Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
piątek, 31 sierpnia 2018

...ponieważ dla mnie to święto raczej bardziej przypada na rocznicę pierwszego wpisu ale oczywiście coś napisać mogę jeszcze tu, tym bardziej, że tak się składa, że ostatnio swoje rocznice blogowania spędzam w naszej ulubionej miejscówce na wsi sielskiej warmińskiej więc nie piszę za dużo. A dziś mogę nieco więcej . Po pierwsze, bardzo dziękuję tym, którzy wciąż czytają mój blog. Nie wiecie nawet jak dużo to dla mnie znaczy. Owszem, piszę dla siebie ale kontakt i poczucie tego, że ktoś mnie czyta, jest dla mnie istotne. Życzę także innym moim znajomym blogującym osobom wszystkiego najlepszego i dobrych tematów do opisywania i dużej liczby czytelników. 

...nie wiedziałam jeszcze o tej porze, że wieczorem (właściwie nocą) wezmę w ramiona drogą mi Osobę. Tak tak, czas leci jak nie wiem co i oto Jaś obchodzi dziś szóste Urodziny. 

Jasiu, życzymy Ci z Tatą Wiele, Wiele Zdrowia, Szczęścia, Radości z każdego dnia, samych dobrych i życzliwych Ci osób wokół i wielu przyjaciół. Bardzo Cię kochamy ! Mama i Tata.

12:34, chiara76 , Jaś
Link Komentarze (3) »
czwartek, 30 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki i Wydawnictwa. 

W tym roku późne lato (albo wczesna jesień) mogą zostać umilone przez idealną lekturę do czytania jak ja to określam "jesiennym wieczorem", kiedy siedzi się w ulubionym zacisznym miejscu z kubkiem herbaty w dłoni i wreszcie na spokojnie czyta się książkę. "Złodziejka dusz" bowiem według mnie jest właśnie idealną lekturą na taki wieczór. Posiada niezwykle przyjemny klimat, mimo sporej objętości wciąga i sprawia, że można zapomnieć o żółknących coraz bardziej liściach, o tym, że słońce nas zaczyna coraz mniej rozpieszczać. I że zwyczajnie, idą długie wieczory.

"Złodziejka dusz" niby dzieje się we współczesności ale ponieważ wspomina się tam i osoby z przeszłości i wydarzenia dziejące się kiedyś, to i atmosfera, klimat lektury jest dość niezwykły i pasujący do całej tej nieco bajkowej , na pewno bardzo tajemniczej, historii. 

Bohaterki tej książki są dwie. Obie noszą to samo imię, Anastazja. Anastazja Niebieska której losy poznajemy czytając książkę to bibliotekarka, młoda kobieta będąca na nieco przymusowym urlopie. Anastazja jest właśnie po rozstaniu z partnerem i z ulgą przyjmuje fakt, że może się od niego uwolnić poprzez wyniesienie się z domu, który były partner wciąż zamieszkuje. Oto krewni, dość dalecy i tacy, z którymi do niedawna Anastazja nie miała żadnego kontaktu , zgłaszają się do niej z może nietypową prośbą ale w sumie dość możliwą gdy jest się powinowatym. Otóż, wyruszają na wakacje do Azji i proszą młodą kobietę aby zaopiekowała się pod ich nieobecność domem. Kobieta z ulgą przyjmuje propozycję, przyda się jej bowiem zmiana i odrobina oddechu. Przeżyła ostatnio mniej dobre chwile, może możliwość zmiany miejsca zamieszkania a nadto zaopiekowanie się bogatym księgozbiorem krewnych pomoże jej uporać się z przykrymi wspomnieniami? Anastazja bowiem pomimo zamiłowania do porządku uwielbia książki, stare księgozbiory i nawet, co ciekawe, zbierający się na książkach kurz, jakoś wyjątkowo nie kręci ją w nosie i nie drażni. 

Anastazja Niebieska to ciekawie skonstruowana postać. Skrywa w sobie dwie skrajności. Otóż jest ona zarówno pedantyczna jak również jednak nie potrafi do końca uporządkować swego życia. A ponadto najwyraźniej jest w tej lubiącej fizyczny ład i porządek kobiecie jakaś żądza przygód skoro w chwili, gdy zaczyna dziać się wokół niej coś tajemniczego, kobieta z pełną świadomością zaczyna brać w tym udział. Co mnie ujęło w tej postaci to fakt, że wspiera się ona (zwłaszcza w trudnych chwilach) cytatami z książek. Są to głównie książki dla dzieci ale o dziwo, cytaty, które przychodzą Anastazji do głowy, zdecydowanie pasują do jej dorosłego życia. 

Po wprowadzeniu się do willi Anastazja szybko poznaje zarówno najbliższe sąsiedztwo, jak i sąsiadkę, panią Otylię Szczęsną. Szybko też okazuje się, że musi skorzystać z pomocy "złotej rączki", pana Tadeusza, który to o dziwo i ku chyba jednak radości bohaterki, okazuje się nie starszym panem a młodym mężczyzną, niemal w jej wieku. W dodatku jest bardzo sympatycznym człowiekiem. 
Willa jest piękna ale stara i owiana dość dziwną aurą. Niby Anastazja nie wierzy w duchy i tego typu opowieści ale zaczyna zastanawiać się nad zmianą opinii gdy w domu zaczynają dziać się dość dziwne rzeczy. Czy ktoś włamuje się do willi podczas jej nieobecności? Bo teoria buszujących po domu duchu przodków wciąż jednak jest ostatnią z możliwych do zaakceptowania przez kobietę. Do tego poznani ludzie opowiadają jej mnóstwo dziwnych historii związanych zarówno z postacią jej samej jak i z jej antenatami. 

