmienił mu smak (w zeszłym roku chciałam zostać jedynie przy kompocie ze śliwek).

Czas spędzony z Rodzicami i Dziadkami był bardzo przyjemny, taki jak powinien być właśnie świąteczny czas. Zero polityki, zero rozmów o kimś, o kim się nie chce rozmawiać. Jaś szalał z babciami, przy czym mamę P. eksploatował na całego. Ma kobieta krzepę!

Naprawdę było przyjemnie.
Wciąż mówię, że najważniejsze w tych Świętach (oprócz warstwy religijnej) jest to aby móc spędzić ten wspólny czas z najbliższymi...

Mikołaj sprawił wszystkim przyjemności i obdarował miłymi podarunkami :)

Dostałam jedną książkę, trochę więcej się spodziewałam ale podobno jednej książki, którą zamawiałam sobie, nie dało się zamówić. Nie odpuszczę i sama ją sobie zamówię :) Jak się uda, oczywiście. 

Wesołych Świąt !

środa, 21 grudnia 2016


Ponieważ jestem złożona chorobą, życzę zarówno sobie jak i Wam Zdrowych, Radosnych i Spokojnych Świąt Bożego Narodzenia.

Niech ten czas będzie dobry i miły i co piszę bardzo często w różnych miejscach , spokojny. Za oknem niepokój. Ponieważ dla mnie te Święta są istotne ze względu na aspekt duchowy, dumałam ostatnio nad tym , że tak jak wtedy Jezus narodził się w niespokojnych czasach, tak teraz obchodzę tę rocznicę w czasach również niespokojnych...Za dużo zamieszania czyni człowiek , za wiele zła i wojen chce wywołać...Oby więc spokój nam towarzyszył w tym czasie, co przecież wcale nie musi oznaczać, że czas ten będzie nudny czy smutny. Po prostu, niech nie dzieje się nic złego...

Tym, którzy tak jak ja, wierzą, życzę owoców duchowych i wzrostu wiary.
Tym, którzy nie, aby po prostu mieli dobry, spokojny czas i odpoczynek w gronie czy to rodziny czy przyjaciół.

Ja sobie i moim bliskim życzę abyśmy byli zdrowi i abyśmy za rok spotkali się w takim samym gronie... Bo z biegiem lat wiem, że tak naprawdę to to właśnie jest to, czego powinniśmy życzyć sobie rokrocznie przy świątecznym stole.

 

W Wigilię pomyślę o Was i podzielę się "wirtualnym" Opłatkiem...  

wtorek, 20 grudnia 2016

...mijającego już niebawem , roku. Jak dotąd przeczytałam 101 książek. Czyli bardzo dobrze.

W tym roku lektury były udane ale muszę powiedzieć, że nie było tak wielu ogromnych zachwytów jak w poprzednim roku.

Na pewno, to podkreślam, styczeń i luty, należeć będą do Eleny Ferrante. To nazwisko a raczej jej książki, stanowić będą moje prywatne "odkrycie". I bardzo je polecam. Dlaczego? Bo pokazały prozę mocną, dosadną, prawdziwą, mięsistą. I widać, że zdecydowanie opartą na prawdziwych wydarzeniach i życiu autorki.

Ten rok to również mój zachwyt nad prozą czeską. Odkrywam ją dla siebie i będę dalej to robić bo z tego , co widzę, jedynie jedna z czeskich książek, czytanych w tym roku (a jest nią "Świnki morskie" Ludvika Vaculika) niezbyt mi się podobała.
Na kolana rzuciła mnie ze śmiechu dwuczęściowa opowieść autorstwa Evzena Bocka o ostatniej arystokratce czyli "Ostatnia arystokratka" i "Arystokratka w ukropie". Jeśli miałabym komuś polecić coś baaardzo śmiesznego, co na pewno poprawi nastrój to zdecydowanie są to takie właśnie książki.
No a z niekoniecznie wesołych ale na pewno dobrych, skończona przeze mnie niedawno książka "Podróżowanie z Beniaminem" Martina Vopenki.

