Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
piątek, 20 października 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska.
Tytuł oryginalny Truly, Madly, Guilty.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Po "Wielkich kłamstewkach" sięgnęłam po kolejną książkę Liane Moriarty i coś czuję, że ta australijska autorka stanie się jedną z moich ulubionych. 

Liane Moriarty pisze prozę obyczajową ale porusza w niej tematy ważne, i takie niekoniecznie zawsze lekkie, łatwe i przyjemne. W poprzedniej książce kluczowym problemem był problem przemocy domowej. 
W tej książce autorka poruszy kilka poważnych i ważnych tematów, takich jak zbieractwo, a co za tym idzie, dysfunkcyjne dzieciństwo, którego brzemię ciągnie potem dorosły człowiek przez resztę życia, bezpłodność, z którą trudno jest się pogodzić. 

Widzę, że u tej autorki jest to raczej standardem, taka nielinearność akcji. I tak poznajemy wydarzenia to dziejące się w chwili bieżącej to cofamy się do przeszłości i coraz bardziej zbliżamy do dnia współczesnego.

Szybko poznajemy bohaterów tej opowieści. To trzy pary, które pewnego popołudnia spotkały się na grillu u jednej z par mieszkającej na przedmieściach Sydney. 
Dowiadujemy się też, że podczas tego grilla coś się wydarzyło. Ale co? O tym będziemy dowiadywali się stopniowo. 

Grill został zaaranżowany dość przypadkowo. Odbywa się u sąsiada Eriki i Olivera. Erika i Oliver nie mają dzieci. Tiffany i Vid, gospodarze grilla, mają córkę Dakotę. Więcej dzieci mieć nie będą bo Vid był już kiedyś w małżeństwie, z którego ma córki, na które musi płacić alimenty.

Clementine i Sam to para z dwójką małych córeczek. Clementine to muzyczka, gra na wiolonczeli i ma wielką nadzieję na wygranie przesłuchania muzycznego, które odbędzie się nieco po grillu.

Tak więc z tego towarzystwa znają się jedynie Erika, Oliver, Clementine i Sam. Kobiety są przyjaciółkami od dzieciństwa ale w miarę upływu czasu dowiadujemy się jakiej dziwnej natury jest ich przyjaźń. Narzucona Clementine przez jej matkę gdy dziewczynka chodziła do szkoły, skutkuje tym, że Clementine już jako dorosła kobieta odczuwa raczej ciężar znajomości z Eriką a niekoniecznie radość z faktu że udało się im pozostać w więzi przez tak długi czas.

Tak więc dobór towarzystwa jest chyba od początku nietrafiony, co jednak wychodzi całkiem dopiero podczas grilla. Na razie towarzystwo siedzi w altance, rozmawia, pije dość dużo alkoholu. Dziewczynki, córki Clementine i Sama, bawią się pod opieką starszej od nich Dakoty a dorośli starają się aby popołudnie nie było kolejnym punktem sporu ze starszym sąsiadem Tiffany i Vida, Harrym. Harry to dość zrzędliwy starszy już mocno pan, który otrzyma swoje "pięć minut" od autorki, niemal na samym końcu książki i którego wątek ostatecznie był jednym z najbardziej poruszających w całej książce. 

Erika ma za sobą dysfunkcyjne dzieciństwo spędzone z matką, która cierpi na zbieractwo. Jak bardzo to wpłynęło na dziecko i potem na dorosłą kobietę, nie trzeba mówić . Erika jednak stara się wyjść na prostą, uczęszcza na terapię i chce sama sobie pomóc. Jej mąż Oliver ma za sobą z kolei dzieciństwo w domu alkoholików. Te dwie biedne skrzywdzone przez los jednostki napotkały na siebie i tworzą udany związek, w którym brakuje jedynie dziecka do pełni szczęścia. Może jednak po takich doświadczeniach brak potomstwa jest świadomym wyborem ?

