Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.

książkowo

piątek, 28 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017). Ebook. 

To trzecia część opowieści o Natalii i Ninie, które poznały się w Ciechocinku. Ich poznanie opisane zostało w części pod tytułem "Sanatorium pod Zegarem". Ja nie czytałam części drugiej tylko sięgnęłam po tę część, powodowana ciekawością ile tego Paryża będzie w książce :) Owszem, Paryż był ale nie stanowił najważniejszego bohatera książki. Z różnych powodów i w życiu Natalii i Niny jednak to Paryż właśnie konkretnie musiał być.
W tej części autorka stworzyła naprawdę mieszankę wybuchową. Bo będzie i poważna intryga kryminalna, a więc konieczność śledztwa, ale również na jaw wyjdzie bardzo dużo tajemnic zarówno z przeszłości Niny jak i Natalii.
Przyjemnie było poczytać kolejną część opowieści o tych zaprzyjaźnionych ze sobą jakiś czas temu kobietach, które początkowo wydawało się, że różni wszystko a okazuje się, że łączy więcej niż można przypuszczać, skoro wynikła z tego taka przyjaźń. Pozazdrościłam Ninie Natalii, która zawsze ją wspiera i stanowi dla niej być może namiastkę matki.
Większość akcji książki dzieje się w Paryżu ale w tej części poznamy też to, co wydarzyło się parędziesiąt lat temu.

Wciągnęła mnie ta opowieść, polubiłam obie bohaterki (zwłaszcza Natalię, jakże inną panią koło czy raczej już po siedemdziesiątce niż przeciętnie sobie wyobrażamy), szkoda, że to już koniec trylogii. Może jednak autorka skusi się kiedyś na kontynuację losów swoich bohaterek.

Moja ocena to 5 / 6.  

środa, 26 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2016). Ebook.

Swego czasu "polowałam" na tę książkę w rozmaitych konkursach książkowych ale nie udało mi się jej wygrać a jakiś czas temu przypomniałam sobie o niej i nabyłam. Miałam bowiem chęć na coś lżejszego. I otrzymałam to. Co prawda, w książce będzie motyw kryminalny ale ogólnie to jest to raczej książka pogodna niosąca ciekawe przesłanie, o którym wiele młodych osób nie pamięta. A mianowicie to, że ktoś, kto ma więcej lat w dowodzie osobistym nie od razu musi być osobą nieruchliwą, zgrzybiałą, zdegustowaną. Ba, może być zakochany czy mieć partnera (bez ślubu :) ). 

Bohaterkami książki są Nina i Natalia. Nina to młoda kobieta z Warszawy, zarządzająca prężnie firmą , Natalia to starsza pani pochodząca i mieszkająca w Helu. W Helu prowadzi swój zakład fotograficzny "Mewa". 
Obie te kobiety najprawdopodobniej nie miałyby szansy się spotkać gdyby nie fakt, że splot wydarzeń umieścił je w jednym miejscu. A mianowicie w dwuosobowym pokoju w sanatorium w Ciechocinku.  
I od tej pory zaczyna się akcja książki. Jest więc i samo sanatorium a właściwie, szpital uzdrowiskowy z surową siostrą przełożoną i równie surowymi zasadami w nim panującymi. Są kuracjusze, z których o leczeniu myśli często mniejszość. Są fajfy i zasady panujące w sanatorium prawa i zasady dotyczące podrywu. 
Wreszcie są dwie fajne kobiety, Natalia i Nina, które po początkowych niesnaskach zaprzyjaźniają się ze sobą i to do tego stopnia, że będą w stanie utrzymać wspólnie pewien sekret w tajemnicy jak również współpracować ze sobą na innych frontach i wspierać się wzajemnie.
Podobało mi się, o czym już pisałam, że Natalia jest tu kobietą z WCIĄŻ pragnieniami i marzeniami, owszem, nie zdobywającą wielotysięczników ale rzutką, ruchliwą, zmotoryzowaną, na swój sposób podobnie jak Nina , jest ona kobietą interesu prowadzącą zakład fotograficzny.
Nina na jej tle wypada nawet często blado a na pewno dość pruderyjnie, te kontrasty podane na szczęście w odpowiedniej proporcji są zabawne i skłaniają do refleksji jak często my, młodsi , "odbieramy" swoim lekceważeniem prawa do tego czy owego osobom starszym uważając ich za "staruszków".

To taka pozytywna proza obyczajowa, raczej nie ma co się doszukiwać w niej psychologicznego dna i nawet niespecjalnie bym to w tego rodzaju książce widziała.

Podobała mi się i moja jej ocena to 5 / 6.

 

niedziela, 23 kwietnia 2017

...z Okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich.

