Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
piątek, 30 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Literatura. Warszawa (1999). 

"Wędrowców" czytałam w swoim dzieciństwie. Uwielbiałam tę książkę. Miałam ją na półce obok innej świetnej książki Joanny Papuzińskiej czyli "Rokiś. A gdzie ja się biedniuteńki podzieję?". Książka ("Wędrowcy") została w domu rodzinnym a ja dwa czy trzy lata temu postanowiłam poszukać jej czy może została wznowiona. Znalazłam wydanie z roku 1999 i oto jedna z moich najulubieńszych książek z dzieciństwa jest w moim domu. Ponieważ właśnie dopiero co przeczytałam ją Jasiowi, słów parę o niej zamierzam napisać. 

Po pierwsze, wcale się sobie nie dziwię, że już teraz jako dorosła czytelniczka, tak lubię motyw Świąt Bożego Narodzenia  w książkach. Jak mogło stać się inaczej skoro zaczytywałam się przed każdymi Świętami tą właśnie? No jak? Nie dało się inaczej, taka prawda :)

Aga i Antek to rodzeństwo. Ona ma trzynaście, on osiem lat. W dniu Wigilii rodzeństwo robi ostatnie porządki w oczekiwaniu na przyjście rodziców. Na kuchni pyrkocze się wolniutko kapusta a dzieciaki sprzątają. Dzieje się to jednak tak dynamicznie, że w pewnej chwili spada na ziemię ukochana przez mamę i pielęgnowana z sercem paprotka. Paprotce szczęśliwie nic się nie dzieje, za to z pękniętej doniczki wypada nieco ubrudzony ziemią maleńki kluczyk, który Antek natychmiast chowa do kieszeni spodni i zapomina o tym w zaaferowaniu. Trzeba bowiem czym prędzej usunąć "ślady zbrodni". Rodzeństwo zgodnie przesadza roślinkę, co nawet jej chyba dobrze robi. Do domu wracają rodzice i chcąc mieć spokój przy pakowaniu prezentów, wysyłają dzieci jeszcze na chwilę do sklepu po migdały.

Aga i Antek wyruszają do sklepu ale wyprawa ta nagle zmieni się w niezwykłą, tajemniczą i magiczną podróż. Tytułowym "wędrowcom" bowiem poplączą się drogi i dróżki, ulice zmienią nagle swoje położenie a tramwaj, którym zawsze bez problemu wracają z miasta do domu, zmienia bieg trasy i dojeżdża do lasu. Czas w jakiś magiczny sposób zmienia bieg i generalnie zaczyna się robić niezwykle, tajemniczo ale i ekscytująco. 

Aga i Antek trafią do starszej pani, u której będą sobie wróżyć z wierszy, tak tak, nie z wosku właśnie a z wierszy, potem pomogą właścicielowi sklepu ze zwierzętami odtransportować zakupionego psa boksera do jego nowych właścicieli. A następnie trafią do pewnej odciętej od świata chałupki w górach, gdzie będą brali udział w jednym z najbardziej niezwykłych widowisk jakim są narodziny nowego człowieka. Nie obawiajcie się, obywa się bez zbędnych jak na książkę dla dzieci, szczegółów , które mogłyby kogoś zniechęcić ale z pewnością nie ma tu żadnego wmawiania tego, że dzieci znajduje się w kapuście lub przynosi je bocian. 

Kiedy byłam mała bardzo lubiłam "Wędrowców" za atmosferę i klimat tajemnicy, magii, przygody. Ale i wtedy i teraz, gdy czytam ją już jako dorosła osoba, najbardziej podoba mi się w niej podkreślenie wspólnoty, siły rodzeństwa, które na co dzień może się i sprzeczać o drobiazgi ale kiedy dzieje się coś ważnego, jest ze sobą, jest razem i wspiera się wzajemnie. Jak zresztą oboje w pewnej chwili komuś przyznają, gdyby w podobnej sytuacji znaleźli się sami, bez brata czy siostry obok, byliby zdenerwowani. A tak? Traktują to jako wspólną przygodę, trochę jak z książki. No i piękna jest ta pointa, czyli, nawet po największej przygodzie, po niesamowitym czasie , najlepiej i najbardziej szczęśliwie jest w rodzinnym domu, wśród najbliższych.

Joanna Papuzińska to według mnie jedna z najlepszych polskich autorek książek dla dzieci. I gdy czytałam je jako dziecko i teraz doceniam to w jak poważny sposób podchodzi ona do nieletniego czytelnika. Z powagą i szacunkiem, pisząc właściwie tak, że gdy czytam to jako dorosła nie czuję się infantylnie a jednocześnie wciąż ta proza pozostaje prozą dla dzieci. Tak potrafią jedynie naprawdę wspaniali autorzy i autorki. 

Idę zaraz sprawdzać, czy po przełomie a najlepiej obecnie, wznawia się wcześniejsze książki autorstwa Joanny Papuzińskiej. Jeśli nie, to ze swej strony czynię nieśmiałą sugestię w stronę wydawnictw aby zainteresowały się wcześniejszymi książkami Pani Joanny i je wznowiły bo to jest wspaniała literatura dla dzieci, naprawdę. 

Moja ocena i to wcale nie z sentymentu, a rzetelna i szczera , nie może być inna niż 6 / 6.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Anna Niedzielko.

Tytuł oryginalny Tutta colpa di New York.

