Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.

książkowo

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Mając w domu dziecko, które stanie się kiedyś starszym dzieckiem a potem nastoletnim, nie odcinam się od lektur przeznaczonych dla tego czytelnika. Ba, nawet z czasem będę sobie sięgać po coś takiego częściej. Zwyczajnie aby sobie coś niecoś bardziej i mocniej przypomnieć. Łatwo jest bowiem mając czterdzieści parę lat nie pamiętać już radości i mroku dorastania. 
W tym jednej z najbardziej niebezpiecznej bo mogącej prowadzić do różnych sytuacji sprawy a mianowicie tego jak bardzo w wieku nastoletnim uzależniamy swoje samopoczucie i odczucia od zdania grupy rówieśniczej. Co idzie za tym , jak ważne jest dla nas w tym wieku przynależenie do takowej grupy. To, co w wieku iluśdziesięciu lat weźmiemy za "oryginalność" i bycie indywidualnością w wieku lat nastu traktowane potrafi być jako śmiertelne zagrożenie dla grupy i ...często skazane na ostracyzm. Nie dziwne więc jak bardzo ludzie w pewnym wieku nie chcą wypaść na margines grupy, w której się do tej pory dobrze czują. I jak wiele są w stanie zrobić czy powiedzieć aby swojej pozycji w grupie nie zagrozić.

Nina mieszka w Augustowie. Nie jest to wielkie i tętniące nocnym życiem miasto ale i nie osada czy wieś, do której się rzadko kiedy ktokolwiek zapuszcza z własnej woli. Chodzi do gimnazjum, ma starszego brata, matkę siedzącą w domu i ojca pracującego w Warszawie i w konsekwencji będącego gościem we własnym domu a i to jedynie w weekendy czy święta.

Nina ma grono koleżanek, z których jednak żadna, z tych czy innych powodów, nie mogłaby zostać nazwana przez Ninę prawdziwą przyjaciółką. Ot, koleżanki z dzieciństwa, z którymi teraz uczęszcza się dalej i osiąga kolejne stopnie edukacji. Nawet się ze sobą spotyka czy rozmawia ale czegoś w tym wszystkim brak. Na pewno - szczerości. Dziewczyny niby dość dużo o sobie wiedzą ale generalnie nic. A jeśli już rozmawiają to jakby się zmówiły, nie poruszają tematów aż nadto wrażliwych aby nie musieć potem samym być wobec koleżanek szczerymi. I pewnie to prowadzi pewnego dnia do sytuacji, która w swojej konsekwencji doprowadzi Ninę do poczucia osamotnienia i stania pod ścianą. Dotarcia do momentu, kiedy już dalej nie można w coś brnąć.

Jedno słowo a właściwie nieprzemyślane i naprędce wypowiedziane kłamstwo i już z dnia na dzień życie Niny zmienia się. Każdego dnia jej utwierdzanie innych w tym kłamstwie prowadzi do eskalacji wydarzeń, nagromadzenia się nieszczerości i ostatecznie do chwili gdy już nie da się więcej oszukiwać.

Nie oskarżam Niny bo pamiętam doskonale czasy licealne czy późno podstawówkowe kiedy to zdanie i akceptacja rówieśników liczyło się często bardziej od zdania rodziców czy bliskich. Zważywszy na to, że Nina w domu nie ma praktycznie dużego oparcia (jedyną osobą, na którą ostatecznie zawsze może liczyć to jej starszy brat) nie dziwi zaistniała w jej życiu sytuacja i komplikacje z niej wynikające. 

Dobry rys psychologiczny postaci. Nina wydaje się być wiarygodna z jej wiecznymi wahaniami ocen ludzi, podejrzliwością zwłaszcza gdy ma świadomość swoich własnych kłamstw. Przygnębiający jest obraz nie wiem, mam nadzieję, że jednak nie, "typowo polskiej rodziny żyjącej na prowincji". Matka, siedząca w domu i mająca za cel ułożenie jak największej ilości krzyżówek a w sytuacji gdy córka będzie oczekiwać jej pomocy jedyne co matkę zatrwoży to fakt "co ludzie powiedzą". Ojciec, który niewiele przejmuje się zarówno żoną jak i dziećmi a być może przyzwyczaił się do bycia jedynie zarabiającym na rodzinę ? W rezultacie , o czym już pisałam, jedynym wsparciem jest dla Niny brat. I nieoczekiwanie, starsza niepełnosprawna kuzynka, Justyna. Kobieta też na swój sposób "uwięziona" ale nie w trudnym wieku nastoletnim wraz z jego plusami i minusami a całkiem fizycznie w domu. Jako, że domu praktycznie niemal nie opuszcza.

Sytuacja, w której znalazła się starsza kuzynka Niny prowadzi do tego, że początkowo Nina nie uświadomi sobie, że to właśnie w Justynie ma szansę znaleźć sprzymierzeńca a przynajmniej osobę, która wysłucha jej bez rzucania oskarżeń czy oceniania. Dopiero gdy Nina uświadomi sobie, że Justyna jest jej życzliwa a ponadto wbrew pozorom nie jest tak zupełnie odcięta od świata jak się może wydawać, zdecyduje się w pełni szukać u kuzynki pomocy.

Bardzo dobra książka i wcale nie jestem przekonana, że dorosły czytelnik nie ma w niej czego szukać. Jak dla mnie to książka i dla młodzieży i dla rodziców, którzy mogą to potraktować jako fikcję lub też może ostrzeżenie. 

Moja ocena to 6 / 6. 

sobota, 16 grudnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka.  Warszawa (2018).Ebook.

Przełożyła Xenia Wiśniewska.