Cieszmy się, że ludzkość wpadła kiedyś na pomysł tego aby dokumentować słowo w jakiś trwalszy sposób niż przekazy ustne.
Bo dzięki temu nie ruszając się z domu możemy przenieść się nie dość, że w rozmaite miejsca to i w inne czasy. Poznawać niezliczoną liczbę osób. Przeżywać czyjeś historie, denerwować się na kogoś albo marzyć aby mieć taką właśnie przyjaciółkę. Czy to nie cudowne uczucie? To właśnie magia książek.

Jaką książką uczcicie dzisiejsze święto?
Ja zaczęłam wczoraj czytać "Sanatorium pod Zegarem" Liliany Fabisińskiej. I jak na razie - podoba mi się.  

piątek, 21 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie "Książnica". Katowice (2011).


Przełożyła Dobromiła Jankowska.
Tytuł oryginlny Take A Chance On Me.  

Nie wiem jak Wy ale ja z książkami mam tak,że bardzo chętnie sięgam po coś poważniejszego ale i lubię zrobić sobie przerwę na coś lżejszego. Coś o czym śmiało mogę powiedzieć zaczynając lekturę, że mnie nie przybije i że wiem, że dobrze się skończy.
Człowiek uczy się całe życie i oto pożyczona mi przez Mamę książka okazała się należeć do gatunku "chick-lit" (w sumie mimo, że niby czytałam co to ma być dalej nie wiem jak to nazwać po swojemu, czytadełko?). Nie lubię takich szufladkowań, jak dla mnie to była po prostu fajna książka , lekka stylem ale mimo wszystko wcale nie wolna od poruszenia problemów jakie ludziom towarzyszą. Z tym,że podana w dość lekkiej formie.

Sięgając po nią nie miałam żadnych oczekiwań i również nie martwiło mnie, że wydałam na nią pieniądze, bo wiadomo, pożyczone to pożyczone. Ryzyka nie ma.
I nie było, a nawet było więcej czyli świetna książka,którą "przekładałam" sobie cięższą lekturę książki "Ta, którą znam" Małgorzaty Wardy,o której pisałam w poprzednim wpisie.

Cleo Quinn mieszka w rodzinnym miasteczku w Wielkiej Brytanii. Po kilku nieudanych doświadczeniach z poprzednimi mężczyznami, z którymi się umawiała nareszcie jest w stałym i obiecującym związku. W jej życiu nie ma zbyt wielu spektakularnych wydarzeń. Nie ma bogactwa ale jest w stanie zarobić na życie. Nie ma wykształcenia ale ma pracę, na którą nie narzeka. Nie ma jeszcze własnej rodziny ale ma siostrę, którą kocha i przyjaciela. Dla niektórych to mało, dla innych zaś bardzo wiele.

Książka rozpoczyna się pogrzebem ojca dawnego kolegi z klasy Cleo. Kolega to zbyt wiele powiedziane. Swego czasu Johnny LaVenture, który obecnie jest rzeźbiarzem robiącym karierę w Stanach Zjednoczonych, dał się we znaki Cleo. Oj, dał !

Teraz jednak oboje dorośli i nikt nie ma powodów do odgrzewania starych żali i niesnasków.

Co będzie dalej? Dalej poznawać będziemy losy kilkorga bohaterów bo autorka skupia się nie tylko na samej Cloe. Będzie jak w życiu, czasem słodko, czasem gorzko ale najważniejsze aby mieć obok siebie kogoś, z kim można zawsze "przegadać" sprawy i wyżalić się ze swoich problemów. Bądź ucieszyć wespół radościami i podzielić sukcesem.

Mnie się podobała i daję jej 5.5 / 6. 

 

 

środa, 19 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2017). Wydanie kolejne, z okładką filmową.

Przełożył Jan Kraśko.
Tytuł oryginalny The Gilr On The Train.

Cóż, gdyby nie zbieg przypadków, nie przeczytałabym tej książki. A dlaczego? Ano dlatego,że wcześniej naczytałam się masę kiepskich opinii o niej. Że wcale nie fajna, że jak to King poleca coś takiego? I to i śmo i owo. I nie powiem, znów zamiast posłuchać się własnej intuicji, odpuściłam. Możliwe, że również dlatego, że ostatnio mniej czytam kryminałów i thrillerów?
Najpierw P. zaproponował obejrzenie filmu, obejrzeliśmy i...podobał mi się film. Owszem, były motywy, które drażniły bo wydawały mi się niemożliwe ale...
I kiedy Zajączek podsunął mi "Dziewczynę z pociągu" jako prezent...Chętnie sięgnęłam. Wiem wiem, szkoda,że jednak film obejrzałam najpierw ale , o dziwo, mimo tego czytało mi się ją świetnie, tym bardziej, że ekranizacja jednak o wiele gorsza (za to gra Emily Blunt wspaniała).

