Subiektywne myśli o świecie i mojej największej pasji czyli książkach. Publikacja materiałów z tego blogu jedynie za moją zgodą.
piątek, 30 lipca 2004
Następnego dnia postanowiliśmy zwiedzić nieco Retymnon, o któym to mieście przed wyjazdem słyszeliśmy jedynie same dobre rzeczy i opinie, a to, że ma piękny port z latarnią morską, a to, że ma mnóstwo przepięknych budowli weneckich i tureckich, no i że koniecznie trzeba zobaczyć Stare Miasto nocą.
Nie wspominając o Twierdzy Weneckiej górującej nad miastem, która to podobno jest największą twierdzą wenecką w Europie.
Twierdza, rzeczywiście wielka, z tym, że pozostały mury okalające ją jedynie. Za to, kiedy się tam już wdrapiesz (nie jest trudno), to widoki rzeczywiście z niej piękne, szczególnie na morze i bezkresną dal.
Trzeba również przyznać, że chyba rację mają przewodniki mówiące, że w założeniu w twierdzy mieli móc się schronić wszyscy mieszkańcy miasta Retymnon.
Po zwiedzeniu twierdzy postanowiliśmy zajrzeć do Muzeum Archeologicznego, które znajduje się dosłownie naprzeciwko twierdzy. A potem ruszyliśmy poszwędać się po wąskich uliczkach Starego Miasta (mijając po drodze Tawernę o wdzięcznej zaiste nazwie "Melina", mam zdjęcia, że nie oszukuję, ciekawe, co to znaczy po grecku nawiasem mówiąc).
Stare Miasto w upalny dzień było wręcz pustawe, a my zapędziliśmy się już w jego nieturystyczną część, więc mijaliśmy domostwa z pootwieranymi często drzwiami na tyły domu i chyba to była pora przyrządzania obiadków przez kreteńskie panie domu, bo z każdego domu dobiegał mnie odgłos działań kuchennych, ale także i inny charakterystyczny i rozpoznawalny dla wszystkich monotonny głos lektora, od razu wiedziałam "Czyta telenowelę:)" Spacerując i podkładając udawane dialogi w stylu "Jose Eduardo, ależ kocham cię ze wszystkich sił", przemierzaliśmy uliczki starówki. Na zewnątrz domów wystawione były kwiaty, rośliny, dużo kaktusów, a my zaczęlismy być głodni, bo nasze nosy drażniły zapachy smakowitości, jakie panie domu szykowały na wieczór. Postanowilismy więc powrócić do nas.
Wieczorem poszliśmy zapoznać się z Panormo. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zwykle jadąc gdzieś unikamy wielkich ośrodków turystycznych zdając sobie sprawę z faktu, że z prawdziwością danego miejsca niewiele one mają wspólnego. Tym razem wybraliśmy miejscowość, która według wszystkich źródeł miała być typową małą grecką miejscowością. Taką też się okazała. I ucieszyło nas to. Nie mieliśmy mnóstwa sklepów, ale było kilka pamiątkarskich, parę tawern, za to był piękny porcik z rybackimi kuterkami, stadko kotów i mnóstwo tubylców siedzących na progu domostw i albo prowadzących interesy jako właściciele sklepików, czy tawern, albo odpoczywających i przyglądających się turystom. Bardzo ładne to jest miasteczko, ma niską zabudowę małych kamieniczek dwupiętrowych, ale z mapy, jaką sobie poczytaliśmy, wynika, że szkoły tam są, nawet miejscowe liceum. Nie ma za to apteki, co nas trochę zmartwiło, bo tam dokupujemy na ogół smarowidła do opalania (skutek? zamiana Vichy na Nivea. wynik? poparzona moja twarz, ale zagoiło się juz:)
Nagabywani przez greckie koty o fotkę ruszyliśmy z powrotem do hotelu.