Tytuł oryginalny What Was Mine.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Książka, która nieoczekiwanie okazała się czymś zupełnie innym niż to, czego się spodziewałam gdy zdecydowałam się na jej lekturę. "Jesteś moja" to nie kryminał czy thriller jak początkowo sądziłam, że to może być a kawał dobrej prozy obyczajowej z mocną stroną psychologiczną. Dobrze skonstruowane postaci, bohaterowie jak najbardziej możliwi do zaistnienia. Wiarygodne okoliczności i tło wydarzeń. Sama treść, podejrzewam, że zainspirowana wiadomością ze stycznia gdy to poadano do informacji iż po osiemnastu latach poszukiwań odnaleziono porwaną jako noworodek a obecnie już kobietę. Dziewczyna nie wiedziała o tym, że jako dziecko została porwana i w chwili gdy aresztowano kobietę, która ją porwała a dla młodej dziewczyny jedyną mamę, jaką znała, stanęła murem za nią i w jej obronie.

Akcja książki "Jesteś moja" zaczyna się w chwili nieco przed opisanym jednym z największych koszmarów każdego rodzica a mianowicie - zniknięciem dziecka. Narrację poznajemy pierwszoosobowo z ust wielu osób. Najważniejszych Lucy, porywaczki, Marilyn, matki dziecka, opiekunki dziecka , pochodzącej z Chin Wendy, w końcu samej Natalie - Mii. 

Jest rok 1990, przed rozwojem telefonii komórkowej, przed prężnym działaniem Child Alert.  

Młoda mama, Marilyn, idzie do nowo otwartego sklepu Ikea. Ma ze sobą malutką Natalie, która ma cztery miesiące. Wszystko tak niewłaściwie się splata, że tak, matka robi błąd i zostawia małą na chwilę, w jej mniemaniu, a na dłuższy moment jednak, córeczkę samą. Kiedy wraca, dziecka już nie ma. 
Nie chcę sobie nawet wyobrażać jak czuje się osoba w takiej sytuacji. Wielu z nas mogło przeżyć nieprzyjemną namiastkę tego gdy dziecko zgubiło się w tłumie czy w sklepie. Wszystko jednak dobrze się kończyło bo na ogół rzecz dotyczyła dzieci już samodzielnie chodzących , które oddaliły się od rodziców czy opiekunów. Tu o samodzielności nie ma mowy, nie ma też wózka, w siedzeniu którego wpięta była Natalie więc od razu wiadomo, że dziecko z wózkiem ktoś zabrał. Ale kto, ochrona czy ktoś z klientów sklepu ?

Szybko dowiadujemy się i spoilera tu nie popełnię, że Natalie zostanie odnaleziona po wielu latach i dowie się o tym, co stało się dwadzieścia jeden lat wstecz więc dlatego piszę, że nie jest to ani kryminał anu thriller. 

To dobra książka, świetnie opisująca doznania, uczucia , wątpliwości bohaterów. Ich narracje przeplatają się ze sobą, poznajemy wydarzenia z punktu widzenia różnych osób zaplątanych z własnej woli bądź nie w tę dziwną sytuację. 

Mimo, że trudno jest polubić Lucy, która porywa Natalie a którą potem przechrzci na Mię (po hiszpańsku oznacza to "Moja"), możemy dzięki temu co czytamy, domyślać się co i jak wydarzyło się w tamtym czasie, że kobieta zdecydowała się na taki krok. Mimo, że okupiła to wiecznym strachem przed wydaniem jej sekretu. Była jednak dla Mii matką bardzo dobrą, zainwestowała w opiekunkę dla niej, mieszkanie w centrum Nowego Jorku, wykształcenie w najlepszych szkołach.

Mia już studiuje, kiedy w życiu jej matki (a przynajmniej tej, którą za matkę uważała) zdarza się epizod literacki , który jak mały kamyczek stanie się zaczątkiem lawiny wydarzeń prowadzących do rozwiązania sytuacji.

Ja sama książkę podzieliłabym na dwie części, narracje dotyczące czasów sprzed wyjaśnienia sytuacji sprzed dwudziestu jeden lat i po. 
Według mnie autorce udało się rewelacyjnie oddać zachowania, powody zachowań, myśli, decyzje i ich skutki wszystkich postaci. Nie oceniała , stała raczej z boku i pozwalała swoim postaciom na autonomię. Najnieszczęśliwszą z postaci jest oczywiście porwana Natalie -Mia. Której ktoś, jak początkowo mówi, odebrał życie. Na pewno, bez jej woli ani woli najbliższych, odebrano jej życie z tymi, którzy to życie jej dali. I nie jest żadnym wytłumaczeniem, że Lucy zapewniła Mii jak najlepsze warunki socjalne, materialne i uczucia matczyne. 

Świetna jest ta książka bo nie można się od niej oderwać. Czyta się a w głowie krąży mnóstwo myśli i refleksji. Jak daleko może posunąć się człowiek w realizacji swoich pragnień. Czy istnieje wytłumaczenie dla każdego czynu? Czy fakt, że Lucy nie skrzywdziła Mii jest zadośćuczynieniem dla rodziców porwanej ? Jak cienka jest granica, którą można przekroczyć i dokonać rzeczy nieodwracalnej? 

Chyba najbardziej zaskakujące ale wcale nie niemożliwe jest zakończenie książki. O którym jednak nie chcę już pisać aby nie zepsuć lektury.

