Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.

książkowo

piątek, 20 października 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska.
Tytuł oryginalny Truly, Madly, Guilty.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Po "Wielkich kłamstewkach" sięgnęłam po kolejną książkę Liane Moriarty i coś czuję, że ta australijska autorka stanie się jedną z moich ulubionych. 

Liane Moriarty pisze prozę obyczajową ale porusza w niej tematy ważne, i takie niekoniecznie zawsze lekkie, łatwe i przyjemne. W poprzedniej książce kluczowym problemem był problem przemocy domowej. 
W tej książce autorka poruszy kilka poważnych i ważnych tematów, takich jak zbieractwo, a co za tym idzie, dysfunkcyjne dzieciństwo, którego brzemię ciągnie potem dorosły człowiek przez resztę życia, bezpłodność, z którą trudno jest się pogodzić. 

Widzę, że u tej autorki jest to raczej standardem, taka nielinearność akcji. I tak poznajemy wydarzenia to dziejące się w chwili bieżącej to cofamy się do przeszłości i coraz bardziej zbliżamy do dnia współczesnego.

Szybko poznajemy bohaterów tej opowieści. To trzy pary, które pewnego popołudnia spotkały się na grillu u jednej z par mieszkającej na przedmieściach Sydney. 
Dowiadujemy się też, że podczas tego grilla coś się wydarzyło. Ale co? O tym będziemy dowiadywali się stopniowo. 

Grill został zaaranżowany dość przypadkowo. Odbywa się u sąsiada Eriki i Olivera. Erika i Oliver nie mają dzieci. Tiffany i Vid, gospodarze grilla, mają córkę Dakotę. Więcej dzieci mieć nie będą bo Vid był już kiedyś w małżeństwie, z którego ma córki, na które musi płacić alimenty.

Clementine i Sam to para z dwójką małych córeczek. Clementine to muzyczka, gra na wiolonczeli i ma wielką nadzieję na wygranie przesłuchania muzycznego, które odbędzie się nieco po grillu.

Tak więc z tego towarzystwa znają się jedynie Erika, Oliver, Clementine i Sam. Kobiety są przyjaciółkami od dzieciństwa ale w miarę upływu czasu dowiadujemy się jakiej dziwnej natury jest ich przyjaźń. Narzucona Clementine przez jej matkę gdy dziewczynka chodziła do szkoły, skutkuje tym, że Clementine już jako dorosła kobieta odczuwa raczej ciężar znajomości z Eriką a niekoniecznie radość z faktu że udało się im pozostać w więzi przez tak długi czas.

Tak więc dobór towarzystwa jest chyba od początku nietrafiony, co jednak wychodzi całkiem dopiero podczas grilla. Na razie towarzystwo siedzi w altance, rozmawia, pije dość dużo alkoholu. Dziewczynki, córki Clementine i Sama, bawią się pod opieką starszej od nich Dakoty a dorośli starają się aby popołudnie nie było kolejnym punktem sporu ze starszym sąsiadem Tiffany i Vida, Harrym. Harry to dość zrzędliwy starszy już mocno pan, który otrzyma swoje "pięć minut" od autorki, niemal na samym końcu książki i którego wątek ostatecznie był jednym z najbardziej poruszających w całej książce. 

Erika ma za sobą dysfunkcyjne dzieciństwo spędzone z matką, która cierpi na zbieractwo. Jak bardzo to wpłynęło na dziecko i potem na dorosłą kobietę, nie trzeba mówić . Erika jednak stara się wyjść na prostą, uczęszcza na terapię i chce sama sobie pomóc. Jej mąż Oliver ma za sobą z kolei dzieciństwo w domu alkoholików. Te dwie biedne skrzywdzone przez los jednostki napotkały na siebie i tworzą udany związek, w którym brakuje jedynie dziecka do pełni szczęścia. Może jednak po takich doświadczeniach brak potomstwa jest świadomym wyborem ?

Clementine i Sam są zmęczonymi rodzicami dwójki małych córek. Nie są jeszcze na etapie, na którym czuliby, że mogą nieco odsapnąć i pomimo pomocy ze strony rodziców czują się dość wyczerpani. Zabrakło w ich związku miejsca na "ich dwoje", na intymność. Jak bardzo ta sytuacja zaszła za daleko, okaże się w czasie a może raczej po owym wydarzeniu na grillu.

Tak więc dorośli siedzą, jedzą, piją, słuchają muzyki i wspomnień Tiffany, która nie wstydzi się opowiedzieć im szczegóły ze swojej przeszłości. Tu mała dygresja z mojej strony. Już podczas lektury "Wielkich kłamstewek" odnosiłam to wrażenie, że nie wiem czy autorka tak widzi Australijczyków czy też może są oni tacy naprawdę, ale obraz z jej książek to raczej obraz osób dość pruderyjnych. Tiffany i Vid jednak takimi z pewnością nie są. Atmosfera spotkania powoli się rozrzedza co cieszy gospodarzy zwłaszcza, że z samego początku była tak gęsta, że można ją było niemal dosłownie kroić.