Poproszono mnie o wątek kulinarny. Je się tam, i pije, najlepiej dużo greckiego winka:) Ja zakochałam się w kalmarach i teraz to chyba jedna z moich najbardziej ulubionych potraw, ale oczywiście nie pogardzę i musaką, i faszerowanymi liścmi winogron i rybami (mniam). Ale nadto te greckie słodycze, dla wielu po prostu niezjadalne, bo za słodkie, a ja je kocham. Baklava i wszystkie te wspaniałości oparte na kruchym cieście z rodzaju ciast francuskich, miodzie kreteńskim przepysznym, zmielonych orzechach i migdałach. Nie pytajcie, ile pożarłam tych ciastek, moja waga z pewnością powiedziałaby, że za dużo (i dlatego od powrotu nawet na nią nie weszłam:)
Retymnon wieczorem rzeczywiście jest ładnym miastem (trochę taka Wenecja grecka bez charakterystycznego smrodku kanałów). Wieczorem wypełnia się ludźmi, turystów mnóstwo. Tawerny rozgrzewają się zapraszając gości do wstąpienia i skosztowania czegoś u nich, na pewno najładniej położone są te w porcie i w wąskich uliczkach Starego Miasta. W niektórych jest nawet muzyka na żywo, jeden śpiewak moim zdaniem śpiewał nic greckiego a portugalskie Fado, ale to już moja prywatna refleksja. Sklepy i sklepiki pootwierane i te tańsze z suwenirami i te najdroższe z biżuterią i wspaniałościami za wiele Euro. Przeciskasz się przez ten tłum, ale mimo wszystko nie drażni cię to, przeciwnie, dodaje miastu kolorytu. Obejrzeliśmy fontanne Rimondi, 16 wieczną wenecką loggię, a także pozostałości bramy Goura.
Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzić południową część Krety, plaże nad Morzem Libijskim, a konkretnie jedną plażę, a mianowicie Preveli. Od razu uprzedzam, że zwiedzić klasztoru nam się nie udało , choć wiem, że powinniśmy, innym razem, a teraz trafiliśmy jedynie na plażę, ale takie było założenie.
Już sama droga do plaży jest ciekawa, najpierw jedzie się prostą drogą, wtedy się odprężasz, potem za jakiś czas droga prowadzi cię w góry i wjeżdżasz w cudowny ogromny Wąwóz Kourtaliotiko, wrażenia,no, niesamowite. Wąwóz nazywa się Wąwozem Wiatrów , no i fakt, nie bez kozery, wiało tam tak, że aby zrobić sobie zdjęcie wolałam przytrzymać na głowie czapeczkę, aby mi jej po prostu nie zwiało:)
Nieco dalej dojeżdzasz do źródła strumienia, który niebawem ujrzysz, jak pod postacią rzeki wpływa właśnie przy wspomnianej przeze mnie Plaży Preveli do Morza Libijskiego.
Ale najpierw przy źródle musieliśmy zastanowić się, którą drogą ruszyć, gdyż droga rozgałęziała się na dwa widełki. Pojechaliśmy za jednym z samochodów licząc, że ta z dwóch dróg będzie łątwiejsza (obiema bowiem dociera się na miejsce). Haha, jakież było nasze zdziwienie, kiedy odkryliśmy, że to, co pisali w jednym z przewodników, że jest to droga dla ludzi o mocnych nerwach , nie jest tylko czczym gadaniem, aby zachęcić do wycieczki:)
Droga zwężała się i wiodła wzdłuż przepaści , kierowca mój nie widział tego, co ja widziałam, jako pasażer, a mianowicie ziejącą przepaść:) ale fakt, malownicze to było. No i te góry dookoła. Nic, tylko napawać się widokiem, a nie strachem (choć mijając raz ciężarowy samochód i będąc po zewnętrznej owej drogi nie było nam bardzo radośnie).
Droga wiła się cudownie, czyli zakręty pod kątem 180 stopni!!, więc tylko co pewnien czas widzieliśmy dwa samochody przed nami, wiedzieliśmy więc, że nie sami wybraliśmy tę wspaniałą drogę. Powoli, gdyż zarówno zdrowy rozsądek, jak i nawierzchnia tego wymagały, toczyliśmy się niespiesznie w dół, aby po pewnym czasie dojechać do parkingu przy plaży. Nie, nie Preveli. Tam bowiem musisz dojść po stopniach, ale trzeba przyznać, że po górskiej drodze nic nam już nie było straszne. Ruszyliśmy więc po stopniach w górę, aby za chwilę nimi schodzić i dotarliśmy do Plaży Preveli. Plaża ta jest piękna, gdyż tam właśnie rzeka Megapotamos wpływa do Morza Libijskiego, a wzdłuż rzeki rośnie przepiękny gaj Palm Daktylowych. W tle widać ściany wspomnianego już przeze mnie Wąwozu, widok naprawdę malowniczy.
