Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.

podróże

piątek, 19 sierpnia 2016

...parę słów o wakacjach. Żeby nie było, że tylko się zaszyliśmy w wiejską głuszę (co wcale nie było takie złe ale czasem trzeba był się ruszyć:)) to coś tam przy okazji pooglądaliśmy. Niewiele bo Jasiek wolał wracać do zabawy ale zawsze coś. I tak byliśmy w Reszlu gdzie bardzo nam się podobało wejście na wieżę Zamku w Reszlu, z której to wieży rozciąga się piękna panorama miasta. Polecam też przy okazji kawiarenkę o nazwie "Kafejka", bardzo pyszny torcik bezowy z malinami tam mają, mniam :) W Reszlu świetna jest też krótka ale widowiskowa wyprawa, a raczej spacer, miejskim parkiem. Należy znaleźć Most Gotycki i tam jest wejście do parku a wchodząc zdaje się, że nagle człowiek znalazł się w górach. Idzie się bowiem wąwozem wzdłuż wartkiej rzeki Sajny. Bardzo polecam taki krótki spacer.
W Kętrzynie również obejrzeliśmy wystawę na Zamku, jak również zrobiliśmy zakupy w galerii rękodzieła mieszczącej się na zamkowym dziedzińcu a wystawiającej przedmioty wyrabiane ręcznie przez osoby ze Stowarzyszenia Konik Mazurski http://www.konikmazurski.pl/ 
O tej galerii wiedziałam od znajomej i kiedy teraz postanowiliśmy pojechać tu, gdzie byliśmy, podpytałam Ją jeszcze o namiar na galerię i nie żałuję bo bardzo ładne przedmioty tam są i nie drogie a fajne bo polskie a nie chińskie, pamiątki można przywieźć sobie i bliskim.
A w ogóle to pierwsze zakupy na wyjeździe jakie w ogóle zrobiliśmy to w ...księgarni w Kętrzynie:) Niespodzianka, prawda?  
Byliśmy też na chwilę w Mrągowie, gdzie tradycyjnie przeszliśmy się nad Czos i popodziwialiśmy to, co teraz na topie podobno i modne czyli ten Flyboard, o którym najpierw usłyszałam w Lecie z Radiem, a potem zobaczyłam nie wiedząc początkowo, że to to, w Mrągowie właśnie.
Jeszcze nawiedziliśmy Park Rozrywki Mazurolandia ale szczerze, to najmniej nam się podobało. Sama idea miniatur zabytków okolicy mazurskiej bardzo fajna i rycerski kącik, ale w sumie uważam, że cena jest nieco niewspółmierna do tego, co się otrzymuje tak więc nie pojechałabym tam już więcej.

 

wtorek, 16 sierpnia 2016

...jeśli nie z raju to z jego przedpokoju :)

Powiem a raczej napiszę tak, pierwszy raz chyba zdarzyło się, że to co zastaliśmy okazało się o wiele lepsze niż to, czego się spodziewaliśmy po zdjęciach oglądanych wcześniej w internecie i opiniach o tym miejscu czytanych.
Albowiem, jak mówi nie stare przysłowie pszczół , a moje własne, serdeczności i domowej atmosfery, nie odda się na żadnym, nawet najpiękniejszym zdjęciu. To trzeba przeżyć.
Porzuciliśmy hotele i resorty na rzecz pensjonatu, i to okazała się świetna decyzja. Albowiem czuliśmy się tam nie gośćmi hotelowymi co gośćmi ale przyjaciółmi domu.

Gospodarze i ich pracownicy, którzy są ze sobą na zasadzie mocno przyjacielskiej związani, robią wszystko aby zamieszkujący u nich goście czuli się jak najlepiej. I nie ma różnicy czy gość jest na jedną noc (a bywali tacy, "w drodze") czy na więcej, jak my. 