Atmosfera towarzysząca i wydarzeniom i temu jak zachowują się poznani przez Niebieską ludzie powodowała, że chwilami i ja sama zastanawiałam się nad tym czy autorka nie napisała książki o nawiedzonym domu czy wręcz osiedlu ;)  Niemniej jednak przede wszystkim ma ona niesamowitą aurę tajemnicy, którą Anastazja wraz z pomocą Tadeusza, będzie starała się rozwikłać. Będzie też chciała otrzymać odpowiedzi na piętrzące się z czasem pytania. Anastazja i Tadeusz będą próbowali rozwiązać sekrety kierując się wskazówkami listu , który zostaje doręczony bohaterce na samym początku książki.

"Złodziejka dusz" z pewnością jest nieco inną niż książki, które ostatnio czytałam. To bardzo przyjemna fikcja, książka służąca rozrywce i w moim przypadku odniosła sukces. Tak, udało się jej mnie wciągnąć w swą treść, udało się jej mnie zaciekawić, sprawić, że również jak i bohaterowie, zastanawiałam się jakie tajemnice skrywała Anastazja seniorka, i co z tych tajemnic uda się w ogóle rozwiązać. Jak już pisałam to idealna książka czy to na wakacje czy na jesienny czas. Są tu sympatyczni i bezsprzecznie oryginalni bohaterowie, tajemnica, którą trzeba rozwikłać. Jest kubek z sentencją z Sokratesa, z którego wspierająca się cytatami z dziecięcych książek bohaterka lubi popijać poranną i nie tylko, herbatę. Jest też tajemniczy kot Barnaba, który potrafi się uśmiechać.

Książka ta jest nieco inna niż te, które czytałam również dlatego, że nie ma w niej wielkiego dramatu, spadających na bohaterów nieszczęść. Jest za to przyjemny klimat, sekrety i mili bohaterowie, którym chętnie się kibicuje. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook. 

Druga część z cyklu o nazwie "Kronika pechowych wypadków". 

O pierwszej książce rozpoczynającej cykl pisałam w tym wpisie

Druga, o czym od razu informuję, jest nie mniej śmieszna. Tak więc jeśli ktoś się obawia czy kontynuacja się powiodła, daję znać, że jak najbardziej. 

Osławiona babunia Łyczakowa dała się we znaki większości rodziny i znajomym. Ale nie Zojce, która u babuni mieszka. Mimo, że w tej części babunia poważnie nadszarpnie dotychczasowe rewelacyjne układy pomiędzy oboma paniami gdy poważnie zastanawia się nad udaniem się do agencji. Bez skojarzeń, agencji matrymonialnej. I nie dla siebie babunia Łyczakowa zamierza tam szukać szczęścia lecz dla wnusi. Agencja matrymonialna nosi mylącą nazwę "Do zakochania jeden rok" (jak bardzo jest to myląca nazwa mogą sądzić również czytelnicy książki, odkąd bowiem o tej książce się dowiedziałam, nieustająco nawet w serwisach książkowych, tytuł jest mylony :P) . Tak czy inaczej, dlaczego rok? I w ogóle co w Wadowicach robi taki przybytek? A może jest szansa znaleźć tam drugą połowę? Nad tym duma nie tylko babunia Łyczkowa ale również aspirant Chochołek. Paweł Chochołek również uda się do "Do zakochania jeden rok" aby znaleźć tam być może kogoś, z kim mógłby zasiadać do śniadania, opowiadać o marzeniach, planować wspólne wakacje. 

Agencja chyba jednak słusznie zaniepokoiła babunię Łyczkową bo z wraz z rozwojem akcji książki Zojka coraz bardziej podejrzliwie będzie się jej przyglądać. A już kiedy babunia Łyczakowa zniknie , Zojka zaniepokoi się naprawdę. Zacznie swoje śledztwo, zgłosi oczywiście zaginięcie babuni na Policję, niemniej jednak Zojka jak to Zojka, nie byłaby sobą, gdyby sama nie rozpoczęła poszukiwań i dochodzenia. Tym bardziej, że jakoś nikt z rodzinki nie reaguje na przerażenie dziewczyny i Zojka w poszukiwaniu babuni nie ma znikąd pomocy. 

W drugiej części pojawią się znane nam już postaci z części pierwszej czyli oczywiście babunia, Zojka, aspirant Chochołek i Marcin Kordecki. Ten ostatni oczywiście znowu namiesza w życiu Zojki. Zaraz, czy to raczej ona nie namiesza w jego życiu? Jak zwał tak zwał, w każdym razie czuję, że niebawem coś z tej wiecznie drażniącej się pary , kolokwialnie mówiąc, będzie. No ale zobaczymy. W każdym razie ja i pewnie nie tylko ja - czekam aż coś się wreszcie pomiędzy tym dwoje zadzieje. 

No ale, babunia Łyczowa ginie, Zojka, Chochołek i nawet Kordecki zaczynają szukać starszej pani a wszystko w jakiś sposób powiązane wydaje się być z agencją matrymonialną o mylącej nazwie. 

Jak już pisałam na początku druga część cyklu napisana jest również z wielkim poczuciem humoru jak część pierwsza więc śmiałam się niejeden raz. Książki Joanny Szarańskiej to zdecydowanie poprawiacze humoru , które mogę polecić. 

Moja ocena 5.5 / 6. 

piątek, 24 sierpnia 2018

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Wiem, że okładki to sprawa dyskusyjna. Są tacy, którzy mówią aby nie oceniać książki po okładce (w końcu mamy też takie powiedzenie, czyż nie?) i stosują się do tej zasady. Ja niestety bądź stety, jednak na okładki patrzę i nie ukrywam, już kilka dobrych książek (na przykład Aliny Białowąs) przeszłoby mi koło nosa gdybym kierowała się okładką a nie poleceniem. Nic na to nie poradzę, że okładka tej książki mi się nie podoba, wpisuje się według mnie w nurt jak ja to nazywam na własny użytek, "motyw ładnych pań na okładce" i według mnie, może spowodować to, że parę osób przejdzie wobec tej książki obojętnie. I tak jak ja bym to zrobiła, popełni baaaardzo duży błąd. Mnie książkę "Gospoda pod Bocianem" polecił mężczyzna. Tak tak, właśnie. Ba, to mój znajomy, który mówi, że chociaż pewnie większość uważa książkę pani Katarzyny Drogiej za literaturę wpisującą się w oczekiwania raczej czytelniczek, to On książki autorki czyta i podobają mu się. I wywnioskował, że spodobają się i mnie. I co najlepsze, miał całkowitą rację. Muszę powiedzieć, że całkowicie pochłonęła mnie ta książka. 