Acha, ciekawostka historyczna, to z tej plaży przeprowadzano ewakuację żołnierzy alianckich podczas drugiej wojny światowej na okręty podwodne do Egiptu.
Przespacerowaliśmy się wzdłuż tego gaju palmowego rosnącego wzdłuż rzeki i odkryliśmy namioty współczesnych włóczykijów porozstawiane tamże. Popodziwialiśmy turkusowe i ciepłe wody Morza Libijskiego i wróciliśmy do samochodu. Wróciliśmy tą łatwiejszą drogą, nie tą, którą dotarliśmy. Po prostu było już nieco za dużo wrażeń, jak na jeden dzień:)
ciąg dalszy wkrótce...:)
Tagi: Kreta
10:13, chiara76 , podróże
Link Dodaj komentarz »
Kreto witaj, pomyślałam , kiedy postawiłam swoją stopę na terenie lotniska ...i oczywiście pomyślałam, jak zawsze, kiedy tam ląduję "Pachnie osłem"...
godzina byla taka więcej wczesna, bo 8.00, ale byliśmy już tak podekscytowani tym, że znów tu jesteśmy, że zapomnieliśmy o konieczności rannego wstania i wylotu z Warszawy rano. Po przejściu odprawy paszportowej (w naszym wykonaniu pokazanie dowodów osobistych i machnięcie przez celnika ręką, żeby przechodzić), ruszyliśmy do właściwego autokaru, który godzinę miał nas wieźć do naszego hotelu.
Ruszyliśmy , ja bacznie obserwując okolicę, aby w około godzinę potem wjechać do małej miejscowości Panormo położonej 22 kilometry od Retymnonu.
Miejscowości nie zdążyliśmy się za bardzo przyjrzeć, bo autokar już podjechał pod nasz hotel.
Nie muszę opowiadać, że jeszcze tego samego dnia pobiegliśmy na plażę. W Polsce było wtedy 15C (sic!! w LIPCU!!), a my rozkoszowaliśmy się wreszcie ciepłem i słońcem.
Ten wyjazd mieliśmy w planach spędzić zarówno na zwiedzaniu, jak i na byczeniu się na plaży, kto liczył na niekończące się opowieści w moim wydaniu, niestety, musi sam pojechać na Kretę i nadrobić.
Ale, na tydzień wzięliśmy auto i ruszylismy zwiedzać tę część wyspy, jakiej do tej pory będąc już dwa razy na Krecie nie zwiedziliśmy, a mianowicie jej zachodnią część.
W ogóle, to muszę powiedzieć, że świetnie, że choć raz ruszyliśmy się na Kretę w lipcu. Dwa razy byliśmy we wrześniu i wyspa wydawała nam się wtedy bardzo już sucha, mało zielona. Dopiero rok temu na Kos, o podobnej porze roku tknęło mnie, że to pewnie właśnie zależy, kiedy się jedzie zwiedzać. I miałam rację, lipcowa Kreta ukazała nam swoje zupełnie inne oblicze. Wyobraźcie sobie wzgórza pokryte zielonością, a to gajów oliwnych, których jest tam mnóstwo, nawet w wysokich górach rosną, chyba już jakieś samosiejki, bo nie wyobrażam sobie, kto tam sadził drzewka, a to drzew, krzewów i innej roślinności, a do tego ogłuszający wprost odgłos, który uwielbiam. Cykady. Ich głos, to coś, co działa na mnie zawsze odprężająco. Tym razem nagrałam sobie i chyba skomponuję indywidualną płytkę relaksacyjną, jak mi będzie w zimie źle, to sobie włączę lampę nagrzewającą, puszczę cykady (i tylko ouzo brak, ale nie szkodzi, bo mi nie smakuje:)
No, ale do rzeczy, tak więc tym razem Kretę zielona i znacznie bardziej bujniejszą ujrzeliśmy, choć jak zawsze nad tym sielankowym krajobrazem zieloności i cykania cykad i lazurowej wody majestatycznie górują wzgórza gór...tym razem dobrze poznaliśmy , co to są kręte, górskie drogi Krety i choć chwilami było dramatycznie (dobra, po prostu strasznie:), to i tak było świetnie.