A potem wydarza się to, co się wydarza.
I powoduje pewne nieodwracalne konsekwencje w życiu wszystkich osób biorących udział w ogrodowej imprezie. 

Liane Moriarty lubi w swoich książkach czynić bohaterami niewielką ilość osób. Szybko rozstawia aktorów w potrzebnych jej rolach na planie i reżyseruje sprawny dramat dotykający ważnych w dzisiejszych czasach problemów. Nie boi się poruszać, o czym już zresztą pisałam, tematów trudnych. Ba, nie dość popularnych. A za każdym razem kiedy czytam jej książkę daje mi ona coś do myślenia. Refleksji podczas lektury jest dużo i pozostają we mnie na zawsze. Na pewno plus dla Moriarty za poruszanie tematów niepopularnych jak chociażby zbieractwo, które stanowi utrapienie dla Eriki bo jak już pisałam jej matka jest klasyczną zbieraczką. Taką, którą teoretycznie powinno się leczyć psychiatrycznie.  Małej Erice pomogła matka Clementine, Pam, w którą Erika była i jest wpatrzona bardziej niż we własną rodzicielkę. Ale nawet Pam, mająca z racji wykonywanego zawodu pełną świadomość tego jak szkodzi matka Eriki swojej córce, nie potrafiła zdobyć się na ostateczność i zgłosić Sylvię (matkę Eriki) do pomocy społecznej. Zapewne miała bowiem świadomość, że córka zostałaby wtedy Sylvii odebrana natychmiast a być może wcale nie byłoby to do końca najlepsze rozwiązanie. Co mi się podoba w pisaniu Moriarty to to, że wcale nie czyni ona wszystkiego czarno białym. Pozwala mieć swoim bohaterom wątpliwości i mylić się, ba, popełniać błędy, których konsekwencje potem ponoszą zarówno bohaterowie jak i inni ludzie. Potem mogą zadawać sobie pytanie z serii "a gdybym ...to czy?" ale tego nie wie nikt. Jak bardzo nasze decyzje wpłyną na przyszłość , na rozwój danej sytuacji. Często możemy oczywiście mieć wpływ na te czy inne decyzje ale często coś dzieje się jakby poza nami. W "Moja wina, twoja wina" będzie też o odpowiedzialności i o zrzucaniu na siebie wzajemnie poczucia winy i właśnie poczucia własnego braku odpowiedzialności w danej sytuacji. Tylko, że jak napisałam, książki Moriarty czyta się zapewne dlatego tak dobrze, bo autorka nie pisze science fiction a sytuacje tak naprawdę jak najbardziej mogące się wydarzyć każdemu z nas.
I pewnie dlatego ta książka rozpoczyna się odczytem Clementine skierowanym do dość kameralnej ale jednak publiczności o "zwykłym dniu".

Moja ocena to 6 / 6.

wtorek, 17 października 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2015). Ebook.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. 
Tytuł oryginał Big Little Lies.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa. 

Kiedy już wszyscy znajomi dawno przeczytali tę książkę a część z nich nawet jest po obejrzeniu serialu na podstawie książki, za lekturę wzięłam się ja. 
Pierwsze podejście do niej miałam w roku, w którym była wydana ale wtedy nie "zaskoczyło". Znam powód, wtedy czytałam więcej autorek i autorów z Polski. Dobrze jednak, że po tym porzuceniu nie odpuściłam całkiem i do książki wróciłam. Bo inaczej ominęłaby mnie świetna lektura.

Australia. Przedmieścia Sydney. Trzy różne od siebie całkowicie kobiety, Jane, Madeline i Celeste. Ich dzieci i przedszkole. A potem szkoła. Ale najpierw przedszkole i dni otwarte. W czasie których będzie miał miejsce pewien incydent, który rzutować będzie aż do końca na akcję książki i opisywane w niej postaci.

Książka rozpoczyna się od razu porządnym wstrząsem, dowiadujemy się, że coś złego się zdarzyło. A konkretnie, czyjaś śmierć. 

A potem cofamy się pół roku i tak prowadzona jest narracja tej książki. To poznajemy fakty dziejące się w przeszłości (pół roku wstecz, cztery miesiące wstecz, trzy miesiące itd.) , to dowiadujemy się tego i owego z ust osób, z którymi ktoś przeprowadza wywiad współcześnie.
Kto? I w jakiej sprawie? Do tego powolutku dotrzemy wraz z przewracanymi stronami książki.

Tam gdzie jest dużo osób z dziećmi, może być nerwowo i prędzej czy później dojdzie do starć i napięć. Tam zaś, gdzie dodatkowo skrywane są tajemnice, wstydliwe sekrety, prędzej czy później musi coś się wydarzyć. Pewnie niekoniecznie aż taka tragedia jak w książce ale sytuacja aż prosi się o uporządkowanie.

