Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.

książkowo

piątek, 18 sierpnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2017), Wydawnictwie Agora. Warszawa (2017).

Wojciech Orliński nie pierwszy raz pisze o Lemie. Wcześniej napisał on książkę "Co to są sepulki? Wszystko o Lemie". Nie znam tamtej książki (wydanej o ile się nie mylę jakąś dekadę wcześniej) więc trudno mi porównać. Sądzę jednak, że "Lem. Życie nie z tej ziemi" jest jednak obszerniejszą biografią jednego z najciekawszych polskich pisarzy.

Jak więc czytało mi się tę biografię? Dobrze ale mam z nią pewien problem,a mianowicie, przed przystąpieniem do tej książki powinnam była sobie przypomnieć książki Stanisława Lema. Autor biografii odnosi się co logiczne wielokrotnie do konkretnych książek Lema, jak również wręcz do ich fragmentów. I zwyczajnie, gdy się ich nie pamięta bądź nie zna (co ma miejsce w moim przypadku bowiem nie znam wszystkich książek Lema, przyznaję się bez problemu) na pewno czytający tę biografię nieco na tym traci.

W swej opowieści o Lemie Wojciech Orliński sumiennie pisze o każdym rozdziale z życia swojego ulubionego autora (nie musi o tym zapewniać czytelnika podczas lektury bo to , że Orliński lubi tego autora ogromnie czuje się podczas lektury). Jest więc i dzieciństwo Lema wraz z jego osamotnieniem jedynaka, w dodatku późnego dziecka swoich rodziców. Jest też niepewna młodość spędzona w Lwowie podczas II WŚ. Ten okres lwowski jest zresztą jednym z najbardziej trudnych i przygnębiających i naprawdę czyta się go trudno. Potem poznajemy losy Lema po II WŚ. Przenosiny z rodziną do Krakowa, poznanie żony, przeniesienie się do pierwszego domku pod Krakowem, w którym autor mieszkać będzie przez większość życia. 
Orliński nie gloryfikuje Lema aczkolwiek nie uniknął czegoś, co czyta się między wierszami, czyli po prostu wielkiego oddania autorowi. Zastanawiam się na ile pozwoliło to Orlińskiemu pozostać całkowicie bezstronnym czy obiektywnym niemniej jednak przyznam się, że jeśli nawet nie do końca to szczerze to rozumiem. Sama bowiem gdyby przyszło mi pisać o ulubionym autorze nie wiem czy zachowałabym całkowitą surowość obiektywizmu. Szczerze w to wątpię :)

Jak wspomniałam gros treści co jasne stanowi życie Lema jako autora. Poznajemy więc kolejność powstałych książek, wątpliwości, które targały samym Lemem. Próby mniej bądź bardziej udane. Jak również to jak żyło się Lemowi nie tylko jako autorowi ale po prostu człowiekowi, mężowi, przyjacielowi, wreszcie - ojcu . Chociaż ojcem Stanisław Lem stał się nawet później niż jego własny ojciec. Zdaje się, że przed tą rolą w życiu miał Stanisław Lem najwięcej obaw (czy to nie znamienne dla wielkich talentów?) niemniej jednak szczęśliwie jednak Barbara i Stanisław Lemowie syna Tomasza się doczekali. 

Mnie samą ten aspekt biografii Lema zainteresował najbardziej, właśnie Lema jako ojca. 
Ale również Lema nie tylko jako futurologa czy pisarza ale Lema w roli filozofa czywręcz prognostyka przewidującego chociażby to co stanie się z internetem.

Według mnie "Lem. Życie nie z tej ziemi" to solidnie napisana biografia, która na pewno ucieszy miłośników książek autora. 

Moja ocena to 5 / 5.

...naszego wyjazdu w sielskie okoliczności wsi warmińskiej zmarła Wanda Chotomska. O tej stracie napisało wiele osób, ja sama się zaliczam do osób, dla których wraz z odejściem pani Wandy Chotomskiej "coś się skończyło" i wiem, co tu teraz przeczytam "zostały wiersze, opowiadania, teksty dla dzieci". Owszem, zostały i bardzo dobrze bo to literatura dla dzieci lotów najwyższych. Ale smutek, że jakiś rozdział kolejny mojego dzieciństwa został zamknięty - pozostanie.

Dzisiaj jest Pogrzeb pani Chotomskiej a ja przypomnę jeden z Jej tekstów, który uwielbiałam w dzieciństwie. Czytałam go w formie książeczki z serii "Poczytaj mi, mamo!". Dopiero parę lat temu odnowiłam go sobie za sprawą Naszej Księgarni, która wydaje książeczki z owej wspaniałej serii w swoich kolejnych "Księgach". A tekstem jest "Mój piękny złoty koń". Po jego przypomnieniu podczas czytania go Jasiowi poleciały ( u mnie, oczywiście) łzy. 