Objadaliśmy się nieprzytomnie ale też jest to zasługa pani E., która swoją kuchnią z palcem nie wiem gdzie (pani gotująca to raczej nie powinna w nosie :) ) wygrałaby wszystkie konkursy z mistrzami kulinarnymi w tytułach.
Objadaliśmy się też bo pierwszy raz od dawna serwowano nam naprawdę domowe jedzenie w dwustu procentach. Kury znoszą tam jaja, warzywa są albo z ich ogrodu albo z ogrodów pracowników. Możesz sobie urwać ogórka lub pomidora jeśli masz na to chęć i nikt ci tego nie wyliczy.

Jasiek, o czym wspominałam w pierwszym wpisie o wakacjach, wdrożył się w życie wiejskiego gospodarza i dylał z właścicielką po jaja wieczorem. Super było Go obserwować gdy pewnym ruchem sięgał po latarkę, którą zabierali aby odkryć jaja poukrywane w najrozmaitszych miejscach.

Miejscówka znaleziona nieco przypadkiem przez P. po tym nieudanym wyjeździe czerwcowym okazała się zadośćuczynieniem i dodatkowo, zyskaliśmy kawałek "swojego miejsca na ziemi", do którego , to wiemy wszyscy, chcemy powrócić na pewno. Zrealizowałam swoje do tej pory niespełnione ale już od teraz tak, marzenie o wakacjach na prawdziwej wsi. Wiem,wiem, że są osoby, które taki wyjazd nie za granicę a na polską wieś, uznałyby za nudny ale jak to dobrze, że dla każdego jest możliwość tego, co mu sprawia przyjemność, dzięki temu w miejscach takich ja to, w którym byliśmy, nie ma (jeszcze, jak się obawiam!), tłoku.

Stali czytelnicy mojego blogu wiedzą jak czytałam i zachwycałam się "Siedliskiem", książką napisaną przez Janusza Majewskiego na podstawie scenariusza to serialu pod tym samym tytułem. Potem zachwycił mnie i serial. 
I po tym wyjeździe wiem jedno, tak, jak marzyłam, czytając i oglądając wtedy, znalazłam "moje" Siedlisko... 

sobota, 06 sierpnia 2016

...z Warmii, z wakacji, które w dzieciństwie stanowiły moje niespełnione wówczas marzenie,czyli wakacji na wsi.

Mamy tu u gospodarzy pełen zwierzyniec bo i drób wszelakiej odmiany jak kury, koguty, perliczki, indyczki, gęsi, pawie ale i niezliczoną ilość kotów i  cztery psiaki,które wzięte że schroniska, nareszcie wiedzą co to znaczy mieć prawdziwy dom...Wreszcie wiem co znaczy ta psia radość na widok powracającego człowieka. 

Na terenie posiadłości rosną stare odmiany jabłoni a w tle jest gniazdo bocianie i obecnie dwójka młodych szykuje się do odlotu a rodzice odwiedzają młodzież regularnie. Pierwszy raz mam choć na chwilę "własne" bociany. 

Jak do tego dodam serdeczność i gościnność gospodarzy objawiającą się na przykład w częstowaniu nalewką domowej roboty a także fakt, że Jaś znalazł w  osobie prawie sześcioletniej siostrzenicy gospodarza przyjaciółkę, z którą szaleją całe dnie jak również wypełniają poważne obowiązki jak wieczorne wybieranie jaj z kurnika, zrozumiecie dlaczego nie mam czasu na wiele poza życiem wiejskim :)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

...prognozą czy raczej znakiem jest dla mnie mającej nadzieję na to, że Janeczek też będzie lubił książki i lubił czytać w przyszłości, jest fakt, że pierwszym odwiedzonym przez Niego muzeum była Leśniczówka Pranie ;) Miejsce związane, wiadomo, z Gałczyńskim , tego na pewno nie muszę Wam pisać. 
Co prawda zwiedził to miejsce (sam budynek, bo okolicę dłużej) w tempie dość ekspresowym ale według mnie się liczy. 
A z otoczenia najbardziej Janeczkowi spodobał się umiejscowiony obok budynku pomnik poety.