Nie wiem, naprawdę nie wiem dlaczego w sumie ta książka ma tak złe opinie. Dla mnie była bardzo dobra. Wciągnęła a przy tym nie była tylko i wyłącznie thrillerem a czymś więcej. I miło, że to "coś więcej" ja osobiście znalazłam nie w kolejnej książce autora skandynawskiego, a właśnie w prozie z Wielkiej Brytanii.

Podejrzewam,że większość z Was jednak czytała tę książkę ale jak widać, nie jest tak, że wszyscy, więc jednak coś o niej napiszę.
Rachel to młoda kobieta. Od dwóch lat rozwódka. Od lat jeżdżąca do pracy do Londynu i powracająca do domu w Ashbury pociągami podmiejskimi. Alkoholiczka. 
Rachel nie zawsze była w tym punkcie życia, w jakim jest teraz. Miała wspaniałego męża, udane jak sądziła, małżeństwo i uroczy dom na przedmieściach. Dom, w którym obecnie mieszka nowa rodzina byłego męża Rachel, Toma. Anna, nowa żona Toma i ich malutka córeczka. 
Idylla, która miała przynależeć Annie, zrealizowana została przez inną kobietę. 

Rachel jest w kiepskiej formie psychicznej. Być może aby przestawić swoje myśli na lepsze tory (a że dojeżdża pociągiem można uznać to porównanie za całkiem trafione) Rachel obserwuje świat za oknem i wymyśla historie o ludziach mieszkających w domach. A konkretnie, o dwójce, którą jakiś czas temu zauważyła. Dwójka ta, nazywana przez Rachel Jess i Jason, mieszka nieopodal dawnego domu bohaterki. I być może pierwsze zauważenie tej pary ma związek z tym jak trudno Rachel patrzy się na swój dawny dom, w którym zmieniono tyle szczegółów , w którym jest teraz pokój dla dziecka. Dziecka, którego tak pragnęła Rachel. I którego nie udało się jej mieć w małżeństwie z Tomem. 
I którego nieobecność w życiu Rachel zaważyła na jej , Rachel, życiu bardziej niż ta kiedykolwiek mogłaby przypuszczać, że się stanie.

Tak więc Rachel podróżuje dwa razy dziennie pociągiem i obserwuje związek idealny, Jess i Jasona, których obserwuje i którym wymyśla a to zawody a to natężenie ich miłości Mają według niej to, czego jej samej zabrakło. Związek wydaje się naprawdę udany , ze wspólnymi leniwymi kawami pijanymi na tarasie przed domem, na leniwych chwilach wspólnoty, na pieszczotach, które oznajmiają światu "jest między nami bardzo dobrze". I być może dlatego zdradzona kiedyś Rachel tak bardzo czuje się zbulwersowana gdy widzi Jess całującą się pewnego dnia z mężczyzną. Który oczywiście nie jest Jasonem. 

Ta chwila stanie się przełomowa dla Rachel. Albowiem wkrótce dowie się, że ów obraz zdrady Jess widziała na dzień przed zaginięciem Jess. O której to wkrótce Rachel dowie się, że w rzeczywistości nosiła imię Megan. 

Książka to narracja trzech kobiet, Rachel, Megan i Anny. Akcja książki rozpoczyna się w początkach lipca 2013 roku ale dzięki ich narracjom dowiadujemy się o wydarzeniach mających miejsce w roku 2012. 
I o tym, co tak naprawdę doprowadziło do tragicznych wydarzeń, do zaginięcia Megan. I do jej poszukiwań przez męża i policję. 

Co mi się podobało w tej książce? To jak opisano myśli Rachel. Tak, czytając to naprawdę czuło się , współodczuwało wręcz jej uzależnienie od alkoholu i to jak jej nałóg mąci jej w głowie. 
Również według mnie bardzo , bardzo dobrze oddano rozpacz kobiety, która pragnie zostać matką ale z jakichś powodów nie udaje jej się tego zrealizować. Te fragmenty są naprawdę prawdziwe, przejmująco smutne i bardzo wiarygodne.
To w końcu portret trzech kobiet, które zostaną połączone poprzez los, a które na swój sposób, chociażby się mogło wydawać, że wszystko je dzieli, są podobne do siebie bardziej niż by tego chciały. Są podobnie samotne i nie mają tak naprawdę żadnego wsparcia. I właściwie każda z nich na swój sposób przed czymś ucieka. Najmniej Anna, która dopiero stoi w blokach startowych.

Podobało mi się to dochodzenie Rachel, dla której prywatne śledztwo po zaginięciu Megan stało się przyczynkiem do starania się o pozostawanie w trzeźwości. Podobało mi się również to jej dochodzenie do jej własnych prawd w życiu, pomimo tego, że niestety, najczęściej odkrywanie tych prawd naprawdę ją raniło.