Kolejna książka, którą kupiłam wykorzystując promocję na książki ze Świętami w tle. Tu faktycznie Święta stanowią tło, a najważniejszy jest właściwie czas tuż przed nimi ale jest to całkiem zgrabna opowiastka o miłości , która dzieje się w Nowym Jorku. Książka zdecydowanie nie aspiruje do niczego więcej niż jest czyli pozytywnym czytadełkiem, książką o miłości, według mnie całkiem fajnym pomysłem na sfilmowanie pod banderą "Komedii romantycznej". 

Jak wspomniałam, Święta Bożego Narodzenia są tu właściwie tłem do opowieści jako, że główna bohaterka, młoda kobieta Clover O'Brian , bardzo lubi czas tych Świąt. Pomimo tego, że jej kontakty z rodziną nie należą do wymarzonych , ona wciąż wierzy w magię tego czasu. Lubi przyozdobić swój dom na Święta, wiesza w oknie lampki choinkowe, układające się w uśmiech witający ją powracającą z jej oryginalnej pracy co wieczór do domu, lubi wybierać prezenty świąteczne dla przyjaciół. Wspomniałam o oryginalności zajęcia Clover. Jest bowiem "personal shopper", ale ja wolę sobie to przetłumaczyć jako "wybieraczka prezentów". Z trójką innych przyjaciół pracuje w "Giftlandzie", sklepie zapewniającym dobór prezentów dla innych . Klienci korzystający z usług sklepu mogą zarówno kupić coś w samym sklepie, jak również z pomocą między innymi właśnie Clover, zamówić dla kogoś bliskiego coś bardziej osobistego jak opowiadanie, wiersz czy film złożony ze wspomnień czy zdjęć. 

Niestety, samej Clover jakoś nie udaje się otrzymać prezentów równie wspaniałych jak te, które wybiera dla klientów sklepu. Do czasu. Do czasu gdy vis a vis jej odziedziczonej po babci willi w zabytkowej części Nowego Jorku nie zatrzyma się On. Sława kina Hollywood, Cade Harrison.

W Nowym Jorku znalazł się ukrywając się przed reporterami plotkarskich gazet i namolnymi fanami po pewnej bardzo nieprzyjemnej sytuacji z byłą już dziewczyną.

I natyka się zupełnie przypadkiem na Clover. Rudowłosą, temperamentną , istny wulkan energii. Na pewno nie żadną gwiazdę z pierwszych stron gazet ale dziewczynę, której największym marzeniem przed Świętami jest to aby ujrzeć moment zapalania światełek na wielkiej choince na Rockefeller Center. I Cade, który pod wpływem pewnych wydarzeń zapała uczuciem do Clover, zechce jej ten moment zorganizować w sposób niezwykły i bardzo odległy od tego, do którego kobieta do tej pory przywykła. 

No tak, jest to opowieść o tym, jak dwoje zupełnie różnych ludzi spotyka się i zakochuje. Tak, jest to raczej lekka opowieść ale nawet pod płaszczykiem tej lekkości można wyczytać fajne i uniwersalne przesłania, że można tarzać się w pieniądzach a tak naprawdę najważniejsze to mieć obok siebie kogoś, kto nas kocha dla tego kim jesteśmy a nie dla tego co mamy. 

Polubiłam Clover za jej charakter , za to, że nie wstydziła się przyznać, że lubi czas przedświąteczny i świąteczny pomimo, że w sumie do tej pory mało kto organizował z nią ten czas tak aby czuła się naprawdę szczęśliwa. Wreszcie, tak, polubiłam tę dwójkę jako parę i kibicowałam ich związkowi :) 

Jak już wcześniej wspomniałam, książka zdecydowanie nie udaje niczego innego niż jest a jest całkiem udaną lekturą czytaną w okresie około świątecznym kiedy to można przymknąć oko na to, że w życiu nie zawsze układa się tak jak w bajce i poczytać sobie właśnie taką historię ze zdecydowanie szczęśliwym zakończeniem.

Moja ocena to 4.5 / 6.

środa, 28 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Agnieszka Myśliwy.

Tytuł oryginalny The White Christmas Inn.

Skorzystałam parę dni temu z korzystnej promocji i oto zupełnie przypadkiem (jakoś wcześniej nie zarejestrowałam, że się ukaże) za mną bardzo udana lektura świąteczna. Od razu uprzedzam, że jest to dokładnie taka lektura z motywem Świąt Bożego Narodzenia , jaką lubię. Czyli nie zdarzają się żadne nieszczęścia, a jeśli to wszystko dobrze się kończy. Tak, jest słodko, jest z lukrem, są niewytłumaczalne zbiegi okoliczności (chociaż gdy czasem analizuje się wydarzenia z własnego życia też zdarzają się spotkania, zdarzenia, które wydawałoby się, że nie mogły się zdarzyć więc czemu by nie mogły pojawić się w książce?). Jest ciepło, serdecznie, dobrze. No więc tak, ci, którzy stronią od tego typu lektury od razu wiedzą, aby po nią nie sięgać. Ci zaś, którzy podobnie jak ja, właśnie na czas lektury świątecznych książek włączają w sobie odrobinę więcej wyrozumiałości i przymykają oko na pewne niemożliwości do zaistnienia a jednocześnie oczekują od książki pokrzepienia, ciepłej atmosfery i serdeczności, ci w stu procentach będą usatysfakcjonowani. 