Leśniczówka Pranie to takie nasze prywatne, obowiązkowe miejsce odwiedzin przy każdej okazji gdy jesteśmy w tamtych stronach.
Jakaś taka dobra energia w tym miejscu panuje ;) No i położenie przepiękne, w samym sercu Puszczy Piskiej.  

 

wtorek, 26 sierpnia 2014

...to głównie ubranka i rzeczy dla Janeczka :)
Widać tak to już jest, że jak się zostaje rodzicem to się obkupuje małoletniego a może my tak mamy, tak czy siak, udało się nam kupić Mu parę naprawdę fajnych ubrań. W Mikołajkach odkryliśmy sklep firmowy Wójcika, firmy, której ubrania dla dzieci naprawdę lubimy i Janeczek, co najważniejsze, też. Była wyprzedaż , z której skorzystaliśmy. W Mrągowie też kolejny sklep dla dzieci i tam udało się nabyć spodnie i bluzę dresową w korzystnej cenie. Z kolei w mrągowskiej drogerii, która miała nie dość, że świetne ceny to i rewelacyjne zaopatrzenie (lepsze niż dwie sieciówki drogeryjne u nas na Kabatach razem wzięte) kupiliśmy Mu piłkę i kredę w super cenie(tak, w drogerii, cóż teraz właściwie oprócz kosmetyków w tego typu miejscach są jeszcze i innego rodzaju towary).

Ja kupiłam sobie sowę z bursztynu (ci, co wiedzą to wiedzą, że uwielbiam sowy, ci co nie wiedzą, to już wiedzą:) i zawieszkę ręcznie wykonaną przez babeczkę sprzedającą swoje dobra w Mikołajkach (z modeliny chyba albo jakowejś masy, nawet nie spytałam w sumie, szkoda) w kształcie groszku (strączku z ziarenkami), z przyczyn osobistych. Ci, co wiedzą o co chodzi, to wiedzą, ci, co nie, to się tym razem nie dowiedzą. 

A same wakacje bardzo udane chociaż nie siedliśmy na pupach, że się tak wyrażę, na pewno nie ma mowy o tym, że ktoś z nas leżał i wypoczywał :) Przy dwulatku najwyraźniej tak jest.
Praktycznie nie czytałam na wyjeździe nic, nawet pism zaległych, które miałam nadzieję, że znajdzie się chwila na nadrobienie lektury. 

Byliśmy w hotelu niedaleko Mikołajek, który miał nieco za mało udogodnień dla najmłodszych (zdecydowanie nasz ulubiony karwieński pensjonat pod tym kątem lepiej się spisuje) ale nie było też najgorzej. Posiadał plac zabaw, który może właśnie dlatego, że nie miał za wiele atrakcji dla zupełnych maluszków, sprawił, że Janeczek podpatrując starsze dzieci rozwinął swoją motorykę w niesamowity sposób.
Plusem było to, że wzięliśmy domek, więc nie słychać żadnych sąsiadów i cisza, spokój. A wyżywienie na terenie hotelu, w dodatku, co na plus zawsze postrzegam, wzięli pod uwagę moją dietę eliminacyjną i spokojnie mogłam się tam stołować (a to dla mnie zawsze duży test na jakość danego miejsca).

Odwiedziliśmy ponownie znajome miejsca (jeździliśmy swego czasu bardzo dużo razy w tamte okolice i w sumie nic nowego tym razem nie odwiedziliśmy). Oprócz Mikołajek, które teraz przeszły naprawdę sporą rewitalizację i które w nowej odsłonie mnie się akurat bardzo podobają, oczywiście Mrągowo. Byliśmy też w Popielnie, w stacji badawczej PAN-u, gdzie jest hodowla Konika Polskiego a które to miejsce zrobiło na Janeczku wrażenie, bo jednego z koników mógł głaskać. Z Popielna też przywieźliśmy ubiorowy prezent dla Janeczka bo t-shirt oczywiście, bo jakżeby inaczej, z motywem Konika Polskiego z mamą. Do Popielna popłynęliśmy promem, co samo w sobie jest przyjemną atrakcją a i skraca drogę.