Zawdzięczam jej nie tylko wspaniały czytelniczy czas nad lekturą spędzony to coś rewelacyjnego czego do tej pory mi bardzo brakowało. Oto bowiem dzięki tej książce mam wreszcie własną ulubioną bohaterkę literacką! A jest nią ni mniej ni więcej a Teodora Bogosz. Ale do tego jeszcze wrócę.

Autorka książki i jednocześnie narratorka opowieści sama przeniosła się na Podlasie, gdzie rozgrywa się akcja książki. Nie czytałam wcześniejszych książek Katarzyny Drogiej, w których opisuje losy swojej rodziny. Sięgnęłam po tę i ponownie jest to treść oparta na faktach i realnie istniejących bohaterach. Tym razem czytelnicy poznają losy rodziny Bogoszów. 

Wspaniale, że akcja książki rozpoczyna się w tak ważnym dla Polski roku jakim był rok 1918 kiedy Polska rodziła się na nowo po ponadstuletniej niewoli. Czytałam ją dodatkowo z przyjemnością, w sam raz na stulecie odzyskania przez nasz kraj niepodległości bowiem "Gospoda pod Bocianem" to wspaniały opis losów Polski i jej mieszkańców na przykładzie jednej rodziny , której losy poznajemy na przestrzeni niemal właśnie stu lat.

Teodor Bogosz przybył do Kalinowa w początkach II Rzeczpospolitej. Ożenił się z jedną z lepiej wykształconych dziewcząt w okolicy, o imieniu nawiasem mówiąc Tedora, i tak oboje państwo już Bogoszowie , zaczęli prowadzić gospodę . Gospoda pod Bocianem nosząca nazwę od gniazda bocianów, które wiernie trwają przy bohaterach, rozwija się pod ich pieczą niesamowicie. Sprzyja Bogoszom fakt, że ich gospoda i pokoje , w których oferują noclegi znajduje się na rozstaju ważnych dróg. Dróg, które obecnie są ważnymi traktami prowadzącymi z zachodu na wschód. Budząca się niepodległość Polski wiąże się z tym, że Polacy zaczynają prowadzić rozliczne interesy, zwyczajnie mówiąc, odbudowują nasz kraj na nowo. A wiążę się to między innymi z podróżami. A gościnna gospoda, gdzie można i dobrze zjeść i przespać jest świetnym miejscem tranzytowym. 

Interesy idą jak po maśle, Tosia Bogoszowa bardzo dobrze odnajduje się w swojej roli. Zaczynają sypać się państwu Bogoszom dzieci, a konkretnie - Synowie. 

Całą tę opowieść poznajemy dzięki narratorce, która poznaje syna Tosi i Teodora Bogoszów. Najmłodszego Konstantego. Znajomość owocuje wieloma spędzonymi nad filiżankami z herbatą z samowara godzinami i opowieściami Konstantego , starszego już pana. Wspomina on losy własnych przodków i ludzi, którzy związali się z rodziną Bogoszów wchodząc w związki małżeńskie i nie tylko. Katarzyna Droga zaś podaje nam tę opowieść tak wspaniale , że podczas lektury odnosiłam wrażenie, że albo siedzę wraz z Kasią i panem Konstantym nad parującymi filiżankami herbaty albo wręcz, tak tak, to powód do wstydu ! podsłuchuję ich rozmowy toczące się w zacisznym mieszkaniu starszego pana, które znajduje się nad atelier fotograficznym.

Albowiem z wielką pasją i miłością prowadził on zakład fotograficzny, którego losy również (zakładu bo co do bohatera, to pewne) były również ciekawe. W pewnym momencie Kasia i pan Konstanty zgadzają się bardzo, że , określając to może nazbyt kolokwialnie, ale "robią w tym samym". Ona zapisując, czyli słowami czyniąc pamięć, bohaterów, wydarzeń, on - za sprawą fotografii, na których zatrzymuje w kadrze ludzi i ważne dla nich chwile, wydarzenia i miejsca. 

Katarzyna Droga pisze pięknym językiem, literackim i takim , nazwę to w sam raz eleganckim. Mój notes pełen jest wynotowanych cytatów. Nie ma tu też tego, czego trochę się obawiałam sięgając po jakby nie było, opowieść rodzinną. Tych wszystkich motywów, które napotyka się często w podobnych do tej książce gdzie jakby nie było historia jest w tle.  Nie, tu owszem, jest historia nasza polska z jej wieloma ciężkimi momentami , ciężkimi ale i radosnymi, dodajmy ale jakoś na szczęście autorka nie epatuje nadmiarem niepotrzebnych nieszczęść. A może inaczej, wszystko to, co opisuje stwarza bardzo wiarygodną rzeczywistość , którą zna tak wiele rodzin żyjących w naszym kraju. Jak świat światem człowiek jednak najbardziej (cokolwiek by nie mówił) potrzebuje radości i szczęścia wynikającej ze stabilizacji. Z możliwości życia w spokoju, możliwości nauki i pracy, realizowania swoich mniejszych lub większych marzeń. I w takich historiach rodzinnych ludzie się schodzą, rozstają, wdają w politykę albo od niej stronią. Na tle wielkich historycznych wydarzeń dzieje się życie rodziny Bogoszów tak, jak działo się życie tak wielu innych rodzin. Wszyscy ci opisywani członkowie rodziny i bohaterowie są tacy prawdziwi, są, użyję tego słowa chociaż do tej pory dość mnie bawiło ale teraz pasuje jak ulał, mięsiści .Te namiętności i powody czynów takie do uzasadnienia ,  zrozumiałe. Taka ta opowieść życiowa, taka prawdziwa. To taka perła wśród opowieści z tego gatunku i naprawdę nie waham się tak ją określać. 