Dawno już chyba tak mnie książka nie wciągnęła. I niby fikcja a po styczniowych informacjach wiem, że wcale niekoniecznie. Na plus to, o czym już pisałam, czyli wiarygodność postaci wykreowanych przez autorkę, mocne tło psychologiczne postaci. Wiarygodność decyzji przez nich podejmowanych i konsekwencje zachowań. Plus wielkie emocje, które towarzyszą lekturze bowiem od początku wiemy, że nie będzie to po prostu kolejny thriller ale sytuacja, która jak najbardziej może się wydarzyć.

Bardzo polecam. Na pewno jest to jedna z tych książek, które zostają w czytelniku na zawsze. Moja ocena to 6.5 / 6.

 

czwartek, 14 grudnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Noir sur Blanc. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Kaczarowska. 
Tytuł oryginalny By Its Cover.

Ebook nabyłam kiedy tylko ta wersja kryminału Donny Leon się ukazała i ...jakoś o tej książce zapomniałam. 
Przypomniałam sobie przy zupełnie nie związanej z książką a raczej z miastem, w którym dzieją się akcje książek kryminałów Donny Leon, okazji. I mocno się w tę książkę wciągnęłam.

Ci, którzy dłużej czytają mój blog wiedzą, że lubię kryminały Donny Leon. Nie zmogłam właściwie jedynie jednego, "Kwestii wiary", do której to książki podchodziłam dwukrotnie. Nie wyszło.

Tę część natomiast czytało mi się bardzo dobrze.
Akcja książki tym razem związana będzie z kradzieżami starodruków lub ich fragmentów z włoskich bibliotek.

W bibliotece Merula dochodzi o kradzieży zarówno książek jak i poszczególnych kart ze starodruków. Dyrektorka biblioteki zwraca się o pomoc do policji pomimo tego, że to zapewne ostatnia rzecz jaką chciałaby uczynić. Albowiem oczami wyobraźni widzi już odpływające finanse jednej z najważniejszych sponsorek biblioteki. No ale przestępstwo jest przestępstwem więc z bólem serca ale dobro książek jest ważniejsze od pieniędzy. 
Na miejscu komisarz Brunetti dowiaduje się już nieco więcej. Złodziejem najprawdopodobniej jest jeden z czytelników, amerykański naukowiec, który zgodnie z obowiązującymi zasadami , wylegitymował się zarówno paszportem jak i listem polecającym z amerykańskiej uczelni. Być może haniebny proceder złodziejstwa widział bywający od lat w bibliotece mężczyzna, zwany przez pracowników placówki Tertulianem ze względu na to, że od lat czyta pisma Ojców Kościoła.

W "Grze pozorów" jest więc o procederze kradzieży starodruków dokonywanej oczywiście na zlecenie. Po raz kolejny komisarz Brunetti zostaje jakby nieco zaskoczony brutalnością współczesnego świata i wykazuje się wręcz niejaką naiwnością.

Jest też w tej części jakby nieco więcej wątpliwości komisarza dotyczących wyboru drogi życiowej i wahań nastrojów związanych z nieciekawymi stronami jego zawodu. Brunetti jakby się ostatnio gubił w rzeczywistości jaka go otacza. Na szczęście osłodą do tych gorzkich refleksji i myśli Guido Brunettiego jest polepszenie jego kontaktów z teściami, które to kontakty mimo, że teoretycznie poprawne, do najłatwiejszych nigdy nie należały.

Do tego tradycyjnie wplecione refleksje na temat współczesnego świata, obecnej sytuacji Wenecji jako miasta zalewanego przez turystów i wręcz wyniszczane turystyką. Ale i budząca się do życia przyroda wraz z wiosną, która rozpoczyna się w tej książce.

Moja ocena to 5.5 / 6.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Zbiór opowiadań autorstwa : Joanny Doroty Bujak, Małgorzaty Falkowskiej, Anny Harłukowicz-Niemczynow, Joanny Jax, Patrycji May, Carli Mori, Joanny Pypłacz, Diane Rose, Beaty Schoenmakers, Łucji Wilewskiej. 

Wydana w Videograf.  Chorzów (2017). Ebook.

Kolejna książka z motywem Świąt Bożego Narodzenia w tle i zdecydowanie jedna z bardziej świątecznych bo taka, w której we wszystkich opowiadaniach będzie dobre, szczęśliwe zakończenie. Tak, jest to ckliwe, tak, jest to przesadnie lukrowane, uprzedzam lojalnie bo wiem, że niektórych drażni. Ja, o czym już pisałam, biorąc do ręki lekturę świąteczną mam wręcz oczekiwanie, że jakiekolwiek wcześniej zło nie spotkałoby bohaterów, dobro zwycięży i wszystko się w ich życiu poukłada. Nie inaczej jest w tym zbiorze opowiadań, z których każde inne a mimo to podobne w pozytywnym swym wydźwięku. 

O opowiadaniach dość trudno się pisze bo albo zdradzi się zbyt wiele albo dla odmiany pozostawi z niejasnością. Nie zamierzam rozpisywać się o każdym z nich ale dam znać, które opowiadania z tego zbioru mnie samej spodobały się najbardziej.

"Zwyczajny cud" Joanny Doroty Bujak, ładna, ciepła opowieść o zwykłych ludziach i zwykłych i teoretycznie nie zasługujących na wyróżnienie ale coraz rzadziej spotykanych dobrych, ludzkich odruchach. To opowiadanie jest moim ulubionym ze zbioru bo mimo jak mówię, takiej zwykłości przedstawia to co lubię w świątecznych klimatach czyli podkreśla ważność bycia z drugim człowiekiem i wsparcie go.

"Bieda bogactwem zwana" Małgorzaty Falkowskiej. Po raz kolejny obyczajowe opowiadanie o kimś, kto przeżył wielką stratę i która to strata zmieniła go na złe a w Wigilię pewnego roku niemal Dickensowsko doznaje oświecenia i postanawia zmienić swoje życie.