Nie zawiódł mnie tym razem Lee Child i opowieść o Jacku Reacherze "Zmuś mnie". Jeśli już jestem przy sensacji to na plus zdecydowanie tym razem Marty Guzowskiej "Chciwość". Świetna książka, bardzo dobry kawałek sensacji archeologicznej :) Zdecydowanie tak. 

Kryminałów czytałam zdecydowanie mniej niż do tej pory ale odkryciem są dla mnie książki Kate Atkinson, które czytałam jedna po drugiej, cały cykl o detektywie Jacksonie Brodiem.

Jak również odkryciem było dla mnie nazwisko Francuza , Michela Bussi i jego kryminały.
Powróciłam też w tym roku do Donny Leon i ufff, po jej "Kwestiach wiary", przez które nie udało mi się przebrnąć, zdecydowanie dobrze czytało się "Zachłanność",  "Po nitce do kłębka" i "Złote jajo". 

Proza, która bardzo mi się spodobała to dwie przeczytane książki autorstwa Niny George czyli Księżyc nad Bretanią" i "Lawendowy pokój". 

Bardzo mi się podobała książka, opis podróży matki i córki czyli "Podróże z owocem granatu" Sue Monk Kidd i Ann Kidd Taylor. 

Przyjemnym zaskoczeniem było inne nazwisko z Francji a mianowicie Barbara Constantine i jej "I jeszcze Paulette".

Wstrząsnął mną reportaż Katarzyny Boni "Ganbare! Warsztaty umierania" czyli krajobraz, nie , nie po bitwie ale po katastrofie ekologicznej w Japonii. Krajobraz zarówno ten fizyczny jak i ludzkich dusz i zamieszania jakie się tam wydarzyło. 

Thriller ? który bardzo mi się spodobał, to "Ktoś we mnie"Sary Waters. Bardzo mi się ta książka podobała. 

Z książek o miejscach, o podróżach, o innych stronach ,to podobały mi się opowieści Ilony Wiśniewskiej "Hen. Na północy Norwegii" i o emigrantach z Polski książka czyli Malwiny Wrotniak "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą".

Podobnie jak prozy czeskiej czytam za mało prozy ogólnie nazwę to, Wschodu. I oto postanowienie aby czytać jej nieco więcej. A postanowienie za sprawą ładnych opowiadań autorstwa Han Malsuk "Filiżanka herbaty. Wybór nowel". Wczoraj była pyszna promocja na ebooki Wydawnictwa Dialog i nabyłam drugi zbiór opowiadań tej autorki. 

Świetnym pomysłem był powrót do Muminków, pisałam o tym już kilkakrotnie więc nie będę się powtarzać, powiem tylko, że to bardzo mądre książki i zaskakująco nie tylko dla dzieci.

No i na koniec, w klimacie około Bożo Narodzeniowym, zbiór opowiadań czterech autorek, wydany pod tytułem zaczerpniętym od pierwszego w zbiorze czyli "Magia Bożego Narodzenia.

Nie było źle ale trochę mi żal, że taki arcyzachwyt książkowy wystąpił głównie w pierwszej połowie roku (Ferrante i Bocek). Może w przyszłym roku te zachwyty wystąpią i częściej i może bardziej równomiernie. 

 

 

Wydana w Wydawnictwie Dowody na Istnienie. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Elżbieta Zimna.
Tytuł oryginału "Moje cesta do ztracena. Putovani s Benjaminem".