Madeline to kobieta, która dopiero co skończyła czterdzieści lat. Jest przebojowa i wydaje się nie znać lęku, wstydu czy uczucia niepewności. Jej dzieci niewątpliwie wrodziły się w nią. Dwoje z trójki również pewnie w jej drugiego męża. Pierwszy mąż wraz z nową rodziną mieszka nieopodal i najmłodsza córka Madeline i Eda wraz z córeczką pierwszego męża kobiety staną się niebawem uczennicami tego samego przedszkola. Celeste to kobieta enigma. Jest piękna. Żyje z bogatym mężem i synami, bliźniakami, w pięknym , bajecznym domu nad Oceanem. Jest ofiarą przemocy domowej. Nie zdradzam tu tajemnicy, jako czytelnik dowiadujemy się o tym bardzo szybko. 

Podobnie jak trzecia z nowych przyjaciółek, najmłodsza, nieco ponad dwudziestoletnia Jane, która jest samotną mamą wychowującą pięcioletniego synka o imieniu Ziggy. To z tym chłopcem będzie związane wydarzenie, które wpłynie na resztę akcji książki. Jane również skrywa pewne tajemnice, co do których nie chce aby wyszły na światło dzienne. Jest nieśmiała, nieco zahukana, ogólnie mówiąc, pasuje do niej określenie "szara myszka". Dlaczego jednak ta młoda kobieta aż tak chce zniknąć i wtopić się w tło?

Madeline i Celeste znały się już wcześniej ale chętnie "przygarnęły" do siebie młodziutką Jane. 
Wziąwszy ją pod swoje skrzydła wprowidzały w świat przedszkola i tutejszych układów i układzików. 

To książka, w której najważniejsze są kobiety i ich sprawy. Ale to też książka o wspomnianej już przeze mnie przemocy domowej. Tej skrywanej, tej, do której z upływem lat ofiara tak przywyka, że z czasem wydaje jej się ta przemoc po prostu oryginalną częścią małżeństwa. I nie jest to żadna patologia, nie. Moriarty nie siliła się na tanie chwyty, które być może ułatwiłyby czytelnikowi przyjęcie obojętności Celeste czy może znalazło chociaż częściowe uzasadnienie dlaczego znalazła się w takiej sytuacji. Nie, nie. Moriarty kreuje swoją bohaterkę jako osobę mądrą i wykształconą. A mimo to na osobę, która nie była w stanie przewidzieć (bo i jak??) , że padnie ofiarą przemocy ze strony męża. Być może jakąś część za to, że tkwi w tym chorym układzie, ponosi fakt domu rodzinnego, w którym się wychowała. Jak wspomina w którymś momencie, jej ojciec ignorował jej matkę.

Jak potem zresztą wyjdzie na jaw, nie ona jedna ofiarą przemocy w tym czy innym jej wydaniu się stała. Bardzo to aktualny temat,  przemoc wobec kobiet, ten pomimo tylu apeli i nagłaśniania, jakby rodzaj przyzwolenia na ową przemoc. Tu dodatkowo wzmocniony obrazem samej kobiety, pięknej, ubranej jak z katalogu, wykształconej i do niedawna tak samodzielnej. 

Dodatkowym smaczkiem książki jest opisane w niej przedszkole i jego wewnętrzne układy, rozgrywki. Klany i antagonizmy. Czyta się to z prawdziwą przyjemnością. 

Moja ocena to 6 / 6. Tym, którzy nie czytali oczywiście polecam.

poniedziałek, 16 października 2017

Październik objawił nam się ze złotą polską jesienią.. Miło.

Ale ja już myślami przy Świętach Bożego Narodzenia. A konkretnie , czekam na książki z motywem Świąt Bożego Narodzenia. W tym roku wydawnictwa postanowiły nie zasypywać gruszek w popiele i mamy arcybogate zapowiedzi takich książek.

Wszystkich nie wypiszę ale napiszę, które sprawiły, że będę chciała je kupić i przeczytać.
Tak oto czekam na "Aleję Siódmego Anioła" Renaty Kosin, co prawda nie wiem czy tu będzie motyw Świąt, z opisu to nie wynika ale kusi mnie ta książka bo lubię książki tej autorki. 
Następna, na którą czekam to "Światło w cichą noc" Krystyny Mirek z powodów tych samych co powyżej :)

Ciekawi mnie "Cuda i cudeńka" Agnieszki Olejnik.

Na pewno będę chciała przeczytać "Serce z piernika" Magdaleny Kordel.

Czekam też bardzo na "Cztery płatki śniegu" Joanny Szarańskiej. 

Kolejna, która mnie zainteresowała to "Wieczór taki jak ten" Gabrieli Gargaś. 


Jak również  "Rok na Kwiatowej. Zmarznięte serca" Karoliny Wilczyńskiej i "Czary codzienności. Magiczny wieczór" Agnieszki Krawczyk, "Dwanaście niedokończonych snów" Nataszy Sochy, nie wiem czy z motywem Świąt ale okładka mi się podoba więc pewnie postaram się przynajmniej jej przyjrzeć :) Już wiem, że motyw Świąt tu będzie a dodatkowo czytałam książkę tej autorki "Biuro przesyłek niedoręczonych" i wiem, że chcę przeczytać i tę.