"Światło w ciemności" Diane Ross. O tym, że nawet największemu łotrowi przy jego skrusze zostało wybaczone i że w Wigilię nikt nie może być sam.

"Wypożyczony tata" Beaty Schenmakers. To bardzo wzruszające (przeciwnicy nazwą ckliwe) opowiadanie o potrzebie miłości i o tym, że kiedy nawet wydaje się nam, że jest źle, los może się odwrócić na dobre.

"Doktor z alpejskiej wioski" Łucji Wilewskiej. Fajne opowiadanie o tym, że czasem możemy się z kimś wychowywać na jednym podwórku a okaże się jak jest ta osoba wartościowa dopiero długo później.

Czy to są opowiadania dla każdego? Wątpię. Nie dla kogoś, kto nie chce szczęśliwych zakończeń i kto będzie narzekał, że wszystko się skończyło bo "magia Świąt Bożego Narodzenia". Dla mnie , która dla książek z tym motywem wkładam "okulary z filtrem" o czym pisałam i czego się nie wstydzę, ta lektura była udana i jestem zadowolona, że ją przeczytałam. Dla mnie te opowiadania były jak kubek ciepłej, świątecznej herbaty wypitej z bliskimi mi osobami przy oświetlonej kolorowymi lampkami choince. 

Moja ocena to 5 / 6. 

piątek, 08 grudnia 2017

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2017). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Co mi się pierwsze spodobało, "Julia zaczyna od nowa" jest zupełnie w innym klimacie niż poprzednia książka Katarzyny Misiołek, którą czytałam czyli "Nie podchodź bliżej", o której to książce pisałam w tym wpisie.  Lubię, kiedy książki autora dotyczą innych spraw, innej tematyki, są pisane w nieco inny sposób. 
Kolejny plus, jaki od razu znalazłam, to fakt, że autorka bohaterką książki uczyniła kobietę mającą czterdzieści sześć lat. Dlaczego? Bo jestem chyba nieco znużona książkami, w których bohaterkami są młode dziewczyny, które dość sztampowo, stoją na rozdrożu dróg i w sumie życie dopiero stoi przed nimi otworem. 

Opowieść Julii to jej narracja. Dowiadujemy się z niej od początku coś więcej o samej bohaterce. Jest dziennikarką lokalnego pisma, w którym pisze na tematy społeczne, mieszka w małym mieście, jest rozwódką z dwójką dorosłych córek, ma jedną wnuczkę i dość toksyczną matkę. Kobiety w jej rodzinie dziwnie powielają schemat bo zarówno matka, jak i córka Julii rozstały się z mężami. Siostra również jest sama. Druga córka Julii, zapewne obserwując związki w rodzinie, nie zamierza się ustatkować.

Jak wspomniałam, Julia jest dziennikarką lokalnego pisma i towarzysząc bohaterce w jej losach poznajemy sprawy, przy których pracuje. Spotyka się z ludźmi, rozmawia z nimi a potem opisuje sprawy. Redaktor naczelny powierza jej sprawy ważne ale i dość kontrowersyjne, takie jak historia znanej aktorki, która jadąc po paru kieliszkach wina samochodem wjechała w budynek kawiarni, kobietę, której mąż porwał dziecko i najprawdopodobniej wywiózł za granicę czy babcię zajmującą się gromadką wnuków, w tym dzieckiem niepełnosprawnym po tym jak matka dzieci wyjechała za granicę i nie poczuwa się do odpowiedzialności za własne dzieci.

Julia obcując z tak zwanym "prawdziwym życiem" najprawdopodobniej nie ma zbyt wielu szans na koloryzowanie go sobie ale oczywiście, że chciałaby aby wiodło jej się nieco chociaż lepiej chociażby w sferze partnerstwa. 
Jednak z czasem zaczyna coraz bardziej zdawać sobie sprawę z tego, że w sumie jej życie nie jest wcale nieudane jak usiłuje jej to wmówić matka. Julia jest samodzielna i naprawdę wiedzie szczęśliwe życie. Pewnie ktoś z boku mógłby to kwestionować ale też zapewne wiele osób stwierdziłoby podobnie jak zaczyna to czynić Julia czyli , że jest ona w bardzo dobrej sytuacji. Nie zmaga się z nieudaną relacją, jest samodzielna, chociaż nie opływa w miliony ale stać ją na utrzymanie się i drobne przyjemności. Ma córki, które jednak widzą w niej opacie, którym starała się być zawsze mając na względzie własne nie do końca poprawne relacje z matką. 

Początkowo jednak Julia, właśnie wciąż mając "z tyłu głowy" wieczną krytykę matki, wciąż czuje się niepewnie we własnej dość nowej roli rozwódki. Przybiera pozę zadowolonej z nowej sytuacji chociaż sama czuje, że bywają chwile gdy ta jednak wciąż dosyć jej doskwiera.

Do chwili jednak gdy poznaje bliżej swojego młodego sąsiada. Błażej właściwie nie wychodzi z domu. Julia poznając go i jego historię zaczyna rozumieć, że ona jest w komfortowej sytuacji i rozpoczyna próbę pomocy młodemu człowiekowi. Jej wyciągnięta ręka nie zostaje odtrącona i oto tych dwoje nawiązuje miłą i owocną w dobro relację bez żadnych podtekstów. To raczej relacja na zasadzie "przyszywanej" matki i syna. Julia angażując się w pomoc odkrywa swoje własne szczęście i komfortową sytuację. 
A dość niespodziewany wyjazd na jedną z Wysp Kanaryjskich pozwoli jej całkowicie pogodzić się ze samą sobą i nie taką nową rolą, w której przyszło jej żyć. Ale również zrozumieć, że w całym tym życiowym zamieszaniu sama Julia troszcząc się o wszystkich wokół trochę zapomniała o sobie samej. 