Z tych trzech bohaterek najbardziej polubiłam Rachel, której kibicowałam w dochodzeniu do siebie i otrząśnięciu się po nieudanym związku.
Megan budziła we mnie sporo emocji ale uważam, że jej postać również nakreślona jest ciekawie. Najbardziej zaskakująca okaże się Anna ale nie chcę zbyt wiele zdradzać tym, którzy nie czytali książki.

Ciekawie rozpisany obraz sielanki, którą z daleka często obserwujemy i wydaje nam się wspaniała a tu proszę, może okazać się, że to, co bierzemy za pewnik jest jedynie iluzją. W przypadku Rachel, dochodził problem z alkoholem i jej własna niepewność na ile to, co widzi, widziała czy pamięta, miało miejsce naprawdę.

Bardzo dobry thriller i naprawdę, powtórzę się, nie wiem skąd te złe oceny.

Moja ocena to 6 / 6. 


 

wtorek, 18 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Novae Res. Gdynia. (2016). Ebook.

Po książki pani Jolanty Kosowskiej sięgnęłam zupełnie przypadkiem i był to tego rodzaju przypadek,który wspomina się miło i z poczuciem zadowolenia, że się zdarzył. Albowiem odkryłam dla siebie kolejną autorkę,której książki będę czytała chętnie. 
Co mi się podoba to fakt,że , przynajmniej w dwóch do tej pory czytanych przeze mnie książek pani Kosowskiej, jest tajemnica i taki rozedrgany klimat, poczucie niepewności, niedopowiedzenia. Czegoś nieokreślonego. Czego dowiadujemy się stopniowo wraz z upływem lektury. I co mi się podoba to każda książka napisana jest inaczej, dotyczy innego problemu.
Jak zauważyłam autorka lubi czynić swoimi narratorami mężczyzn. Nie inaczej jest w tej książce, w której bohaterem jest terapeuta, Wojciech Krzewiński.
Prowadzi on prywatną praktykę ale kiedyś swoją psychologiczną pomocą służył chociażby policji, stąd posiada rozmaite znajomości.
Metody stosowane przez niego mogą budzić kontrowersje i budzą. Za swoją pracę płaci on też nierzadko cenę. Najwyższą był rozpad związku Wojciecha z Karoliną, młodą artystką, malarką.  

Wojciech odchorował już rozpad związku, z Karolina utrzymuje kontakty głównie emailowe jako, że kobieta pojechała do Toskanii gdzie pracuje przy ciekawym projekcie. Oto ma zrobić ilustracje do powstającego nowego rodzaju przewodnika o Toskanii. Podobno nigdy wcześniej takiego rodzaju przewodnik się nie ukazał, jego oryginalność ma być atutem na rynku wydawniczym wśród innych poświęconych regionowi.

Wydaje się więc, że każde z nich już od dawna ma poukładane życie, gdy oto u Wojciecha zjawia się nieznajomy i bardzo tajemniczy mężczyzna i oznajmia mu, że Karolina potrzebuje natychmiastowej pomocy i wsparcia Wojtka. 
Wojciech niestety, nieco zwleka z pomocą, co skutkować będzie konkretnymi działaniami dziewczyny.

Poprzednia czytana przeze mnie książka Jolanty Kosowskiej, czyli "Deja vu",  o której pisałam w tym wpisie, działa się w większości w Wenecji. "W labiryncie obłędu" dzieje się w sporej części w sielskim krajobrazie Toskanii. Znamienne jest dla autorki, że wydarzenia tajemnicze, dziwne, wręcz z narastającą grozą umiejscawia w wydawałoby się sielankowych i romantycznych miejscach. Ten według mnie celowy kontrast stanowi interesujący zabieg bowiem wzmaga poczucie niepewności, nasilające się poczucie grozy i wręcz lekkiego niepokoju czytelnika co też teraz się wydarzy. 
Nie są to żadne kryminały ani klasyczne powieści grozy a jednak autorce udaje się wspaniale stworzyć klimat niesamowicie pasujący do konkretnej książki. W "Deja vu" ogromnie dużo było o sile miłości, w "W labiryncie obłędu" im dłużej czytamy to, co działo się w pozornie sielskiej krainie jaką jest Toskania, ty bardziej zaczynamy odczuwać przerażenie bohaterki, Karoliny i Wojciecha, który zastanawia się co tak naprawdę działo się przez ostatnie dwa tygodnie w życiu jego byłej partnerki i czy być może nie popadła ona w obłęd.

Bardzo dobra książka,od której ponownie trudno było mi się oderwać.
Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

piątek, 14 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Replika. 
Zakrzewo (2017).