Trochę obawiam się :) książki Magdaleny Knedler pod tytułem "Nie całkiem białe Boże Narodzenie" (bo to chyba ma być kryminał:) ). 

Czekam na zbiór świątecznych opowiadań pod tytułem "Czas cudów", zostanie ten zbiór wydany w wydawnictwie VIDEOGRAF SA.

Ukażą się też opowiadania w zbiorze pod tytułem "Pensjonat pod Świerkiem" i zostaną wydane w Wydawnictwie Novae Res.

Intrygująco bo chyba dość przewrotnie a przynajmniej nieco inaczej niż się to przyjmuje, że jest przedstawiane, będzie motyw Świąt ukazany w "Naszych kochanych Świętach" Iwony Poczopko.

Na wesoło jest propozycja książki Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego pod tytułem "Pudełko z marzeniami".

A są też książki autorów obcojęzycznych, czyli książka Amandy Prowse  pod tytułem "Świąteczne marzenie", "Hotel pod Jemiołą" Evansa, "Psiego najlepszego" Camerona.

Jak widać, dla każdego coś się znajdzie. Ale co ma robić ktoś , kto jak ja chce przeczytać je WSZYSTKIE? :)  Tak, dla tych książek, z motywem świątecznym, robię duży wyjątek, przestaję się "czepiać" , daję sobie na luz i pozwalam się ponieść słodkiej, lukrowanej najczęściej atmosferze przedstawianej w tych książkach. 
Był taki czas , że kilka Świąt z rzędu miałam bardzo smutnych i ciężkich. I dlatego postanawiam teraz cieszyć się na zapas i dać się czytelniczo i świątecznie rozpieszczać, o :) 
Teraz tylko pozostaje mi wysłać link tego wpisu do Mikołaja aby wiedział, co konkretnie chcę :)))

 

 

 

 

sobota, 14 października 2017

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Maciejka Mazan.
Tytuł oryginalny Good As Gone.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. Nawet powiedziałabym, że jest mocno nieprzyjemna i trudna. Uwiera jak drzazga wbita w palec, której nie udaje się wyciągnąć i czujemy, że ranka powoli zaczyna się wokół niej zaogniać.
Zaczyna się koszmarem każdego rodzica. Zaginięciem dziecka. W tym przypadku - trzynastoletniej Julie. Dodatkowo strasznym jest fakt, że owo zaginięcie to tak naprawdę porwanie z sypialni domu dziewczyny. Julie pewnego dnia w nocy zostaje wyprowadzona z domu przez nieznajomego mężczyznę. Widzi to jej dziesięcioletnia siostra, Jane. Jednak, na skutek rozmaitych powodów a najpewniej po prostu wieku i przerażenia, o porwaniu siostry powiadamia rodziców dopiero po trzech godzinach od uprowadzenia Julie. 
Mija osiem lat od strasznego dnia, a raczej nocy, która zniszczyła rodzinę Julie, Jane i ich rodziców. Co prawda, wciąż mieszkają razem ale Jane już studiuje, wyprowadziwszy się z domu najdalej jak się tylko dało. Anna i jej mąż żyją obok siebie. Ona nie potrafiła dać sobie rady z porwaniem i zaginięciem córki, w pewnej chwili po prostu modląc się o znalezienie ciała córki aby móc je pochować. On - nie poddał się nigdy. Jednak jakoś obok siebie trwają. A więc po upływie ośmiu lat do drzwi ktoś puka. Jest to ni mniej ni więcej a młoda kobieta, która przedstawia się jako Julie. 

Czy naprawdę nią jest? 
Tak, to już było, chciałam krzyknąć w pewnej chwili. Ale autorka ukazuje nam to ujęcie w nieco innowacyjny sposób. Mnie udało się jej wciągnąć w świat kolejnych wcieleń, które poznajemy. Wcieleń Julie? uzurpatorki do roli Julie, zaginionej córki?

Wątek kryminalny jest według mnie taki dość przeciętny, można nawet stwierdzić kolokwialnie, że zapewne dałoby się do paru spraw "przyczepić" ale szczerze? Nie on jest tu najważniejszy.

Teraz chcę uprzedzić, że pomimo tego, że nie zamierzam zdradzić niczego z treści, dla kogoś, kto jest przed lekturą książki może mi się jednak coś "przemycić", tak więc czytajcie na własną odpowiedzialność bądź na razie porzućcie lekturę tego wpisu.

Otóż jak dla mnie ta książka rewelacyjnie oddaje psychologiczne rozterki bohaterów, a właściwie jednej z nich, Anny. Matki. Której spełnił się kolejny może nie tyle koszmar co obawa każdego mądrego rodzica. A mianowicie, okazała się niestety, matką, która zawiodła. I to nie tylko jedną córkę, tę, którą porwano. 

Tak naprawdę, co jest przerażające ale przecież ani nie niemożliwe ani nie takie rzadkie, Anna kompletnie NIC nie wiedziała o własnej córce. A właściwie, o córkach. Ten aspekt, nad którym pod koniec książki przyjdzie się skupić Annie, okazuje się najważniejszy. Żyjemy w czasach dobrobytu ale czasach, gdy coś nam umyka. Brak kontaktu z własnymi dziećmi bądź też kontakt niewystarczający - to wszystko prowadzi do tego, że dzieci potrafią szukać czegoś zastępczego. Czasem są to nałogi, czasem niewłaściwy partner, czasem sekta. 