Książka ta została wydana w serii Stehlik i była bardzo polecana przez pana Mariusza Szczygła a ponieważ wiem, że jak On coś poleca to...można brać w ciemno więc sięgnęłam chętnie po tę książkę. Na początku jednak mnie przystopowało. Bo zaczyna się bardzo smutno i szczerze mówiąc nastrój smutku towarzyszył mi do praktycznie ostatnich kart książki. 
Chyba nie ma osoby, która stając się rodzicem nie włączyła sobie automatycznej myśli, obawy pod tytułem "co się stanie z moim dzieckiem, dziećmi, jeśliby mnie zabrakło?". A "Podróżowanie z Beniaminem" opowiada o ośmiolatku, który nagle traci mamę. Jego mama zbyt mocno lubiła smutek jak czasem wyraża się o o zmarłej żonie narrator, Dawid. Czy nie jest to zbyt krzywdzące dla osoby w depresji, która najwyraźniej albo nie potrafiła wysłać odpowiednich sygnałów, że nie radzi sobie z własną depresją albo nie miała wokół siebie wystarczającego wsparcia? Myślę, że trochę tak.
Tak czy inaczej, narratora poznajemy w punkcie zwrotnym jego życia, gdy zostaje wdowcem i oto młody mężczyzna zostaje z ośmioletnim synem. I staje się dla niego "wszystkim" i "całym światem".

I właśnie w tym momencie życia przychodzi ojcu do głowy myśl, która stanie się przyczynkiem do tytułowego podróżowania. Pielgrzymki ojca z synem. Podróży w bliżej nieokreślone "Nieznane". 
Czy muszę dodawać, że na samo hasło syn jest zainteresowany?
I oto nastają wakacje i Dawid wraz  z Beniaminem stają na progu swej wielkiej i niezapomnianej dla ojca (dla syna chyba paradoksalnie mniej) podróży.
Początkowo jest dość "normalnie", Austria i jej góry, potem dość długi pobyt w Grecji, gdzie ojciec z synem spędzają czas głównie na plażowaniu.
Ale również trzeba pamiętać, że podróż ta ma służyć zbudowaniu więzi między tymi dwoma do tej pory nie tak sobie bliskimi ojcem i synem.
Chciałabym coś więcej napisać o pewnym liście ale wydaje mi się, że poniekąd byłoby to lekkim spoilerowaniem. W każdym razie, to co istotne dla mnie w tej książce to fakt, że to, co dla mnie, rodzica, matki odgrywa wielką rolę, niekoniecznie musi aż w takim stopniu być istotnym dla mojego dziecka. Warto o tym pamiętać, że dziecko jest jednostką odrębną, z własnymi oczekiwaniami, odczuciami i nic na siłę a na pewno nie narzucajmy mu swoich oczekiwań w stosunku do tego jak na coś ma reagować.

To bardzo prawdziwa książka o tym jak dorosły postrzega dziecko i jak , z perspektywy czasu, dorosłe już dziecko postrzega dorosłego. I jakie ma wspomnienia z własnego "bycia dzieckiem". To również bardzo prawdziwa książka bo nie lukruje, pokazuje emocje dorosłego i jego uczucia takie jakimi one są. 

Tak naprawdę na pewno nie musi się stać w takiej relacji rodzicielsko dziecięcej nic aż tak dramatycznego jak to, co spotkało bohaterów tej opowieści. Taka podróż umożliwiająca zaciśnięcie więzi możliwa jest przecież w nieco mniej smutnych okolicznościach.

 Moja ocena 5.5 / 6

 

sobota, 17 grudnia 2016

...ma ochotę na odrobinę pokrzepienia a dodatkowo poczytać książkę z motywem Świąt Bożego Narodzenia w tle, to "Biuro przesyłek niedoręczonych" Nataszy Sochy doskonale spełni te warunki.
Sięgnęłam po nią właśnie ze względu na motyw Świąt , ponieważ autorki nie znałam, a że trafiła się promocja na ebook więc skorzystałam. I nie żałuję. Książka nie sili się na bycie niczym innym niż jest. A jest ładną, ciepłą opowieścią dodającą otuchy.
I , co fajne, mimo, że opowiada o miłości, to nie jest to miłość młodzieży :)
Taka to trochę opowieść o polskiej Amelii (z tego filmu, który to jest jednym z moich ulubionych).
Zuzanna pracuje w biurze przesyłek niedoręczonych i natrafia na listy pisane od prawie czterdziestu lat przez dwie rozdzielone przez los osoby.
No a dalej, to...już sami możecie przeczytać.
Ładna, ciepła jak już mówiłam, opowieść i z dobrym zakończeniem. A także jednym zaskakującym rozwiązaniem co do jednej z postaci. 
Moja ocena to 5 / 6. 

czwartek, 15 grudnia 2016

Wydana w Wydawnictwie Bezdroża. Kraków (2013). Ebook.