Książkę wygrałam w konkursie na Fb organizowanym przez "Książki, które trzeba przeczytać". Wygrałam wtedy dwie książki, tę i Anny Klejzerowicz, pod tytułem "Zaginione miasto", więc jeszcze innego rodzaju lektura przede mną.
Często powtarzam, że przypadek decyduje o tym, że "poznaję" jakiegoś autora bądź autorkę. Biorę udział w konkursach żeby nie wyszło jak w tym kawale , co to "pointą było, daj mi szansę, kup los!" i książki chyba mnie kochają, że tak je wygrywam. I dobrze. Bo nie znałam książek pani Aliny Białowąs a teraz po przeczytanej "Zaufaj mi, Karolino" chętnie sięgnę po inną (na pewno chcę przeczytać kontynuację losów Karoliny).

"Zaufaj mi, Karolino" to kontynuacja poprzedniej części losów bohaterki o tym imieniu aczkolwiek od razu mówię, śmiało można zacząć czytać ten cykl tak jak ja to zaczęłam i nie jest tak, że bardzo się to odczuwa (nie będziemy po prostu znali sytuacji z babcią bohaterki , która została opisana w części pierwszej).

Co mi się podobało? To, że rzecz dzieje się we Wrocławiu i że na tyle wspomniane są miejsca i punkty miasta, że na pewno dla mieszkańców jest to przyjemne (ja przynajmniej lubię odnajdować znajome miejsca w czytanych przeze mnie książkach). To, że bohaterka jest zwykłą dziewczyną, która musi uporać się z traumą. A jest nią rozwód po bardzo niedobrym małżeństwie. 
W tej książce nie będzie nagłych zwrotów akcji. To zwykłe życie młodej bibliotekarki, która nagle jest w nowej dla siebie roli "młodej rozwódki". W dodatku nie do końca dobrze radzącej sobie z traumą złego związku. I musi jakoś się z tym uporać. Koło siebie ma na szczęście przyjaciółkę . Pojawia się też chłopak z przeszłości. Teraz jako kolega. Który jednak może stanie się dla Karoliny kimś więcej? Karolina na razie skupia się na dojściu do siebie po rozwodzie i nauczeniu się żyć samej. Chociaż jest kochająca babcia i rodzice. Rodzice tacy prawdziwie odmalowani, żaden tam słód i jedzenie sobie z dziubków, według mnie ta relacja jest bardzo prawdziwie odmalowana. Mam wrażenie, że sporo takich dorosłych dzieci, które kiedy chciałyby odnaleźć wsparcie w rodzicach, nagle orientują się, że nie do końca mogą na to wsparcie liczyć.

Polubiłam Karolinę i kibicuję jej aby jej los wynagrodził szczęściem w dalszej części a na okładce książki wyczytałam, że niebawem ukaże się kolejna część nosząca tytuł "Zostań ze mną, Karolino".

Moja ocena 5 / 6. 

środa, 12 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Sześć lat temu czytałam książkę tej Iwony Słabuszewskiej-Krauze pod tytułem "Ostatnie Fado", o której to książce pisałam w tym wpisie. Mnie tamta książka się podobała, chociaż widzę, że i wtedy i teraz (bo usłyszałam czyjąś opinię) zdania mogą być podzielone. Spotkałam się ze zdaniem, że "Ostatnie Fado" to czytadło. Cóż, faktycznie jest to proza obyczajowa. Mnie się podobała. Nie inaczej stało się w przypadku "Portugalki". Również jest to proza obyczajowa, której akcja dzieje się w Portugalii, w winiarskim okręgu Douro słynącym z wybornego Porto.

Jest więc Portugalia, są rodzinne sekrety (które to są sekretami raczej jedynie dla Sophie, która jest główną bohaterką,czytelnik zna je od początku książki). 
Nie jest to może proza z jakimś drugim dnem psychologiczno społecznym ale jak dla mnie spełniła po raz kolejny swoją rolę. Czyli - dostarczyła mi rozrywki czytelniczej. Przy tym oferując książkową podróż do Portugalii, którą tak lubię.
Sophie zjawia się u babki i wuja w rodzinnej posiadłości w Douro dokąd przybyła z Londynu, w którym mieszka z rodzicami. A raczej - mieszkała bo obecnie jej rodzina praktycznie nie istnieje. Rodzice pogubili się i nie mieszkają razem. Sophie bardzo przeżywa rozpad zdawałoby się idealnej pary. Sama jednak stoi na progu nowego życia, poznała bowiem mężczyznę, z którym chciałaby założyć rodzinę. Chciałaby w związku z tym bardziej się usamodzielnić i kupić mieszkanie. Aby jednak mieć na to fundusze, chce sprzedać kawałek ziemi , który jak się okazuje, należy do niej. Nie będzie to łatwe zadanie bowiem wydawać by się mogło, zwykła sprawa jak sprzedaż ziemi należącej do Sophie stanie się kamyczkiem uruchamiającym lawinę wydarzeń.
"Portugalka" to opowieść o rodzinie, która trzyma się razem,jest silna siłą wspólnoty. To opowieść o miłości matki, miłości, która może zbyt zaborcza a może właśnie matczyna. I która nie przemija. To także książka o tym, jak można zapiec się w jakiejś starej złości, w nieprzemyślanych wnioskach, które nie mają poparcia w faktach.