Akcja książki rozgrywa się w pensjonacie o nazwie Evergreen Inn. Od dziesięciu lat prowadzą go Jeanne i Tim. Małżeństwo zakładając pensjonat chciało z tego miejsca uczynić miejsce wyjątkowe, nie kolejny zajazd czy motel ale miejsce wysublimowane z dopracowanymi szczegółami takimi jak kolor poduszek czy zasłon bądź korzystanie z usług i produktów lokalnych przedsiębiorców. Dlatego też kupują droższą ale dobrą jakościowo żywność. Jeanne dba też o wystrój pensjonatu, jest on wyposażony nie tylko w nowoczesne wyposażenie lecz ma coś, czego nie mają inne pensjonaty a mianowicie klimat i tak zwaną "duszę". Serdeczni gospodarze, piękne i urządzone z pomysłem i pięknem wnętrza, to wszystko przez całą lekturę kojarzyło mi się z naszą ulubioną miejscówką na Warmii, dokąd od czasu jej odkrycia w roku 2016 byliśmy już siedem razy. No ale , nie zbaczajmy z tematu. W każdym razie jeszcze do niedawna pensjonat stanowił źródło satysfakcji i radości małżeństwa. Niestety, parę lat temu dwadzieścia pięć kilometrów od Evergeen Inn otwarty został hotel , z setkami pokoi ale i prywatnym stokiem narciarskim i wyposażeniem dla dorosłych i dzieci. Nieważne, że Jeanne i Tim maja również wyposażenie dla gości i dla każdego wymyślą coś niezwykłego a przy tym serwują wspaniałe potrawy Jeanne (opisy przysmaków stanowią powód bycia głodnym przez większość lektury). Ważne jednak, że ich pensjonat przestaje przynosić dochody. I Jeanne i Tim stają przed oczywistym i bardzo przykrym faktem. Muszą zamknąć interes, sprzedać pensjonat i wrócić do miasta do gonitwy ale i mimo, że nielubianej ale dającej pensje , pracy biurowej. Nie wiedzą jak to przekazać Iris, starszej pani, do której należała posiadłość, w której urządzili pensjonat i która sprzedała im ją wierząc w powodzenie ich przedsięwzięcia. Jest nawet ich pracownicą, pracuje bowiem na recepcji, zawsze serdecznie witając każdego gościa. Nawet jeśli jest nim nieco wyniosły chwilami i sprawiający dość tajemnicze wrażenie mężczyzna z angielskim akcentem, niejaki GEoffrey Godwin. 

W Evergreen Inn bowiem na dzień przed Wigilią znajdzie się gromadka nieco przypadkowych gości. Tylko część z nich trafiła tam planowo , czyli MOlly, autorka książek dla dzieci, Hannah mająca w Święta wziąć w ulubionym pensjonacie ślub, jej rodzice i świadkowa. Reszta gości, czyli Eileen i Frank, małżeństwo pierwszy raz mające spędzić Święta bez dzieci i samotny ojciec Marcus wraz z córkami Bailey i Addison trafi do Evergeen Inn przypadkowo. Śnieżyca i zamknięte drogi stanowe staną się powodem poszukiwań miejsca na nocleg. Będzie też Luke, wnuk Iris, który przed Świętami wpadł złożyć babci życzenia a śnieżyca i jemu odetnie drogę. Jest też ów tajemniczy nieco i bardzo skrupulatny tajemniczy mężczyzna z angielskim akcentem. 

Chcąc czy nie, chociaż część z nich miała zupełnie inne plany, przyjdzie im spędzić czas Świąt razem. Ale nikt nie będzie robił z tego powodu tragedii. Okaże się, że ta sytuacja wręcz uruchomi w niektórych pokłady serdeczności, życzliwości i dobra. Nieznani dotąd ludzie pogrążą się w długich rozmowach, będą sobie pomagać, spędzać razem czas. Będą mogli coś komuś opowiedzieć, mając świadomość, że mają słuchaczy ale też będą mogli dać komuś nietypowy prezent w postaci bycia słuchaczem czyichś historii. 

Do tego opis świątecznego wyposażenia i dekoracji pensjonatu i wspaniałe potrawy serwowane przez gospodynię, to wszystko składa się na ładny i ciepły obraz Świąt jakie mogą być dla niektórych wręcz wzorem na Święta wymarzone. Gdy liczy się obecność innych osób, możliwość rozmowy, wspólnego zjedzenia dobrego jedzenia, kolędowania z innymi. 

Jak już wspomniałam na początku, do niedawna w ogóle nie słyszałam o tej książce a tu nagle otrzymałam piękny przedświąteczny prezent mogąc ją przeczytać. 

Tak, ocena jest zdominowana przez moje osobiste i całkowicie subiektywne oczekiwania w odniesieniu do tego typu książek ale nic na to nie poradzę ;)  Moja ocena to 6 / 6. 

poniedziałek, 26 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Edipresse Książki. Warszawa (2018). Ebook.

Ach, jaka to jest piękna książka. Tak, właśnie tak ją określę, jako piękną. Ta książka to jedna z najbardziej dopracowanych, wycyzelowanych książek. Począwszy od okładki, zaprojektowanej przez Magdalenę Zając a zdjęcie do niej jest od Najka Photography (doceniam ogromnie pracę nad okłądką a nie wzięcie zdjęć ze stocka), przez pomysł na dwadzieścia cztery rozdziały książki wraz z fragmentami kołysanek, tworzące coś na kształt nietypowego kalendarza adwentowego dla czytelników lubiących książki świąteczne, a skończywszy na jej treści. 