Byliśmy też w Wojnowie gdzie są dwie cerkwie. jedna współcześnie wciąż odwiedzana, druga to zmieniona w muzeum , a raczej nie cerkiew a klasztor Staroobrzędowców.

Są dwa miejsca, w które chciałabym pojechać ale już ze starszym Janeczkiem. Kadzidłowo , w którym niestety, ale nie da się poruszać z dziecięciem w tym wieku (a już z wózkowym to w ogóle sobie nie wyobrażam) i Kosewo, w którym też jest stacja badawcza PAN-u i do której nawet dotarliśmy. Podobnie jak w Popielnie są tam trasy, z przewodnikiem (w Popielnie odwiedza się nie tylko Koniki Polskie). Jednak względy praktyczne i tradycyjnie już na wakacjach przesunięta na wcześniejszą godzinę drzemka Janeczka sprawiła, że tę przyjemność zostawimy sobie na przyszłość, jak już chłopak będzie miał z tego naprawdę przyjemność.

Pogoda, cóż, była ok chociaż, zgodnie z tym, co powiedziałam do mojej narzekającej na upały ciągnące się przez koniec czerwca i lipiec, Mamy, oczywiście upały skończyły się prawie zaraz jak dojechaliśmy na wakacje. W mieście taka pogoda uciążliwa, nad wodą nie, więc może szkoda, że trochę cieplej nie było, tym bardziej, że pamiętamy z P. sierpnie (chociażby ten sprzed trzech lat gdy odwiedziliśmy Kotlinę Kłodzką) gdy było bardzo gorąco właśnie w końcówce miesiąca.

Teraz pozostaje wdrożyć się w tak zwaną codzienność.

ps. dopiero dziś uświadomiłam sobie, że wymieniając miejsca, w których byliśmy, zapomniałam o jednym z naszych ulubionych przecież, czyli Leśniczówce Pranie :)

niedziela, 16 czerwca 2013

...jak to omówiliśmy na wyjeździe, im mniej oczekiwań, tym lepsze realia i tak właśnie się stało. Jechałam bez oczekiwań, że to, że tamto, bez spinki i napinki, że muszę, że trzeba, że wypada.

Było wspaniale i jestem szczęśliwa, że te pierwsze wspólne wakacje z Janeczkiem były takie właśnie i że akurat nad morzem, nad którym sama w dzieciństwie spędziłam najpiękniejsze urlopowe chwile. To był dobry czas pełen czasu dla siebie wzajemnie, dla Syna, dla Przyjaciół, dla rozpieszczenia swoich potrzeb a propos wypoczynku tak jak się chce a nie tak, jak być może ktoś inny to sobie wyobraża.

To był dobry czas naładowania się pozytywną energią, czerpaną od kontaktu z Najbliższymi, Przyjaciółmi. To był też czas spotkania w drodze powrotnej z wstyd przyznać aż jak daaawno nie widzianą Rodziną i te ponad dwie godziny wspólnego obiad, takiego rodzinnego, ciepłego, pełnego śmiechu i dobrych wspominek, to też naładowało mnie niezwykle pozytywnie. Zapomniałam już jak u Wujków zawsze jest ciepło, serdecznie i jak Ciocia zagarnia w to ciepło wszystkich bez wyjątku powodując, że nikt, nawet największy mruk czy ponurak nie jest w stanie temu ciepłu się oprzeć.