Kibicuję jej bo wiem, jaka przed nią długa droga ale nie wątpię w jej zwycięstwo.

Moja ocena to 5 / 6.

 

 

wtorek, 05 grudnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Agnieszka Myśliwy.
Tytuł oryginalny A Wallflower Christmas.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Czytałam już książki z motywem Świąt Bożego Narodzenia określane ogólnie obyczajowymi, w tym coś, co nazwałabym nawet dramatem, czytałam niedawno kryminał a teraz przyszedł czas na...romans. Tak, właśnie tak, nie pomyliliście się czytając. Nie ukrywam, że gdyby nie motyw Świąt pewnie bym po tę książkę nie sięgnęła ale te Święta (ale również to, że akcja książki rozgrywa się w połowie XIX wieku na Wyspach Brytyjskich) skusiły mnie na tyle, że zdecydowałam się ją przeczytać. "Pocałunek pod jemiołą" jest kontynuacją cyklu Wallflowers ale można ją czytać bez znajomości części poprzednich.

Akcja książki rozpoczyna się w czasie przedświątecznym i właściwie cała akcja dziać się będzie w czasie kilku tygodni przed Świętami Bożego Narodzenia. Oto bowiem nakłaniany przez ojca, Thomasa Bowmana, młody człowiek, Rafe Bowman ma w Święta Bożego Narodzenia oświadczyć się pewnej młodej i pięknej kobiecie, Natalie Blandford. Będzie to dobry układ. Bowmanowie są Amerykanami, Natalie to brytyjska arystokratka. On wniesie w ten mariaż pieniądze, ona brytyjskie pochodzenie i świeżość spojrzenia. Problem? To jakby nie było układ i o ile Natalie chyba godzi się na jego zawarcie, to Rafe nie do końca będzie chciał w niego wejść. 

A to, co początkowo wydawało się jasne, zostało zachwiane z powodu pewnej młodej kobiety. A jakże ;) Jest więc wielka i bogata posiadłość Bowmanów gdzieś poza Londynem, do której przybywa nie tylko rodzina Bowmanów ale i Natalie Brandford z rodzicami. Natalie przywozi ze sobą kuzynkę, która pełni rolę osoby towarzyszącej. Hannah poznała już Rafe'a wcześniej i nie zrobił on na niej dobrego wrażenia. Ba, od razu próbuje małżeństwo z nim wybić z głowy nie tylko rodziców przyszłej narzeczonej Bowmana ale przede wszystkim samej Natalie. Ale nic z tego. Natalie jest przekorna, młody człowiek podoba jej się. Dlaczego miałby jej się nie podobać? W dziewiętnastym wieku do rzadkości należały małżeństwa pomiędzy młodymi ludźmi. Raczej dochodziło do małżeństw młodziutkich kobiet i o wiele starszych od nich małżeństw. Rafe Bowman zaprzecza więc temu stereotypowi. A że jego ojciec do fortuny doszedł na skutek handlu mydłem? Nie takim sposobem ludzie robili fortuny. Rafe jest młody, szalenie przystojny, pewny siebie, wykształcony , obyty w świecie. Ma poczucie humoru i wiele witalności. To może podobać się kobietom. I oczywiście podoba się , z czego młody mężczyzna korzysta nazbyt chętnie.

Dopóki nie trafi do posiadłości gdzie w Święta będzie miał się oświadczać Natalie. A zakocha się w kimś zupełnie innym. Do głosu dojdzie nie rozsądek i rozum ale miłość i namiętność. 

Wszystko to w scenerii posiadłości wyposażonej z przepychem i udekorowanej już pod kątem Świąt Bożego Narodzenia. Co mi się podobało to fakt, że wielka choinka udekorowana przez młode osoby przebywające w posiadłości (Rafe posiada bowiem rodzeństwo ) to w książce nowość. Choinka kojarzy mi się (w sumie błąd, wiem) z krajami anglosaskimi a przecież tradycja ubierania choinki wywodzi się z Niemiec. Tak czy inaczej, choinka jest w książce nowością. Podobnie jak czytana w przytulnej bibliotece "Opowieść wigilijna" Dickensa, którą Hannah czyta dzieciom przebywającym z rodzicami w gościnie w posiadłości. 

Miłośniczki tego gatunku literackiego nie będą zawiedzione albowiem kipi tu od skrywanych namiętności a miłość dosłownie wsącza się w każdy kącik posiadłości. Hannah nie jest szczęśliwie opisana jako zahukane dziewczątko, ma w sobie wiele buty, niezgody na to czy owo, ma temperament, który ujawnia się we właściwym czasie. Rafe będzie miał więc ciężki orzech do zgryzienia ale czy to nastrój nadchodzących Świąt czy też czytana "Opowieść wigilijna" i zasłyszane historie z dzieciństwa Rafe, to wszystko sprawie, że Hannah również poczuje do młodego mężczyzny coś więcej niż jedynie namiętność budząca się w niej ku jej zaskoczeniu. 