Już o tym kiedyś mówiłam, Natasza Socha to według mnie dość niedoceniana polska autorka, pisząca dobre i mądre książki. Obym się myliła, oby to było jedynie moje wrażenie, serdecznie tego życzę autorce aby to było jedynie moje odczucie bo zwyczajnie żal by było gdyby tak wspaniałe książki były omijane przez czytelników. 

Od razu powiem, że dla mnie samej z pewnego względu była to lektura dość trudna. Ci, którzy czytają mój blog od dawna będą wiedzieli dlaczego gdy napiszę, że gros akcji rozgrywa się na oddziale neonatologii (sądząc po przypadkach musi to być OIOM) jednego ze szpitali położniczych w Poznaniu. Pomimo, że podczas lektury bywały ciężkie momenty gdy wracały się wspomnienia i obrazy, chciałam przeczytać tę książkę bo czułam, że będzie ona piękna i nie myliłam się. 

Opowieść w "Pokoju kołysanek" odnosi się do prawdziwej historii amerykańskiego emerytowanego nauczyciela, który pracuje w jednym ze szpitali jako "przytulacz" noworodków, które z jakichś powodów nie mogą w danej chwili mieć przy sobie najbliższych. 

Joachim to starszy pan. Ma osiemdziesiąt pięć lat. Pomimo, że nigdy nie założył rodziny, chyba nie uważa swojego życia za niepełne, pracował w wymarzonym zawodzie, bardzo dużo podróżował. Jednak chyba sądzi tak do czasu. Spontanicznie zgłasza się do pracy na oddziale noworodkowym jako "profesjonalny przytulacz". Sporo maluchów spędza na oddziale szpitalnym po urodzinach długi czas. Bardzo dużo z nich wręcz walczy o życie, jako , że są wcześniakami. Kiedy jednak udaje im się zwyciężyć i zaczynają przybierać na wadze i kiedy można już je tulić, do akcji wkracza Joachim. Nie wszystkie maluszki mogą liczyć na stałą obecność mamy. Joachim natomiast przebywa na oddziale długo i przytula, tuli, oddaje wielką miłość i ciepło a ponadto opowiada noworodkom historię swojego życia. Opowieści te traktują o jego podróżach. Jak już pisałam, mężczyzna realizował się zwiedzając świat a przebył naprawdę wiele kilometrów. 

Okazuje się, że w jego życiu był kiedyś Ktoś Ważny. Kobieta, z którą jednak Joachim nie potrafił wtedy zostać, coś bowiem gnało go w świat. Teraz, gdy mocno się już zestarzał, zdaje sobie sprawę z tego, że chyba jednak przez całe życie tej ważnej dla niego kobiety mu brakowało. 

Dlaczego ta książka tak mnie zachwyciła? Bo jest ciepła, mądra, ładna. Bo ma ciekawych bohaterów, dla których ważni są inni ludzie. Bo nie jest to opowieść tylko o Joachimie ale o Helenie, Rozalii, Rysi, ale i o Marcie i jej partnerze, siostrze Marii pracującej na oddziale od wielu, wielu lat. Ich życie nie zawsze było lekkie, łatwe i przyjemne a pomimo tego ciekawe.

Podoba mi się też, o czym pisałam, podzielenie opowieści na dwadzieścia cztery rozdziały. Kto ma ochotę na taki rodzaj lektury, może ją sobie dawkować jak książkowy kalendarz adwentowy a lekturę rozpocząć od soboty. 

To książka, która jest , tak przynajmniej ja to odczuwam, niezwykle przemyślana. To nie przypadkowa treść mająca przy okazji wypełnić świąteczny popyt na tego typu literaturę. Sama Autorka przyznaje, że podczas pisania wykorzystała oryginalne zapiski podróżne swojego Dziadka i tak, te zapiski wspaniale uzupełniają literackiego Joachima.

Niezwykły jest list, który otrzymuje Joachim pod koniec tej opowieści. Nie chcę nic zdradzać bo cała przyjemność w lekturze, ale niesamowite jak bardzo wiele zależy w życiu od przypadku i jak często możemy minąć się z kimś dosłownie o krok. 

A to zakończenie !!! Wbiło mnie w powiedzonkowy fotel (bowiem nie czytam w fotelu a wczoraj książkę kończyłam już późną nocą w łóżku). Wspaniałe, wspaniałe ! Na końcu otrzymujemy klamrę spinającą pewne wydarzenia z przeszłości z teraźniejszością i otrzymujemy nadzieję na piękną kontynuację tej niezwykłej historii. I ponownie zachwyt jak wszystko w tej książce konsekwentnie wynika z siebie wzajemnie, jak się przenika i jak logicznie można to wyjaśnić. 

Jestem zachwycona tą książką. I pomimo trudnych tematów w niej poruszanych a na pewno miejsca, w jakim przebywa Joachim, polecam ją jako tę , która niesie mnóstwo nadziei na to, że po złych chwilach przyjdą te dobre i że tak, szczęśliwe zakończenia jak najbardziej się zdarzają. 