Jako dziecko nie postrzegałam tej opowieści tak jak postrzegam ją teraz. Jako piękną i wzruszającą opowieść o ...stracie, o odchodzeniu. Jako dziecko nie miałam świadomości tego co teraz. Wtedy byłam przekonana, że czterolatek jeszcze kiedyś spotka swojego Złotego Konia. Dzisiaj, te trzydzieści parę lat później już tej pewności nie mam... Napisać dla dziecka coś tak pięknego, co zachwyca i dziecko i dorosłego. To właśnie umiejętność, wielki talent nie dany każdemu. 

Pani Wando, dziękuję za to wszystko co dzięki Pani otrzymałam w dzieciństwie. Wiem, jestem o tym przekonana, że to również dzięki Pani tak kocham książki.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała (2014). Ebook.

Przełożył Marcin Wróbel.
Tytuł oryginalny Snow Child.

Z tłumaczeniami jest tak. Można to robić kiepsko, dobrze i świetnie. Marcin Wróbel jest jednym z tych tłumaczy, co do których mam pewność, że gdy sięgam po książkę w Jego tłumaczeniu wiem, że otrzymam tłumaczenie rewelacyjne i mogę po prostu spokojnie oddać się lekturze. Wiem, że są osoby, które pracę tłumacza spychają na plan dalszy, ja uważam, że tłumacz jest wręcz równorzędnym twórcą książki. A ta, o której dziś piszę, jest jedną z najlepszych jakie czytałam i dlatego też cieszę się, że dodatkowo jest wsparta świetnym tłumaczeniem. No, to tyle tytułem wstępu. 

"Dziecko śniegu" na czytniku miałam od dawna. Ale trochę obawiałam się tej książki. I dopiero rewelacyjna opinia w jednej z książkowych grup spowodowała, że postanowiłam jednak po nią sięgnąć. I? Nie zawiodłam się. 
Ostatni taki zachwyt nad prozą , nad beletrystyką odczułam podczas czytania "Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta" Davida Mitchella. Było to dawno ale z literaturą wysokich lotów tak właśnie jest. Nie trafia się co chwila. Możesz czytać książki dobre, bardzo dobre ale takie, które rzucają na kolana trafiają się nam naprawdę rzadko. 

Mabel i Jacka poznajemy w specyficznym momencie życia. Jest to początek ich życia po przenosinach na Alaskę. Z tego co potem doczytałam, jest to rok 1918 ale tak naprawdę to jak stwierdziliśmy w rozmowie z tłumaczem, a raczej On stwierdził to książka, która może dziać się w każdym czasie i szczerze mówiąc tak właśnie jest. A więc ta para około pięćdziesiątki mieszka w chacie na Alasce i próbuje właśnie przetrwać w niej zimę. Nie jest lekko. Przyroda Alaski, ta, która z perspektywy dali wydawała się obietnicą wspaniałości i dobra, które pozwoli rozprawić się z przeszłością , na miejscu okazuje się być przeciwnikiem, z którym się zmagają. To co miało stać się początkiem oddechu od tego co wydarzyło się w życiu tej pary staje się poligonem walki o przetrwanie. Na szczęście Mabel i Jack poznają fantastycznych sąsiadów, z którymi zaprzyjaźniają się. To taka surowa przyjaźń uwarunkowana świadomością, że każdy z nas może znaleźć się w potrzebie i wzajemna pomoc jest oczywistością. Nikt tu nie siedzi godzinami i nie zapewnia się o wzajemnym szacunku ale jest serdecznie, gościnnie, pomocnie właśnie. 

"Dziecko śniegu" zainspirowane zostało rosyjską bajką o Śnieżnej Dziewczynce. W tej bajce para starszych ludzi wiedzie spokojne życie ale do szczęścia brak im dziecka. Pewnego dnia budują ze śniegu postać dziecka i następnego dnia w ich domu pojawia się dziewczynka. 

Podobnie dzieje się w życiu Mabel i Jacka. Alaska pojawiła się w ich życiu jako możliwość oddalenia się od dawnego życia. W którym zmarło ich jedyne dziecko. Mabel jest pewna, że była to córka , Jack nie pozwolił jej zobaczyć martwego dziecka, które przyszło na świat już nieżywe. 

Jak więc pisałam, rozpoczynają swoje życie na Alasce. Oto pewnego dnia spada pierwszy śnieg. To wydarzenie jest tak piękne, że Mabel i Jack pozwalają sobie na krótki moment beztroski, zaczynają bawić się śnieżkami a w końcu wpadają na pomysł budowy bałwanka. Udaje im się ulepić piękną dziewczyneczkę, którą przyozdabiają szalikiem i rękawiczkami.

Następnego dnia odkrywają, że bałwanek-dziewczynka zniknął a w ich życiu pojawia się po raz pierwszy malutka dziewczynka, błękitnooka i złotowłosa ... Faina czyli Łuna.