Mnie się podobała i daję tej książce ocenę 5 / 6. 

piątek, 07 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Burda. Warszawa (2017). Ebook.

Książki jednak chyba mnie kochają. Bo oto chwilę po jednej bardzo dobrej książce jest za mną druga, którą oceniam bardzo wysoko i która mi się podobała. I bardzo żałuję, że w serwisie, w którym oceniam książki będę to mogła zrobić dopiero po 11 kwietnia co trochę dziwne, bo rozumiem premierę wyznaczoną na ten konkretny dzień ale szczerze, skoro już kupiłam legalnie ebook a moja znajoma wersję papierową to śmiało można byłoby "uwolnić" ocenianie książki. 

Ponarzekałam a teraz do dzieła, piszę po lekturze jak mi się podobała.
Anna Fryczkowska jest autorką bardzo dobrą. I nie, nie piszę tego przez grzeczność czy chęć otrzymania następnej książki z autografem autorki (chociaż oczywiście, byłoby to przemiłe :) ) . Już wyjaśniam, skąd to moje stwierdzenie. A stąd, że jak dotąd czytane przeze mnie książki Anny Fryczkowskiej są różnorodne. Każda w nieco innym stylu i dotykająca innej tematyki. Właśnie zorientowałam się, że moja pierwsza czytana książka tej autorki to "Straszne historie o otyłości i pożądaniu" (w roku 2007), o których pisałam w tym wpisie . Czyli od pierwszego "spotkania" z jej książkami minęła dekada, jakby nie było. Nie, nie zarzucę teraz truizmem , że czas biegnie bo to wiemy wszyscy. Za to stwierdzę, że nie sztuką jest pisanie wszystkich książek na jedno kopyto, w podobnym klimacie. Sztuką jest każdą książkę napisać o czymś zupełnie innym i w nieco innym stylu. A jednocześnie czytasz i doskonale rozpoznajesz styl autorki, którą znasz i lubisz czytać jej książki. 

Pół roku temu miałam okazję czytać "Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki" , o których z kolei pisałam tu i powiem tak, że zebrawszy moje własne wrażenia i odczucia z wszystkich czytanych przeze mnie książek Fryczkowskiej, każda jest inna i każda dobra. A tu również sztuka. Od razu przypominam tym,którzy nie pamiętają, że nie, nie czytałam wszystkich książek Anny Fryczkowskiej ale sporo i jest ona jedną z moich ulubionych autorek polskich.
Jedno jest w jej książkach powtarzalne (dla mnie) i widzę, że krytykowałam to pisząc w roku 2007 o "Strasznych historiach...", mam wrażenie, ja to przynajmniej tak odczuwam, mam do tego pełne prawo jako czytelnik, zgadzać się wszak ze mną nie trzeba,że Fryczkowska nieco zbyt lubi kontrasty czarno biało. Czepiałabym się bardziej ale szczęśliwie te kontrasty potrzebne są Jej do tego aby uwydatnić problemy, wady czy skrywane tajemnice jej kobiecych zawsze bohaterek. I na szczęście wraz z upływem akcji książek zaczynają się te kontrasty skutecznie rozmywać. Jeśli jest to przyjęty z góry ulubiony trik, to już kompletnie nie będę się czepiać, chociaż dla mnie nieco zbyt szkoda, że właściwie występuje on zawsze. 