I tak oto rodzi się pytanie, czy naprawdę pewnym wydarzeniom nie dałoby się zapobiec? Uniknąć nieszczęścia? Na te pytania odpowiedzi nie są oczywiście proste, nic tu nie jest czarno białe. Czasem przy maksimum starań jednak dalej coś nie wychodzi i dzieje się zło, nieszczęście. Ważne jest jednak pamiętanie, że trzeba się starać ze wszystkich sił. Czasem banalne dla nas , rodziców pytanie, może okazać się tym kluczowym w przyszłości i determinować o życiu nas i naszych bliskich.

To nie jest opowieść o rodzinie dotkniętej nieszczęściem, której przydarzy się niezwykły cud i szczęśliwe zakończenie. To opowieść o rodzinie, która będzie musiała, będzie mam nadzieję, chciała, jednak dać sobie szansę na nowo pomimo tego, że przeszłość z nieomal niewyobrażalnymi błędami , będzie już na zawsze wisiała gdzieś nad jej głową. Ale mam nadzieję, że jednak im się uda. 

Moja ocena to 5 / 6.

czwartek, 12 października 2017

Wydana w Wydawnictwie Zwierciadło Sp. z o. o.,  Warszawa (2017). Ebook.

No, powiem tak, dawno mnie coś aż tak nie wciągnęło , nie pochłonęło. I dawno podczas lektury nie odczuwałam tak silnie strachu i niepokoju. 

"Ostatnia chowa klucz" to relacja dorosłej już (o czym dowiadujemy się pod koniec książki) Marzeny Popielewicz. W chwili gdy dzieją się wydarzenia bohaterka ma szesnaście lat. 
Marzena chodzi do liceum ale nie ma tam zbyt wielu przyjaciół, raczej znajomych. Od jakiegoś czasu spotyka się z dwiema dziewczynami, chodzą na strych do dawnego mieszkania siostry jednej z nich. Do tego klubu nastolatek pewnego dnia jedna z nich, Justyna, zaprasza Julię. Budzi to raczej zdziwienie trzeciej z nich, Kasi i samej Marzeny. Julia bowiem pod każdym niemal względem odstaje od nich. Najwyraźniej jednak Justyna ma swoje powody aby zaprzyjaźnić się z Julią.
Na tym spotkaniu dzieje się coś w rodzaju rytuału przyjęcia do "paczki", potem jednak dziewczyny rozchodzą się spokojnie do domu. Jednak Julia do domu nie dociera. 
Od tej pory nigdy nic już nie będzie takie samo. Na senne do tej pory, nudnawe nawet miasto pada strach. Być może ktoś, kogo wszyscy znają, jest na tyle zdeprawowany , że porywa z ulicy młode dziewczyny.
Ludzie zaczynają na siebie popatrywać nieufnie, nie padają wprost żadne oskarżenia ale tak naprawdę każdy z mieszkańców może okazać się tym, kogo obawiają się ludzie. Atmosfera miasta czy może nawet miasteczka, oddana jest dobrze. Niby wszyscy się znają a każdy ma jakieś poukrywane sekrety , tajemnice, co do których może być pewien, że nie chciałby aby wyszły na jaw.
Akcja zaczyna się późną jesienią, kiedy jest ciemno, mroczno, ponuro. Tak jest i fizycznie i wydaje się, że nastroje ludzi dostosowały się do klimatu. Szczerze mówiąc, niespecjalnie zauważamy upływ czasu. Ta ponura atmosfera, ten nie do końca do opisania klimat grozy podszytej strachem o siebie i bliskich towarzyszy nam aż do końca książki. 
Co mi się podobało w tym kryminale, thrillerze, to ta atmosfera mroczności, która udzielała się czytelnikowi podczas lektury jak również mnogość możliwych podejrzanych. Tak, to ciekawe kiedy w tego typu książce do ostatniej niemal chwili podejrzewasz niemal wszystkich podejrzanych.

Przy okazji w tle opis życia w małym mieście po przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. I te znajome układy, układziki w liecum, kto kogo nie lubi a kto kogo lubi, kto z kim bywa, kto u kogo bywa, a u kogo nie można się pokazać nigdzie aby nie zostać obgadanym. 

Mnie się ten thriller podobał, uważam go za bardzo udany. 
Moja ocena to 6 / 6.

 

 

poniedziałek, 09 października 2017

Wydane w Wydawnictwie Znak Literanova. Kraków (2016). Ebook.

Zbiór opowiadań autorstwa Jacka Cygana miałam w ręku w zeszłym roku, sądzę, że w podobnym czasie. Nie mam zielonego pojęcia co wtedy oderwałao mnie od lektury tych opowiadań. O tym, że je zaczęłam czytać a co gorsza, porzuciłam (!) przypomniałam sobie dzięki P., który "zarządził" słuchanie "Cyganerii" czyli dziesięciu płyt z piosenkami, do których teksty ułożył pan Jacek Cygan.