Chciałabym napisać o jednym motywie, który wzruszał mnie do łez ale nie chcę psuć nikomu lektury, w każdym razie nie ukrywam, że były chwile gdy bardzo mocno się wzruszałam. Jest to też wątek, który związany jest z jak to napisałam na początku, moją ulubioną obecnie bohaterką literacką, panią Teodorą Bogosz, głową i sercem rodziny Bogoszów. Która, jak napisano w książce, "(...) całe życie traciła bliskich - (...) jakby wieczne szukanie miało być jej przeznaczeniem". Stała się dla mnie ulubioną bohaterką właśnie za nieustępliwość w poszukiwaniach i za to, że , cytuję "(...) Tosia nie przebierała w środkach, gdy chodziło o ludzi, których kochała".

Pomimo, że pan Konstanty mówi, że "(...) nie ma czegoś takiego jak wsze czasy. Wszystkie nasze biografie to tylko "tymczasy" to dzięki takim opowieściom, dzięki spisaniu wspomnień, stają się one jednak długowieczne. Przynajmniej zostają w naszej pamięci. 

Podczas czytania "Gospody pod Bocianem" złapał mnie smutek, że swego czasu nie wypytywałam więcej własnych przodków o losy rodziny a wiem ze strzępków informacji, że też są one niełatwe, też spokojnie (jak losy nas wszystkich) stanowić by mogły podstawę do napisania interesującej książki. A na pewno szkoda, że część z tego nie zostanie gdzieś spisane po prostu "dla pamięci". 

Jak te bociany rokrocznie wracające do gniazda obok Gospody pod Bocianem, tak do owego miejsca, już współcześnie powracają jej właściciele i spadkobiercy. I kto wie, może stanowić to będzie o zaczynie pomysłu na kolejną opowieść? 

Ogromnie mi się podobała ta opowieść o rodzinie żyjącej na przestrzeni stu lat w Polsce, w podlaskim małym miasteczku i polecam ją Wam ogromnie. 

Moja ocena chyba nikogo nie zdziwi, jest to 6 / 6. 

 

 

czwartek, 23 sierpnia 2018

...opisując kolejne książki (warte opisania i polecenia) zapomniałam skrobnąć coś niecoś na temat wakacji. Ponieważ, jak żartujemy (trochę a trochę nie) najprawdopodobniej dopóki dziecko będzie chciało z nami jeździć na wakacje , miejscówkę na wsi warmińskiej sielskiej mamy "zaklepaną" , więc szósty raz z rzędu wylądowaliśmy w tejże miejscówce. 

Tym razem było też fajnie pod kątem towarzyskim, jak w czerwcu, kiedy byliśmy z naszymi przyjaciółmi i ich dziećmi. Teraz poznaliśmy pewną fajną rodzinę z Poznania, z dziewięcioletnią córką, z którą Jaś bardzo się zaprzyjaźnił więc dni upływały nam miło. Rodzice dziewczynki też bardzo sympatyczni, szkoda, że właśnie, nie z Warszawy bo sądzę, że spotykalibyśmy się na sportach rozmaitych bo nasze dzieci miały tę cechę wspólną, że sporty wszelakie je kusiły i nęciły. Ja z K. mamą dziewczynki, z chęcią rozmawiałam o książkach. Niby nie mam problemu kiedy ktoś nie lubi czytać tak jak ja, bo zawsze jest o czym porozmawiać ale nie ukrywajmy, że dla odmiany miło jest też jak raz naprawdę mogę z kimś o książkach porozmawiać. 

Pogoda była wprost śródziemnomorska i doceniałam to, że te skrajne upały tak męczące w mieście, mogłam znosić siedząc na leżaku w cieniu sporych jabłonek. 

Jaś polubił basen, i po powrocie do Warszawy zaczął pływać, co nas bardzo cieszy. Woda to żywioł , to wie większość z nas i nie można jej lekceważyć. I zawsze lepiej jest umieć pływać niż nie. 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Magdalena Rychlik. 

Tytuł oryginalny The Witchfinder's Sister.

Premiera książki 23.08.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Na to, że przeczytam tę książkę zdecydowałam się jeszcze będąc na wakacjach w naszej miejscówce na wsi sielskiej. Ponieważ jest to pod Reszlem, tym razem zdecydowałam się na obejrzenie pewnej wystawy, która jest obecnie na Zamku w Reszlu (w sumie nie wiem czy jest to wystawa stała czy tymczasowa, ale w maju kiedy byliśmy na urlopie majówkowym, P. zdecydowanie nas z wystawy wyprowadził, miał rację , zaraz wyjaśnię o co chodzi). 