Książkę otrzymałam w prezencie i właściwie pojęcia nie mam, co powodowało, że te trzy lata książka przeczekała na czytniku.
A szkoda, bo warto ją przeczytać.
"Może (morze) wróci" to taka trochę nietypowa książka podróżnicza, okraszona fotografiami i rysunkami autora. Nietypowa bo ja napisałabym o niej, że jest to trochę książka ekologiczna. Albowiem opisuje sytuację po jednej z większych katastrof ekologicznych jakie miały miejsce w Uzbekistanie. Gdzie ingerencja w naturę spowodowała to, że istniejące Jezioro zwane często Morzem Aralskim, właściwie niemal zniknęło a na pewno ekologicznie można powiedzieć, że nie istnieje.

Bartek Sabela odwiedził Uzbekistan i odbył po tym przedziwnym a przynajmniej oryginalnym państwie podróż nieco nietypową. Nietypową bo właśnie była to podróż "ku" wodzie, w której istnienie zaingerowano całkowicie bezmyślnie i bezsensownie, tworząc imperium produkcji bawełny. Ale przy okazji czyniąc niewiarygodne szkody. To za czasów ZSRR ale i teraz pomimo projektów i nawoływań aby przywrócić Jezioro Aralskie, sprawa praktycznie jest zakończona i przegrana. 

Ta książka to książka podróżnicza ale jak mówię, z silną nutą dbałości o naturę i lęk przed ingerencją ignorantów w sprawy tak ważne jak natura.
Jakie poniesiemy tego konsekwencje my wszyscy?

Oprócz opisów historii związanych z jeziorem - morzem, autor opisuje swoją podróż po Uzbekistanie, w którym spotyka zawsze serdecznych mu ludzi, którzy oferują swoją pomoc nie chcąc nic w zamian.

Bardzo ciekawa książka, która jednak pozostawia czytelnika w zadumie i niepokoju dotyczącym przyszłości naszej planety.
Moja ocena to 5 / 6. 

Dodam jeszcze informacje ze strony Wydawcy, a mianowicie książka ta została nagrodzona Bursztynowym Motylem dla Najlepszej Książki Podróżniczej 2013 roku oraz Nagrodą Magellana dla Najlepszej Książki Reportażowej 2013 roku. 

...czyli nadszedł czas gdy odpalamy film, który znamy chyba na pamięć. I? Co z tego? Kto bogatemu ( chciałoby się :P) zabroni? 

Uwielbiamy ten film. Właściwie nie umiałabym powiedzieć, który wątek nie podoba mi się bo tak naprawdę każdy mnie wzrusza, bawi, martwi. Bo płaczę nad małżeństwem Karen, martwię się i denerwuję decyzją Sary (to ta od brata) . Mam wielki sentyment do wątku "lizbońskiego" i za każdym razem chichram się nieprzytomnie jak ulicami i schodami Lizbony Jamie Bennett wędruje (a wraz z nim połowa mieszkańców miasta ;) ) w kierunku knajpki, w której pracuje Aurelia (siostra Aurelii rządzi :)).