Moja ocena to 6.5 / 6  (tak, znów "to" zrobiłam :) ). 

 

 

środa, 21 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie W.A.B.  Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kamienica w Krakowie przy ulicy Świętego Sebastiana to miejsce akcji pięknej i ciepłej książki "Okruchy dobra" sprawdzonego już wcześniej w książkach z cyklu "Ogród Zuzanny" duetu Bednarek i Kaczanowska.

Tak, bezsprzecznie jest to książka, którą określam mianem "bajki dla dorosłych". Tak, to taka opowieść, w której mimo problemów i kłopotów bohaterów zakończenie niesie nam nadzieję na to, że wszystko dobrze się skończy. I czy jest to zarzut? Nie, nie i jeszcze raz nie. Być może (nie być może a na pewno) są osoby, które będą się zżymać i narzekać, że to kolejna świąteczna przelukrowana i przecukrzona opowieść, a przecież życie tak nie wygląda. I właśnie dlatego, że nie wygląda , lubię raz na jakiś czas przeczytać taką właśnie historię a w odniesieniu do tak zwanych "świątecznych książek" moje oczekiwania wręcz sprowadzają się do tego, że książka ma się zakończyć dobrze i nieść ze sobą przesłanie jakie niesie ta książka właśnie, czyli, że po złym czasie w życiu człowieka jest jeszcze szansa na coś dobrego, lepszego, wspaniałego. 

We wspomnianej na początku przeze mnie kamienicy mieszka część bohaterów "Okruchów dobra". Samotna mama pięcioletniej Zosi, Jowita, która ledwo wiąże koniec z końcem a chwila przed wigilią zastaje ją na niewesołych rozmyślaniach o tym, że Święta będą i niewesołe i ubogie. Pani Małgorzata, mocno starsza pani, która ongiś brylowała w artystycznym świecie Krakowa, teraz boi się nawiedzających jej mieszkanie duchów a czas spędza w towarzystwie wypchanej papugi na oczekiwaniu na kontakt ze strony córki Urszuli , z którą się pokłóciła. W kamienicy mieszka też Urszula, która chcąc z całego serca uniknąć choroby, która zabiła jej mamę, właśnie dowiaduje się , że jednak zachorowała. Jest też Anna, którą właśnie porzucił mąż wcześniej zdradzając kobietę i stawiając ją niejako przed faktem odejścia w sposób nagły i brutalny. Anna na chwilę przed wigilią, kiedy to rozpoczyna się akcja książki , przygarnie pewną samotną istotę co stanie się początkiem nie tylko wspaniałej miłości co również początkiem nowego i zdecydowanie lepszego życia samej kobiety. 

Są też bohaterowie opowieści, którzy nie mieszkają w tej kamienicy. Szymon z Warszawy, który zostanie niejako zmuszony do odnowienia znajomości z krewną, panią Małgorzatą, Roman, wychowujący samotnie po tragicznej śmierci żony nastoletniego syna Kacpra, który nie wie już jak ma trafić do syna, który po śmierci mamy zamknął się w sobie a przed ojcem postawił mur obojętności. Jest też niezwykły duet, który ogromnie mnie osobiście wzruszył czyli krakowski dorożkarz, pan Ignacy i jego wspaniały , wierny koń Adagio, zwany przez pana Ignacego pieszczotliwie Adasiem. Adaś to koń, który uwielbia Święta Bożego Narodzenia i dzieci ;) I wie, że ludzie niepotrzebnie najczęściej komplikują to, czego nie powinni. 

Losy bohaterów splotą się pewnego dnia aby dać im szansę spotkać się w jednym z najpiękniejszych dni w roku. Jak? W jaki sposób przetną się losy tej gromadki? I jak to się stanie, że liczba dwanaście jak dwunastu Apostołów odegra ważną rolę, tego dowiecie się z książki.

Ja ze swojej strony napiszę,że tak, jest to książka wzbudzająca wzruszenie, może ciut ciut czasem aż za bardzo grająca na emocjach ale szczęśliwie konwencja, w którą się wbudowuje, czas, który dla tak wielu jest ważny sprawia, że w ostatecznym podsumowaniu ów nadmiar emocji i szczęśliwych zbiegów okoliczności jest do wytłumaczenia i tworzy logiczną całość.

Jeśli szukacie książki świątecznej, która niesie ze sobą nadzieję na to, że po złych dniach, latach, momentach pojawi się w życiu dobro , to jest to właśnie taka książka.

Wielki plus dla Autorek za miłe, ciepłe postaci ale również za dwójkę zwierząt-bohaterów, Dominika i Adasia. Rzadko kiedy autorzy lubią uczynić zwierzęta bohaterami równorzędnymi z ludźmi. Tu ten zabieg zdecydowanie się powiódł. 

Moja ocena nie mogłaby być inna niż 6 / 6. 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Przyznaję się, kupiłam korzystając ze świetnej promocji na ebooki wydawnictwa, chyba wszystkie ich świąteczne książki polskich autorek. Oto przyszła kolej na "Randkę pod jemiołą". Kiedy czytałam opisy innych czytelników już po lekturze, miałam wrażenie, że będzie jednak mocno przewidywalna i nawet , cóż, banalna? Ale miło się rozczarowałam. Owszem, pewne motywy znamy doskonale z innych książek i tak, zdradzę to, nikomu nie stanie się mega nieszczęście a miłośnicy szczęśliwych zakończeń mogą czuć się usatysfakcjonowani. Ale tak poza tym, to to jest całkiem dobra książka, która mnie wciągnęła (dziś czytałam do późnej nocy), napisana z poczuciem humoru ale bez przesady, ot tyle ile potrzeba. 