Taka to trochę powieść okraszona nadmiarem ozdób ale pisałam już o tym dobry miesiąc temu , kiedy dawałam znać, że na blogu będzie sporo o książkach ze Świętami w tle , w ich przypadku przybieram więcej łaskawości i mam w sobie o wiele więcej wyrozumiałości dla niespodziewanie dobrych zakończeń i szczęśliwego układania się spraw. Taki ma być właśnie ten czas, dobry, pokazujący, że dobro i miłość zawsze zwyciężą. Mogłabym mieć też zastrzeżenia do nieco nadmiernej "nowoczesności" zachowań bohaterek i bohaterów ale przymykam na to oko. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

sobota, 02 grudnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Novae Res.  Gdynia (2017). Ebook.

Już okładka projektu Seweryna Swacha zapowiada, że nie jest to kolejna lekka opowiastka o Bożym Narodzeniu, której problemem będą niepokoje meteorologiczne. Czaszki rozmieszczone na niej mogą i sugerują wnętrze. "Nie całkiem białe Boże Narodzenie" to kryminał. I nastrój niepokoju i lekkiej grozy będzie dominować w treści.

Muszę powiedzieć, że ta książka udała się autorce znakomicie. To, czego się zresztą nie wypiera, wspaniały hołd złożony prawdziwej Królowej Kryminału czyli Agacie Christie. 

Co ciekawe, mimo, że książka ta zdecydowanie różni się od obyczajowej, w której na końcu wszystko dobrze się kończy przy wigilijnym stole, ta książka cechuje się całkiem sporą ilością elementów świątecznych. Można by nawet (dobry pomysł na promocję płyty w wersji papierowej:) ) dołożyć do niej płytę stanowiącą swoisty soundtrack.  Jest więc i sporo opisanych dekoracji z motywem świątecznym i muzyczne przeboje kojarzące się z tym czasem. 

Oto pensjonat w miejscowości Mścigniew. Nie, nie jest tak jak u Christie, kompletnie odcięty od świata ale kiedy staje się jasne, że śmierć jednego z gości nie jest nieszczęśliwym wypadkiem a morderstwem, krąg podejrzanych zawęża się do grona gości przebywających w pensjonacie. Plus , oczywiście właścicieli. Grono gości przybyło już jakiś czas temu. Większość to osoby z Polski, pary lub małżeństwa, ojciec z synem. Jest też gość z Niemiec, przybył tam sam. I to właśnie od wypadku z jego udziałem rozpoczyna się całą akcja. 
Olga, jedna z osób które przybyły do pensjonatu same, da się wciągnąć w nieformalne śledztwo i wraz z policjantem i prywatnym detektywem będzie rozwiązywać zagadkę dziwnej śmierci Niemca. A przede wszystkim jaki był motyw zbrodni. A jest on iście z książek Agathy Christie, a w tej książce mocno pasuje do treści. 

Bardzo mi się ta książka podobała pomimo, że niestety, znów pojawia się motyw, którego wolałabym w książce nie czytać no ale... Jest to, co lubię w kryminałach czyli wąskie grono osób, z których każda może być podejrzana, jest zima, jest biało na zewnątrz i powinno być mocniej rodzinnie i mocniej świątecznie a jest raczej nastrój grozy i niepewności. Nastrój zła, które wydarzyło się obok kontrastuje z kolorowymi ozdobami świątecznymi i radosną muzyką płynącą z głośników.

Każdy mógł więc zabić. Ale kto to zrobił? Tego dowiadujemy się niemal na ostatnich stronach. Oprócz tego jest ciekawa galeria postaci, z których niejedna ma coś na sumieniu. Atmosfera grozy mieszająca się z kolorowymi dekoracjami i radosną muzyczką snującą się z głośników. Olga, której postać polubiłam bardzo i z którą mam nadzieję jeszcze się "spotkać" w którymś z kryminałów autorki. 

Moja ocena to 6 / 6. 

środa, 29 listopada 2017

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. Poznań (2017).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa. 

Na wstępie, nie mogę się nachwalić oprawy, w jakiej książka do mnie dotarła. Zielona gałązka, drewniana choineczka spięte białą klamerką, to wszystko bardzo pobudziło mój zmysł estetyczny i, nie ukrywam, nastroiło jeszcze lepiej do tej książki. A do tego doszła fantastycznie zaprojektowana  przez Ilonę Gostyńską-Rymkiewicz okładka (staję się miłośniczką okładek zaprojektowanych przez panią Ilonę). Na okładce widnieje widok z góry na biały obrus, są widoczne dłonie biesiadników i nieco wigilijnych, tradycyjnych potraw. W centrum okładki natomiast widnieje zdjęcie bielusieńkiego talerza, bez żadnej potrawy, okraszona tytułem wydrukowanym w kolorze bordo. Biel talerza zbrukana tytułem zostaje też zepsuta faktem, że talerz jest pęknięty. Już samo zdjęcie talerza robi na potencjalnym czytelniku zdjęcie i według mnie sugeruje jaka opowieść jest przed nami. 

"Nasze kochane święta" Iwony Poczopko bowiem to nie ckliwa, wzruszająca opowiastka ze Świętami w tle, w której podkreślone są zarówno polskie tradycje świąteczne jak i tak często podkreślana w reklamach świątecznych i nie tylko, "magia" Świąt. 
Ja nazwałabym tę książkę obyczajową książką z mocnym rysem historycznym. Cztery Wigilie, które dzielą tę książkę na cztery części to jak Adwentowy wieniec, cztery rozdziały z życia rodziny spotykającej się u rodziców na wspólnych wieczerzach wigilijnych. Pierwsza Wigilia odbywa się w domu Niuty (Stanisławy, która lubi jak się ją tak nazywa) i Edka w latach siedemdziesiątych, mniej więcej w ich połowie. Następne Wigilie opisane na kartach książki odbywają się co mniej więcej dziesięć lat. Może pomiędzy trzecią a czwartą wieczerzą jest nieco większa przerwa czasowa. 