Powrót do książki "Przeznaczenie, traf, przypadek" okazał się jednym z najlepszych pomysłów książkowych tego roku. 
Staram się myśleć, że najwyraźniej czas tej książki przypadł dopiero teraz.

Ten zbiór ponad dwudziestu opowiadań to mówiąc wcale nie górnolotnie, zbiór nanizanych na sznurek pereł. Każde z nich jest naprawdę ważne , mądre, piękne, wzruszające. Każde z nich zawiera jakąś niezwykłą pointę, każde skłania do tylu przemyśleń, własnych rozważań.

Nie będę skupiała się na każdym z nich ale o kilku chciałabym potem wspomnieć. Najpierw jednak co mnie zachwyciło całościowo. I styl, język pisania autora. Widać poetyckość, którą tak cenię w tekstach Jacka Cygana. Ale również pomysły na powstanie opowiadań. Jacek Cygan zdaje się widzieć jakąś scenę, której potem rozwinięcie nam przedstawia. Czasem mogą to być drobne zdarzenia, niezauważalne dla innych ale dla autora opowiadań stanowią zaczątek wspaniałej historii. Jacek Cygan jakby podpowiadał nam możliwe rozwinięcie scen, które możemy zauważyć. Niektóre z nich pewnie mogą się tak potoczyć, inne pewnie nie ale każda z nuch stanowi "możliwość". Mam wrażenie, że Cygan wyłuskuje z obserwowanych scen najważniejsze sedno, które potem "oplata" swoimi słowami. 
Los, przeznaczenie czy właśnie przypadek? Co rządzi życiem opisywanych przez autora postaci? 

Właściwie każde opowiadanie mnie zachwyciło. Jak już pisałam, to historie wiele w czytelniku poruszające , czule dotykające jego wspomnień i rzewności. Cygan pisze o swoich bohaterach z szacunkiem i czułością. Co mnie osobiście w paru opowieściach lekko zatrwożyło to to, że los bohaterów, całą prawdę o nich samych ostatecznie znają czasem jedynie autor i czytelnik, przed bohaterami nigdy się ona w całości nie objawi. 

Tak więc podoba mi sie większość ale szczególne wrażenie zrobiło na mnie kilka. 
"Cykady", o małżeństwie od lat spędzającym urlop na Lazurowym Wybrzeżu za smutną prawdziwość ale i nadzieję na lepsze. "Przechadzka" za czułość i prawdę o upływie czasu, życia. "Kobieta w brązowym kostiumie" to jedno z tych opowiadań, które mnie zatrwożyło faktem, że to o co w nim chodzi wiemy my a nie bohaterki w nim opisane. "Trzy listki" za pomysł na piękną chociaż doświadczalną terapię ratującą życie, jaką podjął pewien profesor w stosunku do swego pacjenta. "Dwie garstki wody" za zaskoczenie i ponownie - nadzieję. "Kempiński" za czułość i ładne dopełnienie. "Kobiety żyją dłużej" mimo, że smutne ale za pomysł. "Giulietta" za prawdę o ludziach i za zakończenie.
Naprawdę, podoba mi się każde. 

Jeśli więc macie ochotę na piękną, mądrą lekturę a nie przeszkadza Wam krótka forma a za to cieszycie się na bogatą treść - to ta książka jest dla Was, zdecydowanie. Bardzo polecam.

Moja ocena to 6.5 / 6.

 

piątek, 06 października 2017

Wydana w Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyli Monika Kilis, Bartosz Nowacki.
Tytuł oryginalny Das geheimnisvolle leben der Pilze. Die fasinierenden Wunder einer verborgenen Welt.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Parę ostatnich dni spędziłam w fascynującym świecie. A był to mianowicie świat grzybów.Od razu uprzedzam, koszyk z grzybami w ręku miałam najprawdopodobniej w dzieciństwie (coś tam jeszcze z wypraw pamiętam). Nie jestem maniakiem zbierania grzybów, a nawet ośmielę się napisać coś obrazoburczego,  te sprawy mnie nudzą :P 

Natomiast same grzyby stanowią dla mnie tak wielką tajemnicę (zapewne między innymi dlatego właśnie, że nie zbieram ich), że ta książka bardzo mnie zainteresowała. I, co ciekawe, po moim nieudanym spotkaniu z popularnonaukową książką o drzewach, która to po prostu została przeze mnie porzucona, "Tajemnicze życie grzybów" wciągnęło mnie od dosłownie pierwszego zdania. Nie bez znaczenia jest fakt samej postaci autora. Ten biolog, ale i, słowo klucz, obrońca przyrody po prostu wzbudził swoim stylem pisania wielką sympatię.
Widać jest jego miłość do natury, do otaczającego nas świata przyrody i ogromną troskę o wiedzę młodych pokoleń na tematy natury właśnie. 