Otóż jest to wystawa narzędzi tortur. Reszel ma swoją niechlubną atrakcję turystyczną, czyli fakt, że to pod tym miastem stracono na stosie ostatnią w Europie osobę oskarżoną o czary a była do Barbara Zdunk. Polecam zainteresowanym sięgnięcie do rozmaitych źródeł w celu poczytania czegoś więcej o tej niedobrej historii.  Jest wstrząsająca. Tak czy inaczej, być może właśnie dlatego na Zamku jest obecnie taka a nie inna wystawa. Kiedy w maju P. odradzał (Jasiowi to oczywiste) nam oglądanie jej, nie sądziłam,że aż tak trzeba dbać o moją wrażliwość. W sumie nie mam pojęcia czemu zwątpiłam w to, że mój Mąż dobrze mnie zna albowiem gdy teraz stwierdziłam, że w obliczu tego, że będę czytała na ten temat, warto jest chyba nieco zgłębić temat, potwierdzam jedno. Mój Mąż zna mnie najwyraźniej lepiej niż ja sama. Wystawa jest przerażająca. Narzędzia wyglądają makabrycznie, opis pomimo, że zwięzły i bez zbędnych detali, jest uwiarygadniający to, jak wiele okrucieństwa jest w stanie jeden człowiek wyrządzić drugiemu. Ja wiem, że jesteśmy po IIWŚ i tym, co wtedy ludzie uczynili drugim ale przyznam, że mając moją wyobraźnię stwierdzam, że wystawę chyba mogłam sobie darować. Zaczęłam obawiać się tej książki. 

Niepotrzebnie. To znaczy, dalej sama książka jest ciężka biorąc pod uwagę tematykę i fakt, że autorka oparła się na prawdziwych !!! dokumentach z siedemnastego wieku w Wielkiej Brytanii. Niemniej jednak autorka oszczędziła nam niepotrzebnych a często nadużywanych przez autorów, okrutnych szczegółów na rzecz bardzo interesująco poprowadzonej historii. Opowieść poznajemy ustami a właściwie poprzez dziennik narratorki i siostry łowcy czarownic Matthew Hopkinsa. Osoby istniejącej w rzeczywistości. Jednak zarówno postać Alice, siostry Matthew, jak i pozostałe postaci, autorka wymyśliła bądź pozostawiając ich nazwiska , wymyśliła ich los, zapewne w większości wcale nie bardzo nieprawdziwy od tego jaki wiodły. 

Po łowcy czarownic jakim stał się Hopkins pozostały zarówno dokumenty jak i pewne źródła pisane przez pastora, który nie zgadzał się z metodami postępowania i śledztwa Hopkinsa. Wiemy więc z nich, że zdarzenia opisane w książce przez autorkę miały w wielu przypadkach miejsce. Jak chociażby to, że jedna z kobiet podczas procesu zeznawała przeciw własnej matce, najprawdopodobniej zmuszona do tego podczas śledztwa bądź może omamiona tym, że uda się im obu uciec spod szubienicy.

Akcja książki rozpoczyna się zimą roku 1645, kiedy to Alice Hopkins, więziona, pisze swój dziennik więźniarki, opisując to co spotkało ją po powrocie w rodzinne strony, do hrabstwa Essex.

Alice i Matthew pomimo, że byli rodzeństwem przyrodnim, wychowywali się raczej w zgodzie w domu wspólnego ojca, będącego pastorem. Brat, młodszy od narratorki o dwa lata, od dzieciństwa naznaczony bliznami, będącymi w wyniku  wypadku w dzieciństwie, zawsze był dość nietypowym dzieckiem. Jego matka była kobietą, która zmagała się z własnymi wewnętrznymi demonami, z czasem dowiemy się o niej na tyle więcej by sądzić, że możemy wiedzieć, skąd brały się jej problemy. 

Jednak w chwili gdy Alice wraca do rodzinnego domu, a właściwie do brata, jak wdowa, niczego nie jest pewna. Rozstali się w bardzo złej atmosferze. Po śmierci matki Alice jest praktycznie "skazana" na brata, z którym w przeszłości coś ją poróżniło i nie jest to dla kobiety miła myśl. 

Szybko też rozwiewa się szczątek nadziei na to, że w ogóle jest szansa na jakąś poprawę ich kontaktów gdy Alice dowiaduje się, że jej brat wyrusza w okolice i tropi tam kobiety podejrzewane o to , że są czarownicami. Najczęściej (naprawdę polecam sięgnąć do informacji o Barbarze Zdunk , o której pisałam powyżej) były to wdowy bądź samotnie wychowujące dzieci kobiety. Jednym słowem, jednostki słabsze, o których los mało kto się troszczył.

Czy to trwająca już cztery lata wojna domowa w Anglii sprawiła, czy też inne okoliczności wpłynęły na to, że oskarżenia do tej pory zwyczajnie odrzucane, w tym czasie zostały brane na poważnie, owe oskarżane kobiety były więc sprowadzane do aresztów a potem skazywane na karę śmierci ku uciesze gawiedzi. Coś jest takiego w człowieku, że o zło, które go spotyka lubi oskarżyć jakąś inną "siłę". W tamtych czasach łatwo było znaleźć sobie kozła ofiarnego w postaci jakiejś samotnej starszej pani, która być może w przeszłości czymś się naraziła sąsiadce, a być może i wcale. Ciekawe jak bardzo człowiek jest w stanie ulegać wpływom, jak bardzo potrafi dać sobie wmówić coś w imię najbardziej nieprawdopodobnych idei. Jak świat światem ma to miejsce i czasem wybucha ze zdwojoną siłą. Niebezpieczne jest to wtedy gdy ulega temu większość i daje się ponieść w przybierającym coraz bardziej niebezpieczną siłę, kierunku. 

Według mnie "Czarownice z Manningtree" są interesującym obrazem fikcji a jednak bazującym na prawdziwych wydarzeniach i postaciach, ukazującą siłę wpływu jednostki na masy. Widać, że autorka faktycznie podeszła do tematu poważnie, a również pochwalę tłumaczenie polskiej Pani tłumaczki, pani Magdaleny Rychlik. Zachowana jest stosowna archaizacja języka a mimo to nie przesadna. 

Sądzę, że ta książka jest książką, która może gdzieś umknąć a uważam, że byłoby szkoda, dlatego też staram się niniejszym zwrócić Waszą na nią uwagę. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

niedziela, 19 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie Literackim Białe Pióro. Warszawa (2016). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki.

"Niepokorna" to moja pierwsza książka autorstwa Jolanty Bartoś i również książkowy debiut Autorki. 