Clementine i Sam są zmęczonymi rodzicami dwójki małych córek. Nie są jeszcze na etapie, na którym czuliby, że mogą nieco odsapnąć i pomimo pomocy ze strony rodziców czują się dość wyczerpani. Zabrakło w ich związku miejsca na "ich dwoje", na intymność. Jak bardzo ta sytuacja zaszła za daleko, okaże się w czasie a może raczej po owym wydarzeniu na grillu.

Tak więc dorośli siedzą, jedzą, piją, słuchają muzyki i wspomnień Tiffany, która nie wstydzi się opowiedzieć im szczegóły ze swojej przeszłości. Tu mała dygresja z mojej strony. Już podczas lektury "Wielkich kłamstewek" odnosiłam to wrażenie, że nie wiem czy autorka tak widzi Australijczyków czy też może są oni tacy naprawdę, ale obraz z jej książek to raczej obraz osób dość pruderyjnych. Tiffany i Vid jednak takimi z pewnością nie są. Atmosfera spotkania powoli się rozrzedza co cieszy gospodarzy zwłaszcza, że z samego początku była tak gęsta, że można ją było niemal dosłownie kroić.

A potem wydarza się to, co się wydarza.
I powoduje pewne nieodwracalne konsekwencje w życiu wszystkich osób biorących udział w ogrodowej imprezie. 

Liane Moriarty lubi w swoich książkach czynić bohaterami niewielką ilość osób. Szybko rozstawia aktorów w potrzebnych jej rolach na planie i reżyseruje sprawny dramat dotykający ważnych w dzisiejszych czasach problemów. Nie boi się poruszać, o czym już zresztą pisałam, tematów trudnych. Ba, nie dość popularnych. A za każdym razem kiedy czytam jej książkę daje mi ona coś do myślenia. Refleksji podczas lektury jest dużo i pozostają we mnie na zawsze. Na pewno plus dla Moriarty za poruszanie tematów niepopularnych jak chociażby zbieractwo, które stanowi utrapienie dla Eriki bo jak już pisałam jej matka jest klasyczną zbieraczką. Taką, którą teoretycznie powinno się leczyć psychiatrycznie.  Małej Erice pomogła matka Clementine, Pam, w którą Erika była i jest wpatrzona bardziej niż we własną rodzicielkę. Ale nawet Pam, mająca z racji wykonywanego zawodu pełną świadomość tego jak szkodzi matka Eriki swojej córce, nie potrafiła zdobyć się na ostateczność i zgłosić Sylvię (matkę Eriki) do pomocy społecznej. Zapewne miała bowiem świadomość, że córka zostałaby wtedy Sylvii odebrana natychmiast a być może wcale nie byłoby to do końca najlepsze rozwiązanie. Co mi się podoba w pisaniu Moriarty to to, że wcale nie czyni ona wszystkiego czarno białym. Pozwala mieć swoim bohaterom wątpliwości i mylić się, ba, popełniać błędy, których konsekwencje potem ponoszą zarówno bohaterowie jak i inni ludzie. Potem mogą zadawać sobie pytanie z serii "a gdybym ...to czy?" ale tego nie wie nikt. Jak bardzo nasze decyzje wpłyną na przyszłość , na rozwój danej sytuacji. Często możemy oczywiście mieć wpływ na te czy inne decyzje ale często coś dzieje się jakby poza nami. W "Moja wina, twoja wina" będzie też o odpowiedzialności i o zrzucaniu na siebie wzajemnie poczucia winy i właśnie poczucia własnego braku odpowiedzialności w danej sytuacji. Tylko, że jak napisałam, książki Moriarty czyta się zapewne dlatego tak dobrze, bo autorka nie pisze science fiction a sytuacje tak naprawdę jak najbardziej mogące się wydarzyć każdemu z nas.
I pewnie dlatego ta książka rozpoczyna się odczytem Clementine skierowanym do dość kameralnej ale jednak publiczności o "zwykłym dniu".

Moja ocena to 6 / 6.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...