Autorka "Dziecka śniegu" to młoda osoba, której udało się napisać książkę niesamowitą. Uniwersalną opowieść o życiu. Ze wszystkimi jego aspektami i barwami. Tą dobrą i tą złą. Tą słodką i tą gorzką. To przejmujące spektrum żałoby, której nie daje się zasypać "złotymi radami" tych, którzy przez coś nie przeszli. To żal za czymś, czego się pragnęło i o czym się wie, że nigdy nie stanie się naszym udziałem. Zazdroszczę tej książki autorce bo wiem, że to oznacza właśnie niezwykły talent umieć opisać takie spektrum uczuć, emocji w jednej książce i nie stworzyć wrażenia nagromadzenia. Przejmujący to opis żalu za czymś, co odeszło , pochowanie własnych marzeń i oczekiwań od życia. Naszych wyobrażeń na temat tego jakie miało ono być. 

Uczucia i przejścia bohaterów wspaniale uzupełniają spektakularne opisy niezwykłej przyrody Alaski a wręcz owe stany ducha bohaterów odzwierciedlają.  Eowyn Ivey sama mieszka na Alasce i zdecydowanie widać, że wie o czym pisze.

Kilka wypisanych przeze mnie cytatów :

"(...)Z racji swego wieku wiem,że życie jest o wiele piękniejsze i bardziej przerażające, niż byliśmy w stanie w to uwierzyć w dzieciństwie (...). "

"(...) Ktokolwiek mówi, że życie jest czymś innym niż tajemnicą, okłamuje samego siebie".

"(...) Przed cierpieniem, śmiercią i stratą nie można uciec". 

Jak wspomniałam, "Dziecko śniegu" to książka, która swoją uniwersalnością i wspaniałym stylem pozwoliła mi na przypomnienie sobie dlaczego właściwie kocham czytanie książek. Za możliwość stworzenia w nich światów i historii pozwalających na utożsamienie się bądź pojęcie tego co wydarza się w życiu nawet tego nie przeżywając. 

Książka, która zdecydowanie będzie jedną z najlepszych czytanych przeze mnie książek nie tylko w roku 2017 ale w ogóle. Polecam i daję ocenę 6.5 / 6.

piątek, 11 sierpnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Po lekturze "Kolejnego rozdziału" Agaty Kołakowskiej, która to książka podobała mi się i pisałam o niej w tym wpisie , wiedziałam, że nie będzie to jedyna książka tej autorki, którą przeczytam. Okazja trafiła się szybciej niż przypuszczałam. Książka "Pięć minut Raisy" na rynku od 24 sierpnia, to jedna z lepszych i ciekawszych książek, które miałam okazję przeczytać.

"Pięć minut Raisy" rozpoczyna się w przyszłości, w roku 2051. Świat przyszłości tak naprawdę nie jest bardzo różny od tego, jaki znamy. Owszem, sporo jest nowej technologii i rozmaite problemy ale tak naprawdę akcja może dziać się w dowolnym czasie. Akcja dzieje się nielinernie, to czytamy wydarzenia współczesne to cofamy się do czasów narodzin Raisy i jej dzieciństwa i powoli poznajemy rozwój jej pecha. 

Oto bowiem około siedemdziesięcioletnia Raisa dowiaduje się, że decyzją WHO i Human Recources Institute została ogłoszona ...najbardziej pechową osobą na świecie ! Tak tak, nie pomyliliście się. 
Dziwny werdykt ale któż zwraca uwagę na jego jakość czy sens skoro przecież dzięki temu ...można być sławnym i zyskać swoje tytułowe "pięć minut" sławy. Po prawdzie samej Raisie raczej ten tytuł największego pechowca nie tyle może przeszkadza, co nie sprawia jej ani radości ani satysfakcji a jest jej raczej zwyczajnie obojętny ale... Tylko jej jednej jak się wydaje. 

Do domu Raisy zaczynają przybywać dziennikarze okupujący trawnik przed jej domem, który pamięta i niemieckie czasy i czasy wojsk radzieckich albowiem mieści się w Bornym Sulinowie. Z Raisą dogaduje się czym prędzej Magda Sajewicz z telewizji NTV. Ustala, że jeśli starsza pani musi stać się obiektem zainteresowania mediów, niech będzie to ekipa Magdy. 
Magda i operator zajmują się więc rozmową z samą Raisą, jak i mieszkańcami miasteczka. Raisa budzi ich sympatię i wyemitowany materiał raczej opisuje miłą, spokojną panią, którą w życiu spotykało nadzwyczaj wiele nieszczęść i pech, który jednak nie pokonał jej i pozwalał wyjść jej cało z opresji. Raisa (urodzona trzynastego maja 1981 roku o godzinie 13.13) przeżyła bowiem porażenie piorunem, katastrofę promu, atak szaleńca mordercy w jednym z hiszpańskim muzeów, katastrofę kolejową i jeszcze parę innych wydarzeń nieco łagodniejszych. Można więc przyznać, nawet jeśli się nie wierzy w takie odznaczenia, że faktycznie tytuł "Najbardziej pechowej osoby świata" może mieć spore uzasadnienie w przypadku Raisy. 