Ogromnie zapadły mi w pamieć jego słowa aktualne w kontekście tego co dzieje się w tej kwestii obecnie w Polsce , cytuję "(...) Przyroda, która staje się obca i nieznana, nie jest postrzegana jako wartość, a stąd już blisko do przekonania, że wolno ją niszczyć. Oddalenie od natury oddala nas od bycia ludźmi. Wszak jako ludzie sami jesteśmy naturą!".

Darzę sympatią osoby, które mają w pamięci powiedzenie, że "Nie było nas, był las" i dla których tak ważną rolę pełni edukacja dzieci w kwestiach tak ważnych dla przyszłych pokoleń. Autor ubolewa nad tym, że rosną pokolenia, które więzi z naturą już mieć nie będą.

"Tajemnicze życie grzybów" to fascynująca podróż nie tylko po samym świecie tych niezwykłych istot ale też podróż faktyczna bowiem autor opisał w niej grzyby w każdej szerokości geograficznej i każdej strefie klimatycznej. Ba, poznaliśmy też grzyby morskie ! Muszę powiedzieć, że jak na książkę jednak jakby nie było, naukową mimo, że z przedrostkiem "popularno" jest to niemal książka przygodowo sensacyjna :) Po trochu nawet kryminał a miejscami, thriller bądź horror. Napisana z pasją, której często brakuje w książkach, w których tej pasji się oczekuje.

Tylko ktoś, kto tak kocha grzyby mógł napisać tak świetną książkę ale autor faktycznie kocha te istoty od dzieciństwa miłością wielką i jak sądzę patrząc na to jak grzyby dały się Hofrichterowi poznać, jest to miłość odwzajemniona.

Poznajemy więc w tej książce sposoby zamieszkiwania grzybów , rodzaje ich kooperacji i współpracy, poznajemy szerokości geograficzne pod którymi występują. Dowiadujemy się, że wbrew pozorom potrafią żyć w upałach ale i w skrajnych mrozach i tak nieprzyjaznych rejonach jak Arktyka czy Antarktyda. Poleciały też w Kosmos :)
Jak również niestraszne im są miejsca skażone radioaktywnie jak chociażby teren skażony po katastrofie reaktora elektrowni atomowej w Czarnobylu. Dowiadujemy się o strategiach przetrwania tych istot.

Dowiadujemy się jak radzą sobie grzyby ale i jak z ich pomocy korzystają inne rośliny jak chociażby orchidea , która bez pomocy grzyba nie mogłaby pojawić się na świecie. Autor wymienia też to, do czego my, ludzie, wykorzystujemy grzyby a dla mnie wiele z tego o czym pisał, było, przyznaję, nowością.  (Wiedzieliście, że grzyby wykorzystuje się do produkcji okularów przeciwsłonecznych , tekstyliów czy środków piorących?).

Poznajemy też siłę woli przetrwania i strategię wysyłki zarodników grzybów w jak najdalsze miejsca. Bądź to jak wykorzystują zwierzęta do tego aby jak najdalej się zagnieździć.

Hofrichter nie zapomniał też oczywiście o grzybach stwarzających zagrożenie dla na przykład zbóż i ich upraw na całym świecie. 
Pisze też o grzybach znanych ze swoich właściwości leczniczych bądź o tych luksusowych, za które w restauracji płaci się słone pieniądze jak trufle. Nie napiszę szczegółów ale przyznaję, ucieszyłam się znając to gdzie a raczej na czym finalnie trufle wyrastają, że w sumie nie jestem ich miłośnikiem :)

Grzyby są frapujące, fascynujące i sprytne skoro dzięki swoim strategiom potrafiły trafić z Australii do Europy bądź, o czym już wspominałam, polecieć w przestrzeń kosmiczną :)
Nie zabrakło też miejsca dla mrówek, które same w sobie są fascynujące, ale tu wymieniono i opisano hodowle grzybów prowadzone przez mrówki grzybiarki. Jest też mowa o termitach.

 "Jeśli gdzieś duszą grzyby, kryminalistyka staje się czujna".  Te słowa Agathy Christie zacytował Hofrichter czym wywołał ciepły uśmiech na mojej twarzy.

Tak, autorowi udało się w swojej książce opisać z prawdziwą pasją niezwykły i tajemniczy dla większości z nas, świat grzybów. Nie ukrywam, że popularnonaukowa literatura jest w mojej biblioteczce właściwie w mniejszości (aby nie powiedzieć dosadniej, niemal jej nie ma) a Robert Hofrichter zdecydowanie sprawił, że mój apetyt na tego typu książki zdecydowanie wzrósł i zamierzam sięgać częściej po coś tego typu. I może wrócę w takim razie do porzuconej z rok temu książki o drzewach.

Moja ocena to 6 / 6.

Ogromnie, ogromnie polecam ! Czytajcie bo warto.

czwartek, 05 października 2017

Wydana przez Polityka Sp. z o o. SKA. Warszawa (2017).
Książka wydana w kolekcji książkowej "CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM".

Przełożyły Hanna Kostyrko i Maria Marjańska-Czernik.
Tytuł oryginalny Pohadky z Parezove chaloupky.