"Nasze kochane święta" to niesamowicie prawdziwy obraz Polaków z mniej więcej ostatnich osiemdziesięciu lat. Pomimo bowiem tego, że pierwsze spotkanie odbywa się w latach dobrobytu Gierka , pamięć i wspomnienia bohaterów książki sięgają do lat IIWŚ a również i nieco wcześniej.

Każda z opisanych Wigilii rodziny to inny skład i nieco inne rozmowy ale skupiające się wciąż wokół kilku kluczowych tematów takich jak polityka czy wydarzenia aktualne w czasie, w którym dzieje się akcja książki. Pierwsza Wigilia odbywa się w dość kameralnym gronie, rodziców Niuty i Edka i dwóch córek, Hanki i Marty. Dziecko spędza ten czas ze swoim ojcem. Jak już pisałam, skład obecnych na poszczególnych Wigiliach zmienia się ale trzon rodziny pozostaje podobny. Rodzą się wnuki, pojawiają nowi partnerzy ale przy wigilijnym stole wciąż na wieczerzy jest zarówno suto zastawiony stół jak i nieustające rozmowy na tematy ważne i bieżące. Poglądy też są różne, często w zależności od wspomnień. Relatywizm poglądów również bywa zmieniany. 
Wigilijne spotkanie mające w zasadzie jednoczyć rodzinę z jednej strony owszem, jednoczy, z drugiej jednak strony ukazuje na co dzień niezauważane bądź nie dość podkreślane różnice między członkami rodziny. 

Gorące tematy polityczne i społeczne zmieniające się wraz z upływem dziesiątek lat dziwnym trafem potrafią stać się przyczynkiem do wzajemnych żali i pretensji wypowiadanych nad stołem zastawionym potrawami. Brak jest nadmiernego akcentu religijnego aczkolwiek rodzina nie jest świecka. 

"Nasze kochane święta" to bardzo dobrze namalowany obraz, portret współczesnej Polski i jej mieszkańców jak również dobre oddanie kilkudziesięciu lat z życia konkretnej polskiej rodziny.  Czy ten obraz jest krzepiący i zadowalający? Nie wiem, sądzę, że na pewno budzi wiele refleksji i przemyśleń i jest to zdecydowanie lektura nie na jeden wieczór a nawet jeśli ktoś przeczyta ją szybko, jest to książka, która zdecydowanie należy do tych, która zostaje w pamięci czytelnika. Właśnie swoim skontrastowanym obrazem święto-obrazoburczość wniosków, twierdzeń, wspomnień i wzajemnych wypominań i żali. Pokiwać można nad nią nie raz. Czy jest to lektura dla każdego? Nie sądzę. Na pewno nie dla kogoś, kto oczekuje na książkę typowo "świąteczną" ze wspomnianą przeze mnie powyżej magią i nastrojem. Również sądzę, że warto jest aby ktoś, kto po nią sięgnie, orientował się jednak w jakimś stopniu w historii Polski bowiem współczesne bolączki i aktualne wydarzenia opisywane w książce to właśnie lekcja historii Polski w czterech wigilijnych aktach. Których to znajomość (wydarzeń) znacznie ułatwia czytelnikowi lekturę. 
Mimo, że nie jest to najbardziej optymistyczna lektura to niesie ze sobą jednak przesłanie, że jakby nie było, dobrze jest mieć w życiu takie swoje własne stałe miejsce i stały komplet ludzi wokół, w którym i z którymi można spędzić Wigilię i Święta.
Polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.

wtorek, 28 listopada 2017

Czyli "Był sobie pies na święta".

Wydana w Wydawnictwie Kobiecym. Białystok (2017). Ebook.

Przełożyła Edyta Świerczyńska. 
Tytuł oryginalny The Dogs of Christmas. 

Książka napisana przez autora poprzedniego psiego bestsellera, czyli "Był sobie pies" (jeszcze jej nie czytałam chociaż czeka na czytniku). Tym razem jest to wydanie Świąteczne :) a raczej przedświąteczne. 

Dedykowana ludziom, którzy otwierają swoje serca i drzwi dla osieroconych zwierząt. Czemu taka dedykacja? Bo ważną rolę odegra tam schronisko dla zwierząt. 

Ale od początku. Jest początek października, kiedy do Josha dzwoni sąsiad. Rozmowa jest dość krótka, niespokojna a jej efektem prośba o opiekę nad psem, którym z przyczyn niezależnych sąsiad Ryan nie może się zająć.

Ryan podrzuca Joshowi psa i znika. Potem okaże się, że jego nieodpowiedzialne zachowanie nie jest niczym nowym, niestety. Ale w tym momencie Josh zostaje z dużym psem. Psem, który właściwie od razu okazuje się być suczką, Lucy. W dodatku - ciężarną. 

Josh zostaje więc sam (jest po bolesnym rozstaniu z dziewczyną) ale ma przy sobie suczkę. Jest nieco zaskoczony nagłą sytuacją bo nigdy dotąd nie miał psa. Ale zadziwiająco sobie radzi. Tym bardziej, że dość szybko będzie musiał zyskać dodatkową pomoc. Albowiem chwilę po tym jak Lucy zostanie podrzucona pod opiekę Josha, Joshowi przyjdzie się zmagać z czymś o wiele, wiele trudniejszym. Opieką nad smutnym psem,a chwilę potem nagle, nad gromadką szczeniąt. Piątką, mówiąc konkretnie. Wszystkie te wydarzenia spadły na Josha niespodziewanie i nagle ale na szczęście okaże się, że zyska on pomoc z nieopodal położonego schroniska dla zwierząt. Przybędzie mu bowiem z pomocą serdeczna i dobra dziewczyna, Kerri.