Opowiada o młodej kobiecie. Anna ma zaledwie dwadzieścia osiem lat ale życie doświadczyło ją już znacznie. Najpierw została osierocona gdy pijany kierowca spowodował wypadek, w którym zginęła rodzina dziewczynki. Następnie trafiła do rodziny, własnej, w której jednak doznała strasznych rzeczy.

Można więc powiedzieć, że propozycja dawnego wielkiego przyjaciela ojca Anny aby pomyślała nad sensowną edukacją pod jego opieką , spadła jej niemal z nieba. Wyrwawszy się z piekła, Anna ukończyła studia prawnicze i u wuja Tomasza, dawnego przyjaciela ojca, pracuje w kancelarii adwokackiej. Nic jej już jednak nie spada teraz z nieba, kobieta faktycznie musi pracować na własną opinię dobrej prawniczki. Wykształcenie i możliwość pracy z najlepszymi sprawia, że na polu zawodowym Annie wiedzie się dobrze. Znacznie gorzej idzie jej jeśli chodzi o życie osobiste. Doświadczenia z dzieciństwa powodują, że Anna nie jest w stanie zdecydować się na poważniejszy związek z mężczyzną. 

Do tej pory mieszkała z Kasią, najlepszą i właściwie jedyną przyjaciółką, która jednak wychodzi za mąż, więc Anna zostaje z dnia na dzień sama w pustym mieszkaniu. Ma miłych sąsiadów, starszego pana Antoniego i młodego Karola. Wydaje się , że życie Anny będzie toczyło się monotonnie na linii dom - praca -dom. Jednak pewnego dnia spotyka mężczyznę, w którym się zakochuje. To kuzyn Adama, narzeczonego Kasi. 

Czytając przed lekturą opinie o książce spotkałam się kilkakrotnie z zarzutem, że akcja książki toczy się nieco zbyt szybko. Tak, akcja toczy się szybko ale to nie jest dla mnie jako czytelniczki problemem. Zabrakło mi natomiast czegoś innego. Jakiegoś głębszego portretu psychologicznego postaci. Najbardziej samej Anny. Główna bohaterka stanowiła ciekawą możliwość nakreślenia portretu osoby po traumie, która mniej bądź bardziej radzi sobie w dorosłym życiu. W "Niepokornej" zdecydowanie mi tego zabrakło i dlatego nie do końca byłam w stanie uwierzyć jak Anna, osoba po tym co przeszła, mogła szybko zaangażować się w dziwny związek. Tym bardziej, że mężczyzna od początku wydaje się dość mało wiarygodny. Zachowuje się dziwnie a przede wszystkim nie wiadomo tak naprawdę co stanowi  źródło jego zarobku. Co dla świetnie zapowiadającej się prawniczki powinno być wielkim sygnałem ostrzegawczym. Szkoda, że nie otrzymałam jakiegoś wyjaśnienia dla takiego a nie innego postępowania Anny, wyjaśnienia jak dorosła i doświadczona osoba mogła z taką łatwością wplątać się w toksyczną i zagrażającą jej relację. Wyjaśnienia, że "Kacper z łatwością wpływał na ludzi" nie przekonują mnie jako czytelniczki. 

Tak czy inaczej, znajomość z Kacprem będzie dla Anny traumatyczna, z tym, że szczęśliwie okaże się, że ma jednak ona przy sobie osoby życzliwe, gotowe w każdej chwili jej pomóc. 

Sam problem, który jest poruszony w "Niepokornej" faktycznie zasługuje na uwagę. Handel kobietami , handel ludźmi, to wciąż jeden z najbardziej poważnych problemów współczesnego świata. I faktycznie wcale nie jest tak, że tym złem para się ktoś wyimaginowany zza siedmiu gór i rzek a być może ktoś z dalszej rodziny, jakiś mniej znany kuzyn czy krewny? Niebezpieczeństwo może być całkiem blisko.

Na samym początku wspomniałam o tym, że "Niepokorna" to debiut książkowy Pani Jolanty Bartoś . Autorka wydała już następne książki. Z tego co widzę , interesuje Ją raczej ta bardziej mroczna strona ludzkiej osobowości a o tej można pisać bardzo dużo, bo pomimo, że często przerażająca to stanowi dla autorów zapewne źródło pomysłów do powstania książek. 

Moja ocena  "Niepokornej" to 4. 5 / 6.

piątek, 17 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Magdalena Rychlik.

Tytuł oryginalny The Party.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Premiera książki 21.08.2018.

"Złe towarzystwo" to książka, po którą sięgnęłam skuszona opisem. Zastanowiłam się co nowego można będzie wymyślić w dość znanym nam już motywie. Czyli dobrze sytuowana , zamożna , wydawałoby się szczęśliwa rodzina. I zapowiadany kryzys, który ją dotknie. 

Autorka spisała się chociaż muszę przyznać, że wielkich zaskoczeń nie było. Od pewnego momentu stylem i poprowadzeniem akcji przypominała mi ta książka książki Jodi Picoult. Chociaż nieco bardziej mroczną i raczej przybijającą. Ale uważam ją za bardzo trafny (niestety) portret młodzieży w wieku nastoletnim, której największym problemem staje się nie nauka, oceny, relacje z rodzicami a fakt jak i czy w ogóle, zostanie owa młodzież zaakceptowana w kręgu rówieśników. I całkiem nieźle odmalowany rozpad rodziny, który po dramatycznych wydarzeniach nabiera niezwykłej prędkości.