Ale lubię też wątek menadżera oryginalnego muzyka, zaśmiewam się nad Colinem lecącym do USA na podbój :) 

Wzrusza mnie miłość ojczyma do małego Sama i uważam za jedną z bardziej ładnych scen tę z "performancem" kartkowym jaki organizuje nieszczęśliwie zakochany w Juliet Mark, przyjaciel mężą Juliet.
Jest jeszcze Natalie z nieco niewyparzonym językiem :)  no i parka, która poznała się na castingu do nieco, hmmm, oryginalnej roboty :P

Wiem, że nie będę oryginalna bo napisano o tym filmie wiele, ale ujmuje mnie wątek pokazania miłości w różnych jej aspektach i ujęciach. Jedną z moich ulubionych scen jest ta rozpoczynająca i kończąca film (spinająca klamrą całość) czyli scena powitania na lotnisku. Nie wiem, zagrane to czy nie ale faktycznie przecież w takich miejscach , a zwłaszcza przed Świętami, widać najbardziej to, że ludzie cieszą się na bycie razem, ze sobą, i to, że miłość , przyjaźń (a to podobno odmiana miłości przecież) to uczucia, które potrafią uskrzydlić ...

11:22, chiara76 , filmowo
Link Komentarze (4) »
wtorek, 13 grudnia 2016

Wydana w Wydawnictwie Ole. Obecnie prawa do niej posiada Grupa Wydawnicza Foksal.
Warszawa (2014).

Przełożyła Anna Szczepańska.
Tytuł oryginału What Happens At Christmas.

Macie tak czasem, że sięgacie po jakąś książkę bez specjalnego nastawienia? Po prostu macie nadzieję, że książka się spodoba i że będzie stanowić rozrywkę? Tak właśnie było w tym przypadku.
"Komedia świąteczna" rzuciła mi się w oko swoją świąteczną tematyką i to było właściwie wszystko, co na jej temat wiedziałam. A okazało się, że miałam fajną , bawiącą mnie nie raz i nie dwa, lekturę. Akcja książki rozpoczyna się osiemnastego grudnia 1886 roku.
Lady Camilla to dobrze sytuowana wdowa, która po małżeństwie z rozsądku marzy teraz o małżeństwie z księciem. Ma na oku jednego, którego może usidlić ale aby oświadczyny się odbyły , musi spełnić z kolei marzenie przyszłego męża, księcia Mikołaja. Otóż, pochodzący z jakiegoś państewka w środkowej Europie książę, marzy o prawdziwych, angielskich Świętach Bożego Narodzenia.
Marzy mu się klimat z posiadłości wiejskiej, gdzie rodzina zasiada do stołu, dookoła panuje radosna atmosfera,w kominku pali się ogień, pokój zdobi ostrokrzew czy jemioła, słychać śpiew kolęd...Słowem, sielsko i anielsko. 
Camilla , z różnych przyczyn nie może na ten świąteczny czas poznać księcia z własnymi członkami rodziny ale wpada na genialny według niej pomysł jakim jest wynajęcie trupy aktorów, którzy mają za zadanie odegrać spektakl. Spektakl ten ma obrazować idealne rodzinne angielskie święta :) Plan niemal idealny.
Od samego bowiem początku wszystko idzie nie do końca zgodnie z planem. A do tego w domu Camilli pojawia się ktoś , kto kiedyś był bardzo ważny w jej życiu. Postaci (oprócz siostry Beryl, która towarzyszy jej od początku), pojawia się zresztą cała masa, jest barwnie, wesoło, śmiesznie, ciągle wydarza się coś, co psuje idealny początkowo plan Camilli. 

Nie jest to z pewnością jakaś bardzo ambitna lektura ale muszę przyznać, że śmiałam się podczas czytania tej książki wiele razy i naprawdę była to właśnie książka, która przyniosła mi rozrywkę, której oczekiwałam.
Moja ocena to 5 / 6. 

...takie święto przypada dziś w kalendarzu świąt innych niż znane i typowe.
Ma tego pecha, że wybrano datę zbieżną z rocznicą wybuchu Stanu Wojennego. O polityce jednak pisać nie będę. Jestem zmęczona polityką na co dzień.

Tak więc wracam do tematu Święta Księgarza.
W dzisiejszych czasach coraz mniej takich typowych księgarń. A z dzieciństwa tyle ich pamiętam. I pomimo, że wtedy zdobywanie książek wcale nie było takie trywialne jak obecnie to kupowało się, a jakże.
Z dzieciństwa pamiętam ulubioną księgarnie na Broniewskiego, z dodatkowym działem antykwarycznym, w którym swego czasu również się obkupywałam. Nawet pamiętam konkretne tytuły tam nabyte. "Szósta Klepka" Małgorzaty Musierowicz, "Stonoga" Krystyny Boglar czy "Alicja w Krainie Czarów"...