Kerri okaże się lekarstwem na smutki nie tylko suni ale i samego Josha. A ponadto będzie jak czarodziejka, która wszystkich zaraża swoim optymizmem i witalnością. Nie dziwne, że jest w stanie zorganizować niemal każdą psią adopcję. Jest dobrą, kochającą i serdeczną osobą. I pomoże Joshowi nie tylko w kwestii bycia opiekunem psiaków w sytuacji osoby do tej pory nie mieszkających z psami ale również "odczaruje" dla Josha Święta. Do tej bowiem pory Josh miał ze Świętami Bożego Narodzenia złe, osobiste skojarzenia i jak dla niego to, co w dzieciństwie uwielbiał, teraz mogłoby nie istnieć.

Dzięki Lucy, pięciu szczeniakom i oczywiście Kerii, od tego czasu Święta znów staną się ważnym i dobrym czasem dla Josha.

Bardzo mi się podobała ta książka. Za co? Za to, że bohaterami są psy. Psy, które są równoważne z bohaterami ludzkimi. Za ciepło i pozytywny wydźwięk książki. Za Święta, które dla bohatera były kiedyś ważne i ważne znów się staną. Za opisaną pomoc zwierzakom, które zostają osierocone, bez domu, wyrzucone i porzucone. Za to, że W. Bruce Cameron daje nadzieję na to, że po złych chwilach nadejdą te dobre, te szczęśliwe. Za to , że dla mnie, miłośniczki psów, miałam tych psów w książce dużo, dużo i wcale nie za wiele :) Za wzruszenia, których mi autor dostarczył. Za to, że ostatecznie wszystko dobrze się kończy. Właśnie tak, jest nie jedno a kilka szczęśliwych zakończeń. Dla psów, dla ludzi. 

Bardzo ładna, ciepła opowieść o tym, że po gorszych chwilach nadejdą te lepsze. I że nie ma to jak pies, który pomaga człowiekowi rozprawić się z najczarniejszymi wspomnieniami i traumami.

Polecam ogromnie.

Moja ocena to 5.5 / 6.

piątek, 24 listopada 2017

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2017). Ebook.

Przełożyła Hanna de Broekere.
Tytuł oryginalny The Mistletoe Inn.

Kolejna książka Richarda Paula Evansa, którą przeczytałam w krótkim czasie i również podobała mi się ona. Na pewno jest to literatura nie dla każdego, nie ukrywajmy, Evans pisze romanse. Jeśli ktoś woli kryminały, thrillery, literaturę faktu, to raczej pewnie nie jest lektura dla niego. Tak tylko daję znać :)

Co prawda motyw Świąt Bożego Narodzenia jest tu ważny ale nie najważniejszy chociaż akcja książki dzieje się w sumie podobnie jak w poprzednio czytanej przeze mnie "Obietnicy pod jemiołą" w dość krótkim czasie i kończy się właściwie w Nowy Rok. Nie jest to więc taka stricte świąteczna opowieść ale faktem jest, że motyw Świąt w niej jest. Jednak nie jest to najważniejsze. 

Narratorem opowieści jest bohaterka, Kim Rossi. Kobieta jest po rozwodzie, pracuje w salonie sprzedaży ekskluzywnych aut. Jej marzeniem jednak nie jest realizowanie się w tej pracy. Kimberly marzy o tym aby zostać autorką romansów.
Dlatego też chciałaby wziąć udział w konferencji poświęconej pisaniu romansów, na której to imprezie wygłosić odczyt ma słynny autor romansów, E.T. Cowell. Postać niezwykle tajemnicza gdyż nie dość, że nawet za czasów największego sukcesu nikt właściwie nie widział jak wygląda , to obecnie autor ten praktycznie zniknął ze sceny literackiej. Z jakichś jednak powodów postanowił najwyraźniej powrócić do literackiego świata. A jaki to będzie powrót ? O tym przekona się również Kim. Pobyt w "Hotelu pod jemiołą" , w którym odbywa się to wydarzenie funduje Kim jej tata. Chce zrobić nietypowy prezent córce, którą kocha, a która od pewnego dramatycznego pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia Świąt nie lubi i źle się czuje w tym czasie. 

Podobał mi się sam opis konferencji i spostrzeżenia na temat zarówno wydawców, jak i agentów ale przede wszystkim pretendujących do zostania autorami. Myślę, że ta część może stanowić pewien ożywczy prysznic dla tych, którzy są przekonani, że "każdy, w tym oni sami, może pisać". Każdy może i może pisać ale nie każdy najwyraźniej powinien :)

Książka podobała mi się również z innego względu. Ze względu na poruszony w niej motyw miłości i to nie tylko tej między mężczyzną a kobietą. Jak również ze względu na poruszony motyw przebaczenia. Wybaczenia, które ulgę i spokój przynosi osobie, która do tej pory na przebaczenie zdobyć się nie potrafiła. 

Zabawne jest, że na chwilę przed tą książką sięgnęłam po "Obietnicę pod jemiołą". Richard Paul Evans bowiem w "Hotelu pod jemiołą" w interesujący sposób wplótł motyw powieści "Obietnica pod jemiołą" z niej to czyniąc książkę, którą chce napisać główna bohaterka. Jak również sympatyczne są drobniutkie ale jednak wzmianki polskie. 

Widzę, że w Ameryce emitowany był film na podstawie tej książki. Ciekawe jaka będzie ekranizacja. Chętnie kiedyś sama bym go obejrzała.
A tymczasem daję książce  ocenę 5 / 6.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...