Akcja książki rozpoczyna się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po czym narratorka Joanna, wraca wspomnieniami do czasu niemal sprzed roku kiedy to jej ówczesne życie i poczucie bezpieczeństwa zostało zachwiane przez romans męża. Joanna ma jednak koło siebie w tym trudnym dla siebie czasie liczne rodzeństwo, trzy siostry i brata. Z książki wynika, że część postaci znamy z innych książek Agnieszki Olejnik. Ja akurat ich nie znam ale daję znać, że dla osób, które czytają wszystkie książki tej autorki, niektóre postaci będą już znajome.

Początkowo po odkryciu zdrady męża Kamila Joanna nie chce przyjąć do wiadomości tego co się stało. Wciąż kocha męża, nie potrafi z chwili na chwilę przestać darzyć go uczuciem. Ma wręcz nadzieję, że Kamil opamięta się i wróci. Tak się jednak nie dzieje a mąż eskaluje wręcz niechęć i złe słowa kierowane pod jej adresem. Cóż, pozostaje jej w takim razie podjąć wyzwanie losu i zacząć nowe życie. Tym bardziej, że zmiany szykują się chyba również na polu zawodowym. 

Joannie wychodzi to różnie. Szczęśliwie ma przy sobie rodzeństwo i licznych znajomych. Przy mężu odcięta mocno od ludzi, obecnie wręcz zachłyśnie się tym, że można żyć inaczej niż dotąd. I samej jej w pewnej chwili zacznie się to bardzo podobać. 

Nie jest to książka stricte świąteczna. Opisuje stan podnoszenia się po nieudanym małżeństwie bohaterki przez niemal rok. Joanna ma wsparcie bliskich i przyjaciół, uczy się żyć na nowo i bardzo się w tym nowym odnajduje. 

Podobała mi się ta książka właśnie za to, że życie Joanny było zwykłe, bez niesamowitych wydarzeń, a bohaterka jak najbardziej możliwa do zaistnienia, wiarygodna. Pozostali bohaterowie też w większości wzbudzali moją sympatię, galeria postaci zaiste ciekawa i miła. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

 

 

piątek, 16 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

To moje pierwsze literackie spotkanie z książką Natalii Sońskiej. 

Chyba nie do końca już jestem osobą, do której jest ta książka dedykowana. Niby człowiek wciąż młody duchem ale mam wrażenie, że największą radość z tej lektury odniosą młode kobiety, jeszcze z nikim nie związane, nie obarczone obowiązkami często dość przyziemnymi. 

Julia to dwudziestoośmioletnia nauczycielka matematyki w jednym z krakowskich liceów. Mimo tego, że nie ma może jeszcze wielkiego doświadczenia, jest nauczycielem z powołania i pasji, co często się nie zdarza. Dyrektor docenia jej zaangażowanie i Julia jest wychowawczynią klasy maturalnej. To istotna informacja bo spora część dziejącej się w książce intrygi właśnie z tym faktem będzie się wiązać. Dodatkowo Julia jest po rozstaniu z chłopakiem, z którym nawet mieszkała ale który okazał się niegodny jej uczuć. Julia bowiem jest osobą dobrą, raczej spokojną. Po rozstaniu stara się jak najwięcej czerpać z życia ale nie w sposób hedonistyczny a raczej ciesząc się każdą drobnostką i doceniając nawet malutkie szczęścia. Poza tym jest osobą odpowiedzialną, jak już wspomniałam, nauczycielką kochającą swoją pracę i będącą wielkim wsparciem dla swoich uczniów. Nie ma wielkiego grona przyjaciółek, właściwie tylko jedną, Olę, z którą chętnie spędza wolny czas. Julia wiedzie raczej spokojne życie, nie mając wobec niego nie wiadomo jak wielkich oczekiwań.

W czasie ferii zimowych Julia wyjeżdża z grupą licealistów , w tym własnych wychowanków, na krótki pobyt do Zakopanego. Podczas wyjazdu jak grom z jasnego nieba spada na nią zakochanie. Poznany czy właściwie podcięty przez Julię na stoku Jakub zamiesza w jej sercu. Nic jednak nie będzie tak łatwe jak mogłoby się wydawać i niestety, nie będzie tak, że od momentu poznania miłość rozkwitnie pełnią sił. Na drodze do szczęścia Julii i Jakuba stanie bowiem i pewne wydarzenie, jakie będzie miało miejsce w Zakopanem, i pewne niezrównoważone osoby, które będą intrygować i mieszać w związku tych dwojga. 

Co mi się podobało, to zarówno sympatyczna postać głównej bohaterki (to, że lubi swoich uczniów a nie stawia ich w opozycji do siebie czy grona pedagogicznego), jak również opis gór i okolic Zakopanego. Widać, że autorka sama często jeździ w te strony i najwyraźniej góry są jej bliskie. Męczyło mnie trochę "przegadanie" tej książki, przyznaję, że bywały momenty, że przewijałam szybko ekran czytnika. 