Co mi się podobało w tej książce? Sam klimat opowieści, postać Raisy, wcale nie takiej idealnej jak mogłoby się wydawać i dobrze, bo nikt z nas nie jest ideałem właśnie. Czyli nie ma wybielania postaci ale stworzenie kogoś wiarygodnego i prawdziwego. Podoba mi się też ta książka jako satyra na współczesny świat, ludzi, dla których nieważne jaki tytuł, byleby został przyznany. Sąsiedzi i mieszkańcy miasteczka bowiem wyraźnie Raisie tytułu zazdroszczą. Również chłodne spojrzenie autorki na napastliwe media wydaje się być uzasadnione i znajome z rzeczywistości kiedy media zjawiają się na miejscu czy to katastrofy czy radosnego wydarzenia szybciej niż służby do tego przeznaczone.

Podobał mi się też niesamowicie sam pomysł na stworzenie postaci będącej największych pechowcem na świecie. I to, że ta książka jest tak zupełnie inna od poprzedniej tej autorki czyli od "Kolejnego rozdziału". Dobra książka w sumie obyczajowa, rozrywkowa nawet poprzez pomysł ujęty w niej a jednocześnie nie takie zwykłe czytadło bo pokazujące grzeszki i problemy czasów współczesnych. Daje do myślenia i warto się zastanowić na ile my nie ulegamy współczesnym trendom i czy na pewno nie ulegamy niepotrzebnym fascynacjom czy nie zazdrościmy dosłownie głupot?

I najważniejsza konkluzja, do której dochodzi sama Raisa, nieważne jak dziwne tytuły zostaną jej przyznane. Ona sama wie, że była szczęśliwa bo była otoczona ludźmi, rodziną , która ją kochała i którą Raisa mogła kochać. 

Bardzo ją polecam i kiedy się ukaże zachęcam do lektury. 

Moja ocena to 6 / 6. 

wtorek, 08 sierpnia 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jakiś czas temu czytałam książkę Anny Karpińskiej pod tytułem "Odnajdę cię".  Pisałam o niej w tym wpisie. Była to pierwsza książka z serii "Księgarnia pod Flisakiem" opowiadająca z perspektywy pierwszoplanowej losy dwóch kobiet, Bożeny i Dagmary. 

W części zatytułowanej "Zostań ze mną" poznajemy dalsze losy obu kobiet rozpoczynające się w chwili, w której urwała się akcja w części pierwszej. Szybko decydują się dać sobie szansę po latach na stanie się dla siebie wzajemnie matką i córką. Dodatkowo w tej części Bożena walczy intensywnie o swoje zdrowie. Dużą część książki stanowi opis procedur leczenia Bożeny i jej walka i determinacja o powrót do zdrowia. 

Ponadto w tej części Bożena przeżywa intensywnie wydarzenia z jej drugiej, "adoptowanej" rodziny. Nie jest lekko, zwłaszcza, że adoptowana w przeszłości córka prawdziwą córką nigdy dla Bożeny stać się nie chciała a i będąc dorosła raczej przysparza jej wielkich problemów. 

Poznajemy też dalsze losy Dagmary, która już na dobre rozgościła się z dziećmi w Toruniu. Jej były mąż założył nową rodzinę, Dagmara wydaje się być niezainteresowana nowym związkiem jednak interesujący Adam coraz częściej usiłuje nawiązać z nią kontakt. I nawet kontakty z siostrą zaczynają być nieco lepsze niż miało to miejsce w poprzedniej części. Również księgarnia "Pod Flisakiem" zaczyna coraz lepiej funkcjonować.

Wydaje się więc , że powoli Dagmarze zacznie się powodzić i układać chociaż jak to w życiu, wciąż coś się dzieje. Nie można powiedzieć, że jest nudno. Chociaż często sama zainteresowana z pewnością na taką zwyczajną nudę chętnie by się zgodziła. 

Anna Karpińska pisze książki obyczajowe, które według mnie są dobre. Postaci są zwykłe. Ani bohaterskie ani chodzące czarne charaktery. Ot, zwykli ludzie i zwykłe, znane nam z życia wydarzenia. 

Mnie losy Dagmary i Bożeny wciągnęły, zainteresowały i wiem, że chętnie sięgnę po następną książkę z serii "Księgarnia pod Flisakiem". 

Moja ocena to 5 / 6. 

czwartek, 20 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

"Spalone mosty" to druga książka z cyklu noszącego tytuł "Stajnia w Pieńkach". Nie czytałam pierwszej części serii czyli "Koncertu cudzych życzeń" ale muszę przyznać, że nie miałam żadnych problemów podczas lektury "Spalonych mostów". Co prawda mamy świadomość, że w pierwszej części cyklu działo się sporo ale autorka wprowadza nas w główne wątki w taki sposób, że nie czujemy się zagubieni jako czytelnicy.

"Spalone mosty" to książka obyczajowa, nie udająca niczego poza dobrym kawałkiem takiej właśnie prozy. Było to moje pierwsze "spotkanie" z tą autorką i muszę przyznać, że udane. 