Do czasu imprezy urodzinowej córki Kim i Jeff żyli szczęśliwie (dość ) w swojej pięknej willi z widokiem na Zatokę San Francisco. Mieli dwójkę udanych i spełniających ich oczekiwania dzieci. Zwłaszcza Kim opuszczając rodzinny dom przyrzekła sobie, że jej własny będzie wyglądał inaczej niż ten, w którym się wychowała. I całe swoje dorosłe życie jako mężatka i matka podporządkowała realizacji tego marzenia i planu. Wciela go w życie poprzez dbanie o córkę Hannah, która właśnie kończy szesnaście lat i młodszego o trzy lata brata Hannah. Wydaje się, że dzieci są zadbane i matka poświęca im wystarczająco dużo czasu. Ojciec pracuje, ona raczej kilka godzin tygodniowo, dodatkowo z domu. Ma czas na przygotowywanie zdrowego jedzenia, wypytanie o to co w szkole, dobór odpowiednich zajęć pozalekcyjnych dla dwójki swoich dzieci.

Wydaje się, że wszystko się układa. Rodzina ma ładny dom, pieniądze, odpowiednich znajomych. Pewne relacje zacieśniają się a pewne zanikają. Kiedy córka na szesnaste urodziny sprasza parę koleżanek z liceum, Kim ze zdumieniem odkrywa, że zaproszona jest też Ronnie Monroe. Ronnie to córka Lisy, z którą Kim w czasach wczesnego dzieciństwa Hannah i Ronnie utrzymywała bardzo ścisły kontakt. Lisa to samotna matka, ale kiedy dziewczynki były małe, Kim w ramach pokazywania dzieciom nieco mniej idealnego niż ich rodzinny, świata, zezwalała na takie znajomości i sama dodatkowo miała dobry kontakt z Lisą. Nie wie jednak, że owe szesnaste urodziny Hannah wymkną się spod kontroli i staną się początkiem czegoś bardzo , bardzo złego, co będzie związane właśnie z Ronnie i jej matką, Lisą.  

Impreza początkowo zapowiada się w porządku. Jako, że Hannah bardzo chce dostać się do najbardziej interesującej grupy w swojej szkole, zaprasza dwie dziewczyny, Lauren i właśnie dawną koleżankę, Ronnie, z którą jednak urwała się jej przyjaźń. Są też dwie inne koleżanki, ze "starych" czasów, gdy Hannah zajmowała się raczej nauką i spełnianiem oczekiwań matki a nie wymykała się rodzicielce spod kontroli. Szesnaste urodziny Hannah dla jej rodziców to zorganizowanie niewinnej imprezy polegającej na oglądaniu przez nastolatki filmów, jedzeniu pizzy i popijaniu napojów absolutnie nie alkoholowych. Dla Hannah jednak to przyjęcie ma stać się swoistego rodzaju przepustką do bycia popularną w szkole i dostaniu się do w jej mniemaniu "elitarnej" paczki znajomych.

Wszystko jednak potoczy się zupełnie inaczej niż miało się potoczyć i to jeśli chodzi o oczekiwania Kim i Jeffa , jak i samej Hannah. Na imprezie dochodzi do wypadku, który niestety będzie niósł ze sobą poważne i dramatyczne konsekwencje. Konsekwencje, które dotkną zarówno rodzinę jubilatki jak i uczestniczek imprezy, jednak najbardziej Ronnie Monroe.

"Złe towarzystwo" ukazuje bez żadnej delikatności i znieczulenia to, czego obawia się najprawdopodobniej każdy rodzic. Czyli niezależnie od tego jaką metodą czy według jakiego poradnika czy rad wychowujesz swoje dziecko czy dzieci, starasz się jednak wychować je na dobrych i uczciwych ludzi. A pomimo tego bywa, że albo ci to zupełnie nie wychodzi albo w danym momencie, zdarzy się jakaś jedna sytuacja, która stanie się nieco kamykiem powodującym lawinę złych zdarzeń. Być może jedna niewłaściwa decyzja, być może jakieś zapomnienie się, być może jednorazowa chęć zwolnienia rodzicielskich nakazów czy wręcz zakazów, która to chęć w większości przypadków skończyłaby się na jakiejś karze ale gdy wymyka się spod kontroli na karze nie oglądania telewizji czy chodzenia na imprezy nie kończy się jednak. To również o koszmarze, którego boi się rodzic a mianowicie tego, że tak naprawdę kompletnie nie zna własnego dziecka.

"Złe towarzystwo" pokazuje obłudę ludzi ale nie stawia jednych w dobrym a drugich w złym świetle. Tu właściwie każdy pokaże swoje niezbyt dobre oblicze i tu każdy wytoczy ciężkie działa a wręcz wywoła wojnę. W tej książce wreszcie pokazane jest szczerze, do czego może prowadzić nadmierna kontrola mylona z troską ale i rozpacz drugiej matki, której dziecko zostało w jej mniemaniu skrzywdzone przez konkretne osoby. 
Do tego dobrze oddany obraz szkoły , nastolatków, które to przestają być słodkimi dzieciaczkami z dołeczkami w brodzie a zmieniają się czasem w niemal potwory gotowe zniszczyć kogoś bez mrugnięcia okiem. I opis zachowań osób pobocznych, które często nie znając kompletnie szczegółów danej sytuacji czują się w obowiązku stać się moralizatorską wyrocznią.

Raduje mnie też takie a nie inne zakończenie bo mam wrażenie, że właśnie dokładnie byłoby w podobnej sytuacji tak jak to opisała autorka a nie inaczej. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

czwartek, 16 sierpnia 2018

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Premiera książki 21.08.2018

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie czytałam poprzedniej książki Aleksandry Kowalskiej pod tytułem "Ucieczka" i widzę, że koniecznie będę musiała nadrobić to niedopatrzenie. "Na tropie Anny" bowiem podobała mi się ogromnie (pomimo, że to niestety taka książka, która nie jest dla mnie osobiście łatwa). 