Myślę, że to taka pozytywna "bajka" dla osób, którym romantyzm nie wywietrzał z głowy wraz z wejściem w pełnoletność. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

środa, 14 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Rok temu czytałam "Cztery płatki śniegu" Joanny Szarańskiej, o której to książce napisałam w tym wpisie. A "Anioł na śniegu" okazał się kontynuacją, chyba początkowo niezamierzoną ale lekko wyproszoną przez czytelniczki, które bardzo chciały znać dalsze losy bohaterów tej opowieści. 

"Anioł na śniegu" jak już napisałam, opowiada dalszy ciąg losów bohaterów zamieszkujących kamienicę przy ulicy Weissa w Kalwarii Zebrzydowskiej. Pani Michalska szczęśliwie wciąż gospodarzy w kamienicy, dba o czystość i o dobre samopoczucie mieszkańców. Cztery koleżanki, które zaprzyjaźniły się podczas poprzednich Świąt Bożego Narodzenia organizują spotkanie niespodziankę w Wigilię przy jodełce rosnącej na podwórku kamienicy. Anna nareszcie uwolniła się od toksycznego męża, Marzena spodziewa się dziecka z Maćkiem, Zuzanna sprząta mieszkanie na błysk i planuje z wyprzedzeniem święta i rodzinne i sąsiedzkie a Monika wciąż ma problemy z nadaktywną teściową , panią Kwiatek. 
W "Aniele na śniegu" więcej będzie też oczekiwanej przez fanki cyklu książkowego o Kalinie, Kaliny właśnie. Mama małej Basi zatęskni za swoją pracą przed narodzinami córki i chętnie podejmie się nietypowego zadania.

"Anioł na śniegu" ponownie pod postacią pełnej humoru i dość lekkiej opowieści przypomina czytelnikom, co tak naprawdę najważniejsze jest w okresie Świąt Bożego Narodzenia. Niby prawdy znane ale można je sobie przypomnieć po raz kolejny czyli, że dobrze jest być z innymi ludźmi w dobrych i gorszych chwilach, że drugi człowiek obok nas jest największym skarbem i prezentem. Że nie warto jest trzymać w sobie żalu latami a spróbować wyciągnąć rękę na zgodę, nawet jeśli nie uważamy, że to my zawiniliśmy. I że nie dobra materialne tworzą atmosferę Świąt Bożego Narodzenia a poczucie bycia razem, wspólnoty i współuczestniczenia. 

Jak już wspomniałam, książka "Anioł na śniegu" pełna jest typowego dla tej Autorki poczucia humoru. Napiszę jedynie hasło "Pan Rybka" i sądzę, że osoby po lekturze będą wiedziały, o co mi chodzi.

Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

poniedziałek, 12 listopada 2018

Praca zbiorowa Autorzy : Agnieszka Lingas-Łoniewska, Magdalena Knedler, Adrian Bednarek, Jolanta Kosowska, Nina Reichter, Daniel Koziarski, Anna Kasiuk, Anna Szafrańska. 

Wydawnictwo Novae Res. Gdynia (2017). Ebook.

Ta świąteczna książka "przeleżała się" na czytniku rok a w tym roku nadszedł jej czas.

Wszystkie zamieszczone w tym zbiorze opowiadania łączy wspólny motyw, ów tytułowy Pensjonat pod Świerkiem. I prowadzący go bohaterowie, Ewa i Gabriel. Postaci dość tajemnicze, wecz magiczne. Czytając opowiadania wciąż zastanawiałam się czy Ewa i Gabriel istnieli naprawdę czy byli może Aniołami wysłanymi na ziemię aby pomagać ludziom najbardziej zagubionym?
Wszystkie postaci trafiające do tytułowego pensjonatu to postaci w jakimś przełomowym, trudnym momencie swojego życia. Najczęściej do pensjonatu bohaterowie trafiają zupełnie przypadkiem, tak jakby jakaś wyższa siła specjalnie kierowała ich w stronę gościnnego miejsca, gdzie pod opieką Ewy i Gabriela odnajdują i rozumieją co tak najważniejsze jest w ich życiu i podejmują często ważne decyzje dotyczące przyszłości.

Ze zbioru opowiadań podobała mi się tak naprawdę większość, każde z nich na swój sposób jest z ważnym przesłaniem , które dotyka w mniejszy bądź większy sposób emocji czytelnika. Jest jednak wyjątek a właściwie dwa, dwa opowiadania autorstwa Adriana Bednarka. Niestety, te opowiadania kompletnie odbiegają od pozytywnego wydźwięku wszystkich pozostałych, które nawet opowiadając o chorobie, śmierci czy problemach innego rodzaju, niosą ze sobą nadzieję na to, że po burzy może zaświecić słońce. Niestety, opowiadania "Pokój nr 106" i "Świąteczna niespodzianka" kompletnie odbiegają od tego nastroju. Nie wiem, być może taki miał być zamiar twórców tomu, może miały być dodane na zasadzie łyżki dziegciu w słodkim, niemniej jednak przeszkadzają, nie pasują a wręcz przybijając swoim brakiem optymizmu , swoim przesłaniem, że zło zwycięży. Nie, nie pasowały mi do tego tomiku. Być może w innym przypadku nie byłabym wobec nich aż tak surowa, niemniej jednak w całości opowiadań tym dwóm mówię moje zdecydowanie "Nie". 