Główna bohaterka to Magda. Magda rozstała się z mężem, chwilowo nie jest zainteresowana kontaktami z mężczyznami. Całą siłę i uwagę skupia na odziedziczonej stajni i hotelu dla koni. Odziedziczyła ona nie tylko budynki i samo miejsce ale i masę zmartwień i problemów wiążących się z utrzymaniem tego miejsca a konkretnie najlepiej z podreperowaniem go i wyprowadzeniem na prostą. Owszem, są z nią osoby do tej pory pracujące w stajni. Ale tak naprawdę wszystko jest najbardziej na jej własnej głowie. Dobrze, że jedną z pracownic jest Alicja, z którą Magda jest bardzo zaprzyjaźniona. Razem z kimś kto nas wspiera z pewnością łatwiej jest i usiąść i pogłówkować nad sprawami, nie tylko związanymi z interesem, oczywiście. 

Oprócz Magdy jest cała galeria postaci, mieszkających z Magdą osób czy też tych, którzy mają przybyć. Są też sąsiedzi obok prowadzący hotel, z którymi Magda również się zaprzyjaźnia. Wydawałoby się, że Magda powinna mieć poczucie stabilizacji ale niestety, wciąż jest na etapie rozmyślania i wymyślania tego co zrobić aby jakoś przetrwać i nie zbankrutować. Jednak obecność innych, serdecznych ludzi, z pewnością jest wsparciem i krzepiąca to świadomość to poczucie, że w zmartwieniach nie jest się samemu. Tak czuje się Magda, która w tej części serii rozwiąże też swoje dylematy uczuciowe. 
Czego mi zabrakło w tej książce ale być może jest to moje indywidualne odczucie, to tego, że jakoś niespecjalnie polubiłam bohaterkę. Ani też nie denerwowała mnie specjalnie. Ot, jakoś tak była mi obojętna. Może w dalszych częściach (lub części bo w sumie nie znam planów autorki dotyczących "Stajni w Pieńkach") bohaterka da się mi polubić nieco bardziej. 

Niemniej jednak całość podobała mi się, również dlatego, że jak na obyczajówkę to akcja dziła się nad podziw wartko i dodatkowo były tajemnice z przeszłości, wątek wręcz kryminalny, który znajdzie w tej części swoje rozwiązanie. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

środa, 19 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017).

Przełożył Jerzy Żebrowski. 
Tytuł oryginalny Die Again.

To moja pierwsza książka tej autorki i już wiem,że nie będzie ostatnia.
"Umrzeć po raz drugi" to prezent dla P. , po który sięgnęłam ot tak, aby przejrzeć i kiedy zaczęłam czytać pierwsze zdania to ...wciągnęła mnie niesamowicie. Nie mogłam jej odłożyć i żałowałam, że nie jest to ebook , który bym mogła czytać nocą.

Akcja książki dzieje się nielinearnie, dwutorowo można powiedzieć. Zaczyna się od safari w Botswanie, w którym bierze udział siedem osób. I dwóch mężczyzn ze strony organizatora. To safari zakończy się tragicznie.
Przeżyje je jedna osoba. I jej narrację poznamy wędrując najpierw na zwykłej wyprawie gdy poluje się na zwierzęta jedynie za pomocą aparatu fotograficznego, a potem gdy wyprawa zmieni się w krwawe polowanie ale niekoniecznie na zwierzęta. 

Akcja współczesna rozpoczyna się natomiast w chwili gdy w Bostonie zostaje w wyrafinowany sposób zamordowany Leon Gott. Zdeklarowany myśliwy i człowiek, który nie widzi nic zdrożnego w polowaniu na zwierzęta nawet te będące pod ochroną. Jak również taksydermista. (Tak, nauczyłam się nowego słowa podczas tej lektury). Czy ktoś mści się na zwolenniku polowań ? Czy w grę wchodzą jakieś sprawy z przeszłości ? 

Jane Rizzoli w duecie z Maurą Isles (to fajny duet występujący i w innych krymiałach Gerritsen) będą współpracować przy rozwiązaniu tej zagadki. 

Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę mimo, że bywa dość konkretnie podczas opisów (czy to wyglądu ofiary czy to sekcji zwłok). Książka jest dobrze tłumaczona co tylko dodaje jej plusów i sprawia, że czyta się ją bardzo dobrze.

Widać, że Tess Gerritsen była na wyprawie w Afryce bo naprawdę akcja dziejąca się podczas owego pechowego safari w Botswanie opisana jest tak wiarygodnie, że miałam wrażenie, że oglądam to wszystko jako świadek. Gerritsen udało się też stworzyć nastrój narastającej grozy, nie tylko podczas wydarzeń afrykańskich ale przede wszystkim podczas akcji dziejącej się współcześnie, już w Stanach Zjednoczonych. Dla mnie wielką zaletą tego kryminału są postaci śledczych czy raczej pracujących przy śledztwie czyli duetu, o którym wspomniałam. Z wielką ulgą powitałam policjantkę Jane Rizzoli, która nie jest alkoholiczką, nie smęta bez powodu (mimo, że doświadczenia zawodowe mogłyby ją ku temu skłonić). Ba, ma szczęśliwe małżeństwo i fajną córeczkę. Jak miło czytać zaprzeczenie i tak wyraźne przeciwieństwo do wszystkich tych skandynawskich policjantów, którzy najczęściej marnowali swoje życie.