Pogoda nad morze dopisała REWELACYJNIE. Naprawdę, lepszej nie mogłam sobie wymarzyć. Prosiłam jedynie o brak deszczu i niekoniecznie nawet upały, dostałam dwa przecudnej urody tygodnie. 
Publicznie ogłaszam, że powszechne narzekania na pogodę nad Bałtykiem są nadmiernie przesadzone. I spełniło się to, co mówi moja Przyjaciółka a mianowicie, jak jechać nad polskie morze to POZA sezonem, a dwa, na mapach pogody zawsze pogoda nad Bałtykiem jest gorsza niż jak tam siedzisz i odczuwasz na własnej skórze.

Karwia ma przepiękną plażę, piękny las do spacerów i świetne (ach Kabaty, możecie sobie o tym pomarzyć) chodniki z podjazdami dla wózków dla dzieci czy osób niepełnosprawnych, które tam widzieliśmy.

Moja Świętej Pamięci Ciocia Jagoda mawiała (całkiem serio) "każdy ma taki urlop na jaki sobie zasłużył". Nasza Trójka zasłużyła sobie najwyraźniej na wspaniały wspólny czas.

poniedziałek, 03 czerwca 2013

...przesyłam:)

Pogoda na razie całkiem znośna. W weekend było zupełne lato, wczoraj nawet widzieliśmy kąpiących się w lodowatym Bałtyku:) odważni albo z klubu Morsa. Dziś chłodniej ale nie jest źle.

Pensjonat bardzo fajny, świetnie wyszukała moja Przyjaciółka. Adresowany dla rodzin z dziećmi, więc jest w nim  sporo udogodnień. 

Plaża faktycznie piękna ze złotym drobnym piaseczkiem. Dziś tak rozmawialiśmy, że gdybyż się dało połączyć ciepło Morza Śródziemnego z pięknymi plażami nadbałtyckimi to byłoby wspaniale.

No i jest jod, po który tu przyjechaliśmy, to bezcenny skarb. 

Janeczek znosi te wszystkie nowości bardzo pozytywnie, aż się dziwimy bo myśleliśmy, że będzie Mu ciężej. Począwszy od drogi, którą zniósł świetnie (spał praktycznie cały czas). Sypia też (ale to jak zwykle) wspaniale na spacerach a i nam się to przydaje bo łazikujemy po kilka godzin dziennie. Jest tu piękny las, w sam raz dla mnie, bo mocno iglasty. Za to po takiej ilości tlenu, jodu i spaceru mam ciągłe uczucie głodu (niestety, w naszym pensjonacie dają wspaniałe tiramisu:)).

Wczoraj Janeczek poznał kolegę czyli synka mojej Przyjaciółki. Na razie głównie wpatrywali się w siebie ale żadne konkretne słowa nie padły. 

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę dobrego , spokojnego tygodnia!

Tagi: Karwia
21:32, chiara76 , podróże
Link Komentarze (19) »
wtorek, 20 września 2011

...do poszczególnych wpisów dotyczących wakacji w Kotlinie Kłodzkiej i okolicach. Zapraszam więc do przypomnienia sobie ich wraz z poznaniem fotek. 

A na zachętę zdjęcie owiec, które przybyły na wypas z Gubałówki...Grzecznie trzymały się sugerowanych prędkości;)

owce z Puchaczówki

poniedziałek, 05 września 2011

...Ząbkowice Śląskie, które odwiedziliśmy za sprawą chęci zobaczenia najprawdziwszej Krzywej Wieży swego czasu nosiły nazwę Frankenstein. Po nazwie pozostał cykl imprez "Weekend z Frankensteinem". Samo miasto jest bardzo ładne. Ogromnie mi się podobało. Sporo wyremontowanych kamienic, bardzo elegancki rynek z kawiarnianymi ogródkami, sporo fajnych sklepików i jacyś tacy uśmiechnięci i zadowoleni ludzie. Przynajmniej takie odnieśliśmy po wizycie w Ząbkowicach Śląskich wrażenie. 
Najpierw na chwilę poszliśmy zobaczyć ruiny zamku, które niestety, nie są do zwiedzenia a i ta część najmniej atrakcyjna się wydaje, jest bowiem nieco zaniedbana a otoczenie dość zaśmiecone wręcz. Następnie poszliśmy zobaczyć Krzywą Wieżę a wcześniej podziwialiśmy średniowieczny Kościół Świętej Anny. Krzywa Wieża jest super i naprawdę jest krzywa,a jej nieprawidłowość właściwie jak dotąd chyba w stu procentach nie została wyjaśniona tak do końca. Tak przynajmniej gdzieś tam wyczytałam. W każdym razie wieża, chociaż krzywa, ma się bardzo dobrze i stanowi niewątpliwą atrakcję miasta. A poczytać o niej można tu.