Niemniej jednak poza tymi dwoma nie pasującymi do zbioru i psującymi jego pozytywną i serdeczną atmosferę, co do reszty nie mam co się przyczepić. Najbardziej podobały mi się opowiadania autorstwa Magdaleny Knedler, "Edgar" i "Mantyla" (zwłaszcza to drugie mocno mnie wzruszyło), Jolanty Kosowskiej "Restart", Anny Kasiuk "Razem" i Anny Szafrańskiej "Zagubione". Jeśli miałabym wybrać to "Mantyla" i "Zagubione" stają się moimi ulubionymi opowiadaniami tego zbioru. Za co? Za to, że przypominają , że życie to nie bajka, że może się zdarzyć i zło i nieszczęście. Ale że zawsze może w nim zwyciężyć dobro, miłość. Że mimo wielu zdarzeń można powalczyć o swoje szczęście i wrócić do siebie nawet jeśli wydaje się nam,że nasze relacje z kimś bliskim już od dawna są dalekie od ideału. 

Większość opowiadań, z wyjątkiem tych dwóch, na które narzekam, niesie ze sobą pozytywny, dobry przekaz a przede wszystkim - nadzieję na to, że mimo wszystko po złych chwilach mogą przyjść te lepsze.

Moja ocena to 5 / 6.

środa, 07 listopada 2018

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Tak, ja jestem tą panią, która czyta te wszystkie książki z motywem Świąt Bożego Narodzenia stąd nie powinno Was dziwić , że kolejną taką książkę właśnie dopiero co skończyłam.

"Siedem cudów" to moja pierwsza książka autorstwa Agaty Przybyłek, pomimo, że na czytniku czeka na swoją kolejkę kilka innych Jej autorstwa. I sądzę, że teraz przyspieszę sobie lekturę innych książek tej autorki.

W tej książce postaci jest kilkoro i są one właściwie ściśle ze sobą powiązane. Otóż mamy rodzeństwo Monikę i Maćka i ich rodziców Jolę i Marka. Mieszkają na wsi a oboje dzieci studiuje w Gdańsku. W Gdańsku również studiuje były narzeczony Moniki, Ksawery i Ania, studentka z roku Ksawerego, dziewczyna pozostawiona przez ojca swojej córeczki. Obecnie szykuje się do roli samotnej matki, jest bowiem w siódmym miesiącu ciąży.

Małgosia z kolei to dziewczyna Maćka. Maciek ma wielki plan aby w urodziny Małgosi oświadczyć się jej. Ponieważ kilkakrotnie zapewniała go, że ewentualnych oświadczyn nie chce w same Święta, chłopak wymyślił zaręczyny w urodziny dziewczyny, które przypadają na parę dni przed Świętami Bożego Narodzenia. Z tym, że Maciek po raz kolejny myli daty urodzin Małgosi z urodzinami swojej poprzedniej dziewczyny. 
W ogóle , to z tymi oświadczynami Maćka będzie wiele perypetii i prawdę mówiąc, to w pewnej chwili zastanawiałam się czy jednak się odbędą. 

Bohaterowie są zwyczajni, ot, tacy "z sąsiedztwa". Marek, ojciec rodziny i dobry mąż, tuż przed Świętami dowiaduje się, że stracił pracę w supermarkecie. Redukcja etatów, która go dotknęła spowoduje, że początkowo nie będzie chciał mówić o niczym rodzinie i psuć nastroju i żonie i dzieciom. Jednak Jola jest z nim tyle lat, że doskonale zna swojego męża i wyczuje, że trapi go jakieś wielkie zmartwienie.

Z kolei Ksawery i Monika cały czas nie są w stanie pogodzić się z faktem rozstania. Łączyło ich wielkie uczucie ale sprzeciwili się ich planom małżeńskim rodzice Ksawerego. Przyznaję, że ta intryga, tajemnica rodzinna, o której dowiadujemy się niemal na końcu książki, nie do końca do mnie przemówiła jako powód do stanięcia na drodze młodych, którzy wyraźnie mieli się ku sobie i faktycznie się kochali ale kto wie, być może jest to jak najbardziej możliwe do zaistnienia.

Trochę też czułam się rozbawiona faktem potencjalnych zaręczyn Małgosi i Maćka, bo oboje byli bardzo młodzi ale nawet takie trochę "Musierowiczostwo" w tej kwestii nie popsuło mi ogólnego wrażenia książki.

Tak, "Siedem cudów" jest tym, czego oczekuję po książce z motywem Świąt. Są możliwi do zaistnienia bohaterowie, są wydarzenia, które również się dzieją dookoła. Jest poczucie humoru i to, że widać, że autorka lubi swoich bohaterów. Jest też trochę dobra i ludzkiej życzliwości, pamiętania o tym, co tak naprawdę jest najważniejsze w tym czasie, który inni tak bardzo lubią nazywać "magicznym". Drugi człowiek , na którego oczywiście nie tylko w tym czasie, warto zwrócić szczególną uwagę. Jak w końcu powie Jola, akurat w odniesieniu do czerwonego barszczu ale wiemy, że chodzi ogólnie o materialne sprawy, "Można przygotować pyszną kolację bez niego, ale nie da się spędzić cudownych świąt w samotności". I tym, kończącym "Siedem cudów" książkę zdaniem kończę również moje parę słów na temat tej książki. 

A moja ocena tej książki to 5 / 6. 

 

 
1 , 2
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...