Co mi się jeszcze podobało to płynące gdzieś nienachalnie ale jednak w tle przesłanie. Czyli takie, że niby nie warto wracać do przeszłości ale gdy owa przeszłość sprawia,że zamykamy się ze strachem w domu i praktycznie stajemy się więźniem we własnych pieleszach, czas jest jednak stawić czoło przeszłości i jeśli oczywiście jest taka możliwość rozprawić się z nią jak najszybciej. 

Bardzo mnie wciągnęła ta książka. Być może ostatnio czytam zbyt mało kryminałów aby domyślić się sprawcy ale nie, nie domyśliłam się dopóki nam nie ujawniła osoby właściwej sama autorka co dla mnie jest dodatkową zaletą. Jednak zawsze to miło zostać przez autora zaskoczonym.

Myślę, że zupełnie niespodziewanie zyskałam kolejną autorkę kryminałów, którą będę lubić. 

Na czytniku czeka mój prezent zeszłoroczny (lub jeszcze dawniejszy) dla P. tej autorki czyli "Grawitacja" (zabawne, że wszystkie książki jak dotąd tej autorki są prezentem dla P. :) ). 

Może ktoś, kto czyta tę autorkę mógłby mi polecić jakieś inne warte przeczytania tytuły? Przynajmniej na początek. 

Moja ocena książki "Umrzeć po raz drugi" to 6 / 6.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2016).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Autorki. 

Od razu zaznaczę, że nie czytałam "Jedenastu tysięcy dziewic", która to książka jest pierwszą z cyklu "gdańskiego". Niemniej jednak nie stanowiło to przeszkody, szybko zorientowałam się kto jest kim w, trzeba przyznać, licznym gronie opisywanych w książce postaci.

W "Madonnach z ulicy Polanki" akcja książki dzieje się wokół postaci Anki. W tej części poznajemy Ankę w sytuacji mocno trudnej. Oto bowiem jest ona w ciąży, ale i niestety, pojawia się nad nią widmo powrotu choroby. Anka znalazłszy się w trudnej sytuacji postanawia więc wrócić do Gdańska. Tam rzuciły ją losy i tam poniekąd zakorzeniła się w pierwszym , nieudanym małżeństwie. Mając na uwadze dobro dziecka kobieta chce porozmawiać z mężem, z którym nie łączy ją już nic i wreszcie uzyskać rozwód. 
Nie mając gdzie się zatrzymać przyjmuje pomoc swojego lekarza prowadzącego,który oferuje jej mieszkanie na ulicy Polanki. Ta gdańska ulica zamieszkiwana jest przez grono nieszczęśliwych osób, zwłaszcza kobiet. 
Jeśli chodzi o kobiety nieszczęśliwe to Anka wywodzi się z rodziny, w której kobiety bywały bardzo nieszczęśliwe.Anka chciałaby oczywiście "złamać" zły los, jakieś okrutne przeznaczenie? Ale czy jej się to uda? Jest sama, postawiona nagle w sytuacji trudnej i nie do końca sprecyzowanej. 

W "Madonnach z ulicy Polanki" jak już wspomniałam, przedstawiona jest bogata galeria postaci. Wydaje się być nawet lekko tłoczno ale uważny czytelnik nie pogubi się wśród postaci a na swój sposób każda z opisywanych postaci jest na swój sposób ważna. Niestety, na swój też sposób każda z tych postaci jest nieszczęśliwa. Jedna bardziej, inna mniej ale szczęśliwych zakończeń w życiu tych ludzi jest raczej niewiele. 

Mnie najbardziej zainteresowały losy Anki, której kibicowałam. Budziła współczucie ale nie swoją chorobą a swoją niemożnością wyzwolenia się z "gorsetu" , w który wtłoczyło ją życie. Nie potrafiła uwolnić własnych emocji a gdy próbowała to zrobić, spotykała się raczej z niezrozumieniem. W książce też, co mi się podobało, nie było chodzących ideałów. Tak naprawdę ludzie w niej opisani byli bardzo prawdziwi z ich przywarami i wadami. 

Dobrze jest próbować coś nowego, coś czego do tej pory się nie znało. Dla mnie sięgnięcie po książkę Joanny Marat było okazją do sprawdzenia jak spodoba mi się proza przez autorkę pisana. Eksperyment się powiódł. Co prawda książka napisana jest w dość swoistym stylu, czuć jakieś rozedrganie ale według mnie tworzy to dopełnienie przedstawionych na kartach historii. 