Najpierw , jak w czeskim filmie, żeby nam było weselej, próbujemy (nie w zwolnionym tempie) powiedzieć nazwisko autora.

A potem jest jeszcze lepiej :)

Kiedy tylko zobaczyłam ten tytuł wiedziałam, że go kupię. Po prostu nie wyobrażałam sobie inaczej. "Bajki z mchu i paproci" pamiętam oczywiście w postaci kreskówek emitowanych w "Dobranocce" mojego dzieciństwa. Książka okazała się bardzo dobra. 
Naprawdę, pomimo upływu lat, opowieści te czyta się z prawdziwą przyjemnością. Trochę ciekawa byłam jak spodobają się Jasiowi. Bez obaw. Kiedy skończyliśmy bajki o dwójce skrzatów mieszkających w chatce w korzeniach drzewa, Jaś był wyraźnie rozczarowany faktem, że to już koniec książki. Pocieszyłam Go, że możemy zacząć czytać ponownie.

Co mi jako osobie czytającej się podobało? To, że poszczególne historie są krótkie więc można przeczytać jedną, dwie i nie urwać w środku. A to istotne kiedy czyta się lubiącemu głośne czytanie przedszkolakowi. A także mnogość postaci występujących w książce. Oczywiście oprócz dwóch przyjaciół Żwirka i Muchomorka. Są więc Wodnik, rusałki, wiewiórki, jeże, tchórz, Ognipiór i wiele innych. 
33 opowieści, z których w każdej coś ciekawego się dzieje i w każdej z nich udaje się zawsze wszystko dobrze pozałatwiać. Bohaterowie wspierają się wzajemnie i wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć. 

Bardzo, bardzo ładna książka i dla tych młodszych i dla tych nieco starszych.

Ogromnie się cieszę, że ją wydano i że kupiłam ją dla nas.
Moja ocena to 6 / 6.

 

...w tym roku trafia do Kazuo Ishiguro.

Tym razem znam autora, więc nie zarzucę Wam moim tradycyjnym sucharem dotyczącym nagrodzonego czyli "Znacie? ja też nie" :) bo tym razem znam. Co prawda znam jedynie dwie książki tego autora, "Nie opuszczaj mnie" i "Okruchy dnia" ale na czytniku czeka "Pogrzebany olbrzym" i mam zamiar przeczytać inne książki tego autora.
Podoba mi się proza Ishiguro więc jestem zadowolona z tego werdyktu, a Wy?

Przypominam mój wpis o jednej z książek tego autora:

 

http://chiara76.blox.pl/2012/01/Okruchy-dnia-Kazuo-Ishiguro.html

wtorek, 03 października 2017

Wydana w Wydawnictwo Poznańskie. Poznań (2017). Ebook.

Kupiłam tę książkę w którejś z ebookowych promocji i nie żałuję. Pisząc o niej trochę się śmieję bowiem dopiero właściwie prze chwilą odkryłam, że do tej pory mylnie pamiętałam jej tytuł, zamiast "I cóż, że o Szwecji" stosowałam znane powiedzonko łamiące język, które stosować można przy chęci zademonstrowania obcokrajowcom jaki to nasz polski język jest niełatwy :)

Mogę powiedzieć, że ostatnie parę wieczorów podróżowałam po Szwecji. Autorka tej książki opisała ten kraj, który lubi, w sposób przystępny i na pewno interesujący ale jednak dla kogoś, kto po prostu chce przeczytać o kraju, który z jakichś powodów go ciekawi a nie polityczno społeczną rozprawę na temat Szwecji. Mnie to pasowało. Może ktoś czuje się zawiedziony ale nie sądzę aby słusznie bo ja dokładnie czegoś takiego po lekturze się spodziewałam. 

W dwunastu rozdziałach, z których każdy dotyczy innej sprawy, aspektu dotyczącego tego kraju, autorce udało się oddać według mnie wyważony obraz kraju. Kraju, który Kołaczek darzy wielką sympatią ale udaje jej się zachować podczas pisania o nim zdrowy rozsądek i jest to analiza i opowieść o Szwecji bez kreowania tego kraju na "raj na ziemi", którym, co wiemy, żaden kraj nie jest.

Można powiedzieć, że autorka spostrzega także absurdy czy ciemniejsze strony Szwecji bez przywoływania niepotrzebnych skrajności.
Dowiemy się więc o charakterze przeciętnego mieszkańca Szwecji, o tym, dlaczego w Wigilię rodzinnie ogląda się kreskówki z Kaczorem Donaldem. Co stanowi ideał posiadania mieszkańca tego kraju lub jak dramatyczne może być z pozoru tak przeciętne zajęcie jak upranie prania w pralni bloku, w którym się mieszka. Nie ukrywam, że ten pralniowy fragment rozbawił mnie niezwykle :) Jest też o modelu wychowawczym mieszkańców czy wreszcie o ekologicznym podejściu do życia.

W książce "I cóż, że o Szwecji" Natalii Kołaczek zdecydowanie udało się zachęcić do poznawania Szwecji czy to przez podróże czy to przez lektury na temat tego kraju. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...