Następne podjechaliśmy do Kamieńca Ząbkowickiego (co oni z tymi odniesieniami do zębów w tych nazwach, hmmm...), gdzie podziwialiśmy, niestety, wciąż z zewnątrz, (piszę "wciąż" bo jak tam byłam ostatnio 13 lat temu to też nie było możliwe wejście do środka) neogotyckie założenie pałacowe projektu nie kogo innego a samego Karla Friedricha Schinkel'a. Owo założenie w tym roku podobało mi się o wiele bardziej, niż kiedy widziałam je te naście właśnie lat temu. Nie bez znaczenia jest fakt, że teraz mogłam podziwiać go dla własnej przyjemności i w miłym towarzystwie;) Tak czy inaczej naprawdę jest to ciekawe i interesuje mnie, jak w końcu potoczą się losy tego miejsca, bowiem z tego, co się orientuję w grę wchodzą jakieś sprawy czy to spadkowe czy ogólnie rzecz biorąc nowego właściciela, w każdym razie coś tam jest mocno zagmatwane a szkoda, że w wyniku tego nie można po prostu zwiedzić interesującego miejsca (i mówię to ja, która nie przepada za neogotykiem). Niestety, wciąż jedyną formą zobaczenia wnętrze pozostaje internet, jak chociażby wikipedia.

W Kamieńcu jest również zespół pocysterski, ale nie planowaliśmy nawet go zwiedzać.

Wspomniałam nazwisko architekta Schinkel'a i dobrze, że padło ono w tym momencie, bowiem to jego autorstwa jest również kolejna rzecz, o której będę pisać, a mianowicie odnowiony obecnie Stary Wapiennik w Starej Morawie, gdzie już wracamy w okolice samego Stronia Śląskiego.
To arcyinteresujące dla mnie miejsce, a więc chcę chwilę mu tu poświęcić. Po pierwsze, Stary Wapiennik jako przecież miejsce kiedyś z założenia użytkowe, pokazało jak kiedyś nawet przedmioty, miejsca użytkowe, potrafiono zdobić czy stworzyć z nich wręcz dzieła sztuki. Pochylmy nad tym głowy. Po drugie, miejsce to teraz jest ciekawe, gdyż jest w rękach prywatnych.
W latach siedemdziesiątych zainteresowała się Wapiennikiem małżeństwo poznańskich artystów, Państwa Rybczyńskich. Początkowo chcieli go tylko odnowić, z czasem wapiennik nimi "zawładnął" , że się tak wyrażę. Obecnie jest to ich mieszkanie, siedziba, a również prowadzona przez Państwa Rybczyńskich Galeria Sztuki, Wapiennik Łaskawy Kamień, w której to mają miejsce rozmaite przedsięwzięcia artystyczne. 