Nie sądzę też, że należy w stu procentach zawierzać cudzym opiniom, mnie trochę ktoś tę książkę odradzał a okazało się, że słusznie zawierzyłam swojej intuicji i sięgnęłam po nią. 

Myślę jednak, że faktycznie nie każdemu się spodoba. Dla kogoś może być jednak w niej zbyt "tłoczno" , jak pisałam, jest jakoś niespokojnie, czuć rozedrganie i akcji i postaci opisywanych w niej, do tego być może nie każdemu spodobać się dość mroczny klimat książki. Mnie jednak ta książka wciągnęła. 

Moja ocena to 5 / 6. 

piątek, 14 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2014). Ebook.

Nareszcie książka opowiadająca o dzieciństwie ustami dorosłej już kobiety, która nie jest rzewnym wspomnieniem o układaniu wianeczków z mleczy, obrazków pod szkłem (widoczków? tak się to nazywało?) czy grze w klasy ani też (ulga!) żadne traumatyczne wspomnienia z patologicznej rodziny. Największym zaś plusem tej prozy jest jej zwięzłość i nie rozwlekanie tak teraz niestety modne i popularne. W "Gugułach" (regionalna nazwa niedojrzałych owoców) Wioletcie Grzegorzewskiej w minimalistycznej formie udało się zawrzeć świetną i wciągającą treść. Znajomą osobom w podobnym wieku, nieważne naprawdę czy wychowującym się na wsi jak autorka czy w mieście. Według mnie bowiem te wspomnienia zawierają takie uniwersalne prawdy i treści, które brzmią znajomo dla osób rosnących w podobnym czasie. 
Nie wiem na ile Grzegorzewska zawarła w swojej książce biograficznych elementów. Brzmi tak, jakby zmieściła ich bardzo, bardzo dużo ale też nie mam zamiaru traktować tej prozy jako sensacyjnych wspomnień kombatanckich na zasadzie "kiedyś to dzieci bawiły się bez smartfonów, godzinami na podwórku, końmi ich do domu nie można było zapędzić i w ogóle kiedyś to było lepiej". Bo na szczęście nie jest to zupełnie i tego typu książka. 

To po prostu wspomnienia, krótkie opowieści, jak koraliki nanizane ręką dziecka na sznurek wspomnień. Opowieści, które i czasem zatrważają, czasem przerażają, czasem śmieszą. Jak życie. Jak wspomniałam, dziękuję autorce, że nie postarała się wykreować nie wiedzieć jak ambitnej literatury wspomnień ocierających się o zło czy cierpienie (dużo takich opowieści z dzieciństwa się pojawiło i zapewne spora część z nich jest naprawdę potrzebna niektórym, zwłaszcza na poziomie terapeutycznym ale tu naprawdę miło, że to nie to). Tak naprawdę to po prostu opowieści o życiu w schyłkowym okresie PRL-u dziewczynki mieszkającej na wsi Hektary. W życiu dziewczynki jest rodzina, mama, tata (który pojawia się nieco po jej narodzinach), babcia i dziadek. Dziewczynka chodzi do szkoły, na religię prowadzoną w domku pod lasem. Bywa na odpustach, na rekolekcjach, bierze udział w konkursach czy wyzwaniach pod hasłem "zbieramy złom". Brzmi znajomo? No, właśnie. Przypomina się własne dzieciństwo. Ani lepsze ani gorsze od tego autorki, ale własne. Z naszymi własnymi wspomnieniami, które również możemy zebrać, kolekcjonować. 

Wioletta Grzegorzewska jest poetką. Co widać w (chwalonej przeze mnie) zwięzłości jej prozy. Dla mnie to plus. Nie ma tu nic z nadmiaru, nic zbędnego. Taki nieco wschodni chociaż opisujący słowiańską rzeczywistość, minimalizm prowadzący do powstania po prostu świetnej prozy, którą warto czytać. Dlaczego? Ano dlatego aby w tych historiach jak w lustrze móc się poprzeglądać, powspominać? Nie umiem się zdecydować, które z opowiadań podobało mi się najbardziej. Nie wiem czy potrafiłabym wybrać bo tak naprawdę zachwyciło mnie każde. 

Jestem zachwycona również tym, że w książce tej odnalazłam jedno z najmądrzejszych zdań w literaturze wypowiadane przez ojca Wioli do niej samej a mianowicie , cytuję : "(...) Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły". 

Moja ocena to 6 / 6.

czwartek, 13 lipca 2017

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2017). Ebook.

W minionych dniach odbyłam jedną z najpiękniejszych podróży. Dokąd? Do Grecji. Czy wyjeżdżałam? Nie. Podróż tę odbyłam za pomocą najbardziej magicznego przedmiotu jaki wymyślił człowiek. Nie, nie magiczną różdżkę mam na myśli oczywiście a...książkę. Dodatkowo muszę powiedzieć, że to jedna z najładniejszych książek, które czytałam. Czasem właśnie w odniesieniu do książki mam chęć użyć słowa "ładna" a to oznacza książkę napisaną w takim ładnym stylu, spokojną, często właśnie jest to książka fabularna. 