Bardzo długi mi wyszedł wstęp a o książce ani słowa więc już się poprawiam. 
Wiele o tym, o czym będzie ta książka wyczytać można w zapowiedziach i materiałach reklamowych książki (nie wiem jak z okładką książki bo przypominam, że ja kupiłam ebook) więc nie zdradzam żadnego sekretu pisząc, że książka ta opowiada o bardzo skomplikowanej rodzinie.
Na Żoliborzu, co nie jest przypadkowe (zarówno jest to dzielnica bliska samej autorce ale chodzi o to, że jest to niewątpliwie dzielnica naznaczona bardzo silnie prawicowymi sympatiami i tradycją opozycyjno Solidarnościową w latach PRL-u) mieszka w jednym domu Wojtek. Wojciech ma żonę Tunię, z którą ma córkę Dobrochnę. W tym samym domu (ale w osobnej części mieszkalnej) żyje pierwsza kobieta Wojtka, Anita. Nie ma z Wojtkiem ślubu ani cywilnego ani kościelnego, za to ma syna, Janpawła. (Nie, nie pomyliłam się pisząc to imię). Rodzina ta żyje w tym żoliborskim domu (w jednej z najbardziej elitarnej części tak zwanego Starego Żoliborza) od około dwudziestu lat i właściwie do pewnego momentu, który stanowić będzie zasadniczy zwrot w jej życiu i wzajemnych relacjach rodzinnych , wiedzie się tej rodzinie wybornie. Wszyscy się kochają, wspierają, szanują i wzajemnie pomagają wychowywać dzieci. Brzmi nieprawdopodobnie? O, zarzekałabym się może kiedyś, że skąd, że niemożliwe a potem wraz z upływem lat i historii ludzkich, które zostały mi przekazane już wiem, że nic bardziej mylnego, że ludzie plotą sobie takie losy, tak skomplikowane zależności w relacjach wymyślają i na tak różne układy się godzą, że tylko pokiwam głową, że ta sielanka nie mogła trwać wiecznie. I wiecznie oczywiście nie trwała. Historię bowiem poznajemy na różnych etapach czasowych a zaczyna się w chwili obecnej kiedy poznajemy córkę Tuni, Dobrochnę, która utkwiła w pokoju w części mieszkalnej Anity. Utkwiła i nie może wyjść z pokoju ani wrócić do życia. Dlaczego? Co się stało w tej z pozoru całkiem dobrze funkcjonującej przez dziesiątki lat rodzinie? Co doprowadziło do punktu w czasie gdy maturzystka nie jest w stanie opuścić pokoju? Tego wszystkiego dowiadujemy się podczas lektury.

Anna Fryczkowska jest sprytna. Oto bowiem pisząc swoją książkę wcale nie stawia gotowych tez. Nie sugeruje (co czyni bardzo wielu autorów książek), że ta czy inna postawa jest właściwa bo zgodna z jej przekonaniami czy też odwrotnie , jest niewłaściwa bo sama autorka nie wyznaje takich zasad. To duża sztuka zachować obiektywizm w stosunku nie dość, że do własnych postaw i przekonań, co do których siłą rzeczy, żywi się silne przekonanie, że są najwłaściwsze, ale zachować szacunek i wziąć pod uwagę to co ważne dla osób "z drugiej strony barykady przekonań". Autorce to się udaje według mnie i to też mnie ujęło. "Żony jednego męża" to ostatecznie w sporej części książka o tolerancji i nie chcę aby teraz uznano, że tytuł (dziwny i prowokujący) sugeruje o jaką tolerancję może chodzić bo guzik z pętelką. Kompletnie nie ten to trop i nie o to chodzi. A chodzi o szacunek do siebie wzajemnie, do tego drugiego człowieka, z którym spotykamy się w pracy, w szkole, na uczelni, w parku podczas zajmowania się dziećmi, wnukami?

Fryczkowska nie wysnuwa wniosków,które łopatologicznie nam wpycha. Nic na siłę i to jest siłą tej książki. Autorka jedynie pisze w sposób, który mnie prowadzi do refleksji, że  "tak, obok ciebie żyją ludzie, których normy wartości nie zawsze muszą w stu procentach pokrywać się z twoimi. Co zrobisz z tym faktem należy tylko do ciebie i w tym twoja siła".

Tak, ostatnie czasy niespokojne. Dużo jakiegoś takiego rozedrgania. Autorka umie te swoje prywatne obserwacje świata wpleść w akcje swoich książek i nie inaczej dzieje się w tej historii. Takie jak to nazwałam przy pierwszym moim zapoznaniu z książką Fryczkowskiej, "podskórne" obserwacje współczesnego świata i również tu jak najbardziej jest na nie miejsce.Dużo tu o sile internetu, tu akurat o tej sile złej, niszczącej, jest na to modne obecnie słowo "hejter" ale ja wolę napisać , że chodzi o osoby, które z niepoznanych dla mnie przyczyn są w stanie wylać na obcą osobę, oczywiście dziarsko bo anonimowo, stek najgorszych wyzwisk . Odwaga pozorna bo całkiem spora część z tych osób już twarzą w twarz nie byłaby w stanie tego zrobić. Co jednak mnie zaniepokoiło, Fryczkowska nie daje poczucia złudnej nadziei, że jedynie w piśmie ludzie są tacy "odważni", że ta nienawiść i agresja słowna zbyt łatwo ostatnio przenosi się ze sfery internetu w sferę publicznej debaty i całkiem serio branych wypowiedzi wprost. Do przemyślenia.