Teraz jak mówię, coraz mniej księgarni z prawdziwego zdarzenia, co nie znaczy, że ich nie ma .
Pierwsze miejsce na wakacjach w tym roku, w którym zrobiliśmy wspaniałe zakupy, to była właśnie kętrzyńska księgarnia.
Tu, w Warszawie, kupuję teraz ebooki ale dla Jasia wciąż jak najbardziej papierowe książki. Mam taką ulubioną księgarenkę , na lokalnym bazarku. Panie już mnie znają, zwłaszcza z jedną z nich się polubiłyśmy. Potrafiła dla mnie zostawić i dać P. torbę z katalogiem wydawnictwa dziecięcego i pocztówkami i zakładkami tegoż wydawnictwa. Ot, miły, serdeczny gest.
Mam tam już stałą zniżkę, oczywiście, ale i pewność, że zawsze mogę tam zamówić dany tytuł i mi go sprowadzą czy porozmawiać o książkach.
I pomimo, że księgarnia nie jest tania, to tam kupuję z racji tego, że chcę aby to miejsce, które polubiłam, utrzymało się.

A Wy ? Macie jakieś swoje ulubione księgarnie?  

 

środa, 07 grudnia 2016

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Książka podarowana mi przez Wydawnictwo.

Przełożyła Aleksandra Stronka.
Tytuł oryginalny Светлый лик смерти

Za co lubię kryminały Aleksandry Marininej? Za to, między innymi, że jest konsekwentna w kreowaniu rzeczywistości opisanej na kartach jej książek. Konsekwentna w "prowadzeniu" losów swoich bohaterów. I za to, że pomimo, że wydaje się, że to, co czytaliśmy, było już gdzieś przez autorkę "grane" , wciąż odkrywam na nowo, że niby ten sam temat można poprowadzić w nowy sposób. Tematem powracającym w kryminałach autorki jest bowiem powiązanie wydarzeń z przeszłości ze zbrodnią. Swoiste ostrzeżenie "grzechy z przeszłości lubią mścić się w czasach obecnych". 
Nie inaczej jest i w tej części opowieści o Anastazji Kamieńskiej i zespole, w którym Kamieńska pracuje i musi wykrywać zbrodniarzy.

Cala opowieść zaczyna się w czasach współczesnych (chociaż jak potem okaże się, korzenie będzie miała długo przed wydarzeniami , od których zaczyna się książka). 
Oto bowiem zostaje zamordowana piękna, młoda dziewczyna, która do tej pory żyła bez ograniczeń i zdecydowanie korzystała z życia.
Niebawem znów dzieje się coś złego , w co wplątana zostaje inna młoda kobieta.
Będzie jeszcze jedna zbrodnia. A wszystkie osoby ( nie tylko te, które padły ofiarą przestępstwa) okażą się być na swój sposób powiązane. Poprzez osobę jednego mężczyzny.

Jak już wspomniałam , po raz kolejny Marinina udowadnia , że wydarzenia z przeszłości potrafią stać się kamyczkiem, który na swój sposób ruszy lawinę, której konsekwencji nie będzie można zatrzymać.
Przy tym, jak już pisałam, kreuje wiarygodne postaci i bohaterów, z ich ułomnościami i zaletami. Do tego to, co lubię czyli opis miasta, zwykłego życia w nim i to, co też mi się podoba a mianowicie, Anastazja na ogół porusza się po Moskwie środkami komunikacji miejskiej, co nadaje jej jeszcze bardziej prawdziwy rys.
Ciekawa intryga kryminalna i to poczucie, że "stara, dobra Marinina" się czyta, to wszystko złożyło się na moją ocenę tej książki a jest nią 5 / 6. 

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...