"Pocztówki z Grecji" udowodniły , że można, naprawdę, tak, da się napisać książkę z jakimś "chwytliwym" miejscem i nie będzie to kolejna opowieść o pani, która rzuciła dotychczasowe życie i rozpoczęła nowe w pięknym miejscu świata. Ufff. 

"Pocztówki z Grecji" zapewniają nam nie dość, że spokojny rytm opowieści to jeszcze dodatkowo to, co sobie cenię bardzo czyli miejsce jest równorzędnym bohaterem opowieści. Niedawno miałam takie refleksje po książce "Księżyc nad Rzymem" a dzisiaj pisząc o książce jednej z mojej ulubionej autorki. 

Wyobraźcie sobie główną bohaterkę książki. To Ellie Thomas. Ellie zaczyna życie w Londynie, o którym można z pewnością wiele powiedzieć ale na pewno nie to, że jest miastem najsłoneczniejszym na świecie. Niemniej jednak Ellie nie narzeka. Bierze to, co daje jej życie. Może dla kogoś dostaje od życia zbyt mało, czyli jest sama, nie ma też zdaje się przyjaciół, jej praca nie jest najciekawszą na świecie. Niemniej jednak dziewczyna nie narzeka. Jest jak jest i nie ma co nad tym się rozwodzić. Po co? 

W ten uporządkowany świat Ellie zaczynają napływać zapowiedzi zmian. A dzieje się tak za sprawą pocztówek z Grecji, które docierają pod adres, pod którym mieszka w wynajętym mieszkaniu. Pocztówki przychodzą regularnie i Ellie szybko orientuje się, że zaczyna na nie wręcz czekać. Podpisane jedynie literką "A." niosą ze sobą nie tylko piękne zdjęcia je zdobiące ale przede wszystkim parę skreślonych ręką nadawcy słów dotyczących miejsca, z którego pocztówka została nadana do tajemniczej S. Ibbotson.

Nie ukrywajmy, kropla drąży skałę. Te pocztówki, interesujące spostrzeżenia zawarte na kartkach dotyczące Grecji, to wszystko powoduje decyzję Ellie o wyjeździe do Grecji. Tym bardziej, że od ostatniej otrzymanej pocztówki minęło sporo czasu. 
W dniu wyjazdu, szczęśliwym zbiegiem okoliczności tuż przed opuszczeniem mieszkania przez Ellie dociera do niej ostatnia przesyłka. Tym razem nie jest to kartka a cały notes. 

Już w Grecji Ellie rozpoczyna lekturę informacji z notesu i poznaje historię nadawcy. Jest to mężczyzna porzucony przed kobietę, do której początkowo wysyłał przez kilka miesięcy owe pocztówki z refleksjami na temat odwiedzanych miejsc. 

Jak wynika z jego listów pisanych w wysłanym notesie, początkowo mocno przeżył porzucenie ale postanowił nie wracać do Londynu , tylko zwiedzać dalej Grecję i realizować swoje plany dotyczące powstania książki związanej ze sztuką tego kraju. 
Realizacja jego planu początkowo mogłaby zostać wziętą za beztroskę i może zbyt pochopną ale okazała się dla niego samego zbawienną. Odtąd bowiem podróżując po Grecji odwiedzał najrozmaitsze miejsca, a wszędzie, siadał wśród ludzi, wdawała się z nimi w rozmowę i słuchał drugiego człowieka. Przede wszystkim słuchał. Opowieści były jak to opowieści o życiu, rozmaite. O miłości, o nienawiści. O szczęściu i o zemście. O pokoju i o wojnie. Wciąż tajemniczy dla Ellie "A". sam zdawał sobie sprawę, że część z nich mogła zostać zdecydowanie wyssana z palca i właściwie, cóż z tego, skoro są one na tyle ciekawe, że nie pozostało nic innego jak je spisać i puścić dalej w świat. 

Tak więc książka ta składa się z kolejnych miejsc, w które trafiał nadawca i owych historii,które spisał na kartach notesu.

Muszę powiedzieć, że to książka z gatunku tych, które do jednego trafią, do innego pewnie nie. Bo na swój sposób to przecież zbiór opowiadań. Dla mnie, która jak Wiecie, tęsknię za Grecją, ta książka stanowiła wspaniałą możliwość przeniesienia się w miejsca, które tak lubię i poczytania naprawdę ciekawych historii. 

Bardzo serdecznie ją polecam, dla mnie ta książka to magia w czystej postaci, coś niewiarygodnego i oczywiście ocena będzie wysoka. 
Najpierw jednak cytat "(...) - Kto pisze dla kogoś konkretnego? - odparł. - Wmówiłem sobie, że to dla niej, ale myślę, że w ostatecznym rozrachunku piszemy dla samych siebie."

Nie zdziwi Was moja ocena jaką jest 6.5 / 6. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...