Tak, Anna Fryczkowska jest świetną obserwatorką świata a ja dodatkowo lubię książki tej autorki bo swoimi bohaterkami czyni zawsze kobiety. Paradoksalnie jednak te kobiety gros swoich działań skupiają na mężczyznach, którzy najczęściej są mocno "nieobecni" w książkach tej autorki, w takiej właśnie "pralni", o której mowa w tej książce i kto przeczyta, będzie wiedział, o co mi chodzi.

"Żony jednego męża" stanowią dla mnie wielkie zaskoczenie. Przystępowałam do lektury nie do końca z przekonaniem, że mi się spodoba. Jeszcze po przeczytaniu jednej dziesiątej nie do końca byłam o tym przekonana. Aż tu nagle coś "zaskoczyło", książka mnie porwała, nie mogłam się od niej oderwać przez co zarwałam dzisiejszą noc i niestety, ale marna dziś ze mnie pomoc a i dziarskością (tą pozytywną a nie niedobrą :) ) niespecjalnie dysponuję. 

No więc tak, było bardzo dobrze, bardzo. 
Moja ocena to 6.5 / 6.
 


 

czwartek, 06 kwietnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożył Andrzej Flisek.
Tytuł oryginału El invierno que tomamos cartas en el asunto 

Jeśli potrzebujecie dobrej, ciepłej,wzruszającej książki bez nagłych zwrotów akcji, opowiadającą o zwykłych ludziach, ba, może nawet jak ja to nazywam "bajki dla dorosłych" - to dobrze trafiliście.
Ja właśnie byłam na etapie poszukiwania takiej odskoczni od książek z trudną historią Polski, z chorobami w tle.
Na pewno nie jest tak, że w tej książce brak kompletnie takich zwykłych elementów ludzkiego życia ale jednak przeważa w niej dobro i szczęśliwe zakończenie. A tego właśnie potrzebowałam bardzo.

Nie znam autorki ale kiedy tylko zobaczyłam, że jest ona pasjonatką listów papierowych (nie, właśnie, nie emaili :) ) i że tę pasję będzie można znaleźć w tej książce nie wahałam się ani chwili. Po prostu wiedziałam, że będzie to książka dla mnie i nie myliłam się nic a nic.
Wiecie już w takim razie, że po części książka ta składać się będzie z listów ale nie są one jedyną treścią , jest też narracja.
Cała historia zaczyna się w małym miasteczku Porvenir. Sara, niemal czterdziestoletnia listonoszka , samotna mama wychowująca trójkę synów, dowiaduje się z dnia na dzień, że z powodu małej ilości (powiedzmy sobie szczerze, żadnej) korespondencji jej stanowisko zostanie przeniesione do stolicy.
Sara nie chce opuszczać miasteczka. Ma tu swoje życie, które lubi, ma tu Rosę, starszą panią, która bardzo pomogła te niemal czterdzieści lat temu sprowadzeniu Sary na świat.

Kiedy Sara zwierza się Rosie ze swojego problemu i wychodzi, starsza pani wpada na pomysł. Napisze list. Będzie to list do konkretnej postaci z życia Rosy ale bez nadawcy. W liście tym wyjaśni problem listonoszki i poprosi adresatkę o kontynuację pisania listów do kolejnej kobiety. Może naiwnie (a właściwie dlaczego by nie?) Sara ma nadzieję, że te listy utworzą łańcuch, którego silne ogniwa pozwolą na to aby Sara listonoszka pozostała w Porvenir.

Angeles Donate napisała bardzo ładną i ciepłą książkę o małej wspólnocie, która chociaż na co dzień nie musi się widywać, to wspiera się wzajemnie w czasie zagrożenia.

Będzie tu też o miłości, i tej syna do ojca i tej ojca do syna (kiedy czytałam dwa listy ojca i syna płakałam jak bóbr), i tej między kobietą a mężczyzną i tej matki do dzieci i tej przyjacielskiej (ktoś kiedyś napisał chyba, że przyjaźń to taka odmiana miłości).

Bardzo podobały mi się napisane listy kolejnych kobiet, z których każda starała się żyć w sposób najlepszy jak mogła sobie wyobrazić, że jest. Żadna z nich nie ustrzegła się przy tym błędów, jak każdy człowiek ale starała się żyć tak aby móc sobie powiedzieć, że przeżyła swoje życie w zadowoleniu.

Bardzo, bardzo mi się ta książka podobała. I poczułam się pokrzepiona, że ludzie potrafią jednak być wzajemnie dla siebie po prostu życzliwymi i dobrymi. I popłakałam wzruszona kilka razy.

Jestem zachwycona i daję ocenę 6 / 6. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 82
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...