Melania ma trzydzieści pięć lat i mieszka z ojcem pod Paryżem. Trzy lata temu jej życiem wstrząsnął dramat. Matka, Anna, ceniony chirurg ale przede wszystkim wielkie wsparcie i przyjaciółka Melanii, zginęła w paryskim teatrze w zamachu terrorystycznym. Ale to nie koniec koszmarów, bo jak szybko się dowiadujemy, Melania w ciągu właściwie jednego roku straciła dwie najważniejsze w jej życiu osoby. Wypadek samochodowy, do którego doszło niemal w ciągu roku od straty matki, spowodował, że Melania nie ma już rodziny i pomieszkuje u ojca dochodząc do siebie po szpitalu.

Nagle, pewnego dnia, zupełnie przypadkiem dokonuje wstrząsającego odkrycia. Za sprawą wydruków emaili, znalezionych w torebce Anny, którą córka sprzedaje, Melania dowiaduje się,że matka prowadziła podwójne życie. I nagle zdesperowanej, będącej wciąż w bardzo złej formie psychicznej kobiecie, wszystko zaczyna się układać w dość niewiarygodnie brzmiącą początkowo ale właściwie czy na pewno nie niemożliwą całość. Ta całość to scenariusz, w którym Annie udaje się ocaleć z zamachu terrorystycznego i w którym to matka wykorzystując jedyną szansę i możliwość, opuszcza dotychczasową rodzinę aby udać się do Nowej Zelandii, w której mieszka Michael, będący od kilkudziesięciu lat kochankiem Anny.

Melania będąca w rozsypce i w koszmarnym stanie psychicznym, pomimo wsparcia ojca i przyjaciela , wie, że tak naprawdę o tym wszystkim, co stało się w jej życiu i o jej uczuciach może porozmawiać jedynie z mamą. Postanawia postawić wszystko na jedną kartę, wykupić bilet do Nowej Zelandii. I znaleźć Annę.

Od tej pory rozpoczyna się niewiarygodna podróż Melanii właśnie tytułowym "tropem" Anny. Nowa Zelandia przyjmuje kobietę w żałobie z wielką czułością i stanie się miejscem, w którym zdarzy się bardzo, bardzo dużo. Niestety, nie chcąc psuć Wam lektury nie chcę pisać nic więcej.

Dlaczego ta książka okazała się jedną z najlepszych jakie czytałam? Dlatego, że pomimo, że dla mnie osobiście była bardzo trudna, czytałam ją niemal non stop, nie mogąc się od niej oderwać i wręcz zarywając noce. Ponieważ oddaje niesamowicie wiarygodnie czas niezaleczonego bólu i przeciągającej się żałoby, która nie może dla głównej bohaterki ruszyć na kolejny jej poziom. 

To niesamowicie prawdziwy obraz życia młodej osoby, której zawalił się świat i która ma wrażenie, że z tego zawalenia się swojego dotychczasowego życia nie będzie w stanie nigdy już się wydostać. 

Aleksandra Kowalska nie moralizuje, nie narzuca nam tego jak mamy odbierać główną bohaterkę i motywy jej postępowania. Sądzę, że znajdą się "znający się na wszystkim", którzy oczywiście znajdą coś, co czego można się przyczepić. Według mnie jednak postać Melanii została skonstruowana rewelacyjnie , bardzo, bardzo wiarygodnie i tak możliwie do zaistnienia jak tylko się da. Do tego stopnia, że chciałoby się przytulić kobietę i wyszeptać jej,że jest się przy niej. Jednocześnie bez żadnej nachalności odczytujemy w tej książce przesłanie jakim jest to,  jak często nie doceniamy naszego własnego szczęścia, może zbyt przewidywalnej stabilizacji ale właśnie, dobrej, bezpiecznej sytuacji.

Świetnym zabiegiem stylistycznym jest umiejscowienie akcji książki w tym konkretnym kraju, jakim jest Nowa Zelandia. W posłowiu autorka wyjaśnia, że sama odbyła taką podróż i napiszę, że to się faktycznie czuje. Opisy niewiarygodnej i wciąż nie niszczonej przyrody tego kraju powodowała, że sama miałam wrażenie, że podróżuję wraz z Melanią i innymi bohaterami po Nowej Zelandii. Sądzę, że świetnie, że tam właśnie trafia Melania w jej stanie psychicznym. Po tym, co przeżyła, jej świat jest kruchy jak porcelana a śmierć wydaje się wręcz czyhać z każdego kąta. Wiem, że mogą się znaleźć głosy, że na bohaterkę spada zbyt wiele jak na jedną osobę ale niektórzy z nas doskonale wiedzą, że zło nie pyta czy może zajrzeć a kiedy nie wyrazi się na to zgody, wędruje do sąsiada ... Sądzę, że właśnie w Nowej Zelandii, w tych konkretnych miejscach, wśród takiej przyrody, Melania mogła powoli zacząć planować nowe życie. 

Melania w tej książce to wspaniale nakreślony portret osoby w podwójnej żałobie, osobie, której skończył się świat i która wciąż nie wie czy jakiekolwiek inne życie wciąż jest przed nią możliwe. W końcu nie każdy, kto jak odczuwa to bohaterka, "wypadł z kolein życia" ma na tyle siły by w te koleiny z powrotem trafić.

Oprócz tego to ciekawa książka jeszcze pod innym względem. Otóż zwraca ona uwagę na fakt, że często wydaje się nam, że znamy bliskie nam osoby, wręcz możemy za to ręczyć.Tymczasem okazuje się, że nawet najbliższe nam osoby skrywać mogą wielkie tajemnice.

Ta niesamowicie dobrze napisana książka z dobrze rozpisanymi postaciami i świetnym wątkiem psychologicznym, osadzona w magicznie wyglądającym miejscu i z odrobiną magii w niej zawartej, nie mogła otrzymać ode mnie noty innej niż ta. 

A jest nią 6 / 6. 

 

ps. Gdyby nie fakt, że staram się z tym "walczyć" , dałabym jej notę 6.5 / 6.

 
1 , 2
| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...