Wapiennik można zwiedzać, podobno najlepiej umówić się telefonicznie, my podjechaliśmy chcąc zrobić jedynie zdjęcia a okazało się, że pani Erna jest akurat "wolna", więc zaczęła nas oprowadzać, potem doszli jeszcze inni państwo i przejął naszą grupę syn państwa Rybczyńskich. Jest to muzeum, więc uprzedzam zainteresowanych, że zwiedzanie oczywiście jest za opłatą, ale według mnie warto. Ja samego wnętrza nie widziałam, P. wszedł na górę wraz z grupą, ja zaś podziwiałam przepiękny Ogród Japoński, który stworzyli nieopodal właściciele. I który ma widok na Fuji. A tak, właśnie;) szczegóły dla tych, którzy to miejsce odwiedzą, dowiecie się wszystkiego... Jest po prostu bajeczny. Synowa właścicieli zajmuje się sztuką wschodu, tworzy rozmaitości z papieru czerpanego. Ja nabyłam dla siebie ciekawy lampion z tegoż papieru właśnie, który teraz tworzy przemiłą atmosferę i przypomina mi o tym ciekawym miejscu jak również gdzieś tam myślami przenosi do Kraju Kwitnącej Wiśni. 
W Wapienniku można też nocować, szczegóły oczywiście na stronie miejsca. 
Dla mnie z racji zainteresowań ciekawe było też pokazanie wnętrza pracowni graficznej państwa Rybczyńskich, stare maszyny graficzne i to, co można z ich pomocą wyczarować, budziło wyobraźnię. Może to nie do końca znane miejsce na trasie zwiedzania tej części Polski, ja bardzo polecam. 

O Wapienniku można jeszcze poczytać i tu.

 

Krzywa Wieża w Ząbkowicach Śląskich

Mówiłam, że chciałam do Czech? No, chciałam. No i byłam;) 

Po tym jakże lakonicznym wstępie coś więcej. Pierwotnie w planach był Broumov. Bo Broumov naprawdę jest wart odwiedzenia, polecam osobom, które będąc w okolicach zastanawiać się będą nad jego odwiedzeniem. Jednak pod koniec pobytu pogoda zrobiła się bardzo już letnia i zwyczajnie nie chciało mi się jechać (mimo klimy w aucie) godzinę z kawałkiem w jedną stronę. Miałam ochotę spędzić ten "czeski" czas na jakimś bardziej lenistwie, niż ganianiu po niewątpliwie ciekawych zabytkach. 

No i udało się tak spędzić. Shalu podsunęła nam pomysł pojechania do Javornika. Dojeżdża się od strony Lądka Zdroju przez przejście graniczne w Lutyni i zaraz po przekroczeniu granicy polskiej wjeżdżamy na dobrą nawierzchniowo drogę, która najpierw wiedzie nas na Travną a potem do Javornika właśnie. Bezsprzecznie największym zabytkiem Javornika jest zamek-Janski Vrch, który to pełnił rolę letniej siedziby biskupów wrocławskich. Są w nim oczywiście oprócz ciekawych mebli, ceramiki, przedmiotów artystycznych, ciekawa kolekcja, a mianowicie jedna z największych (o ile nie największa, jeśli dobrze pamiętam) kolekcji fajek. Naprawdę niektóre z nich to istne cacka. 

Są dwie trasy zwiedzania, my trochę przypadkiem wybraliśmy tę krótszą, ale nie szkodzi, był czas na dobry obiad z piwkiem (od razu uprzedzam, tak,tylko ja piłam, bo P. kierowca a i nie jest wielbicielem piwa). Za wejście na Zamek można płacić w złotówkach, suwenirki czy pocztówki już trzeba opłacać w koronach, trochę szkoda, bo nie mieliśmy. 
O zamku można poczytać tu. 

Wspomniałam już o dobrym jedzeniu, które to zadowoliło moje podniebienie w restauracji Taverna, która jest nieopodal rynku (zresztą całe miasteczko naprawdę jest niewielkie).  Zrobiłam tam sobie prawdziwą ucztę dla podniebienia z obowiązkowym oczywiście smażonym serem. Pycha;)
A w ogóle, to okazało się, że znam zaskakująco sporo piosenek czeskich (hm, niektóre jeszcze z czasów Czechosłowacji:). Pamiętacie Holki z naszej szkolki?:) 


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
O autorze
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...