Muszę również przyznać, że tegoroczne zwiedzanie oprócz poznawania pięknych miejsc miało, przynajmniej według mnie , nieco wręcz martyrologiczny wydźwięk. Otóż zwiedzaliśmy dużo miejsc naznaczonych wręcz krwawą historią mieszkańców Krety. Głównie dotyczyło to krwawej okupacji tureckiej, ale także inwazji Niemców. Tak, czy siak, czasami łza zakręciła mi się w oku.
Pierwszego dnia wyruszyliśmy do Jaskini Melidoni. Jest ona właśnie takim historycznym dla Kreteńczyków miejsce. Według mitów zamieszkiwał ją Talos, ale teraz chyba jest ona bardziej znana z tego, co miało w niej miejsce. Otóż kilkaset osób usiłujących się chronić przez Turkami zostało tam zaduszonych, kiedy to oprawcy zastawili wyjście z jaskini i podpaliwszy chrust u wyjścia doprowadzili do zaduszenia się ludzi wewnątrz. Teraz o tym przypomina stojący w jaskini ołtarz upamiętniający to wydarzenie. Sama jaskinia ogromna i robi wrażenie, choć bardzo ślisko jest na stopniach prowadzących w dół, byłam w adidasach i się ślizgałam, a nie bardzo jest się czego przytrzymać schodząc.
Po wyjściu z jaskini ruszliśmy do przeuroczej wioski Margarites, w której chyba wszyscy mieszkańcy zajmują się wyrobem ceramiki :) bez przesady.Każdy dom to włąściwie warsztat garncarski, i często wchodząc widzi się garncarza przy pracy. Odsiewając bzdurki dla turystów można tam naprawdę nabyć piękne przedmioty, które potem przypomną nam w kuchni o Krecie, my nabyliśmy dwa kubki do herbaty i piękny dzban.
Oprócz tego mnóstwo wspaniałości, przepiękne gliniane pitosy (oni używają ich ciągle do dekoracji domów). Bardzo żałowałam, że nie mamy możliwości przywiezienia sobie czegoś do roślin balkonowych, bo naprawdę te gliniane rzeczy pięknie wyglądają. A poza tym jest to przynajmniej coś prawdziwie miejscowego, czym się zajmują od pokoleń, a nie kupiony w sklepiku z pamiątkami suvenir made in China:)
Następnie ruszyliśmy do Moni Arcadi, czyli Klasztoru. Jest to kolejne miejsce obarczone smutną historią. Tu także schronili się przed Turkami Kreteńczycy i tam widząc, że nie wygrają tureckiego oblężenia, zdecydowali się na dramatyczny krok. Zgromadzili się oni wraz z rodzinami w prochowni, odczekując aż zebrało się jak najwięcej wrogich wojsk i wysadziło w powietrze.......to wydarzenie stało się impulsem do zwrócenia wreszcie oczu Europy na sytuację Krety po okupacją turecką.
W klasztornym muzeum jest Ikona Marii z Dzieciątkiem, świadek tamtejszych wydarzeń, ocalała z wybuchu. W muzeum są również inne zebrane eksponaty takie jak naczynia i szaty liturgiczne, jest też coś, co spowodowało, że łza spłynęła mi po policzku. jest to fragment grubego warkocza, może jakiejś młodej dziewczyny, może dorosłej już kobiety, która wolała zginąć, niż oddać się w ręce wroga.......
Po wyjściu trafia się do małej kaplicy, w której zgromadzono czaszki ofiar, to też robi przygnębiające wrażenie.......
Mieliśmy już dość jak na jeden dzień i wróciliśmy do hotelu.
Tagi: Kreta
10:12, chiara76 , podróże
Link Komentarze (3) »

Witam, niektórzy z Was znają mnie z forum na Gazecie, to właśnie ja, Chiara76. To mój pierwszy wpis, więc trochę z niepokojem patrzę, co będzie się działo dalej:)

Czy się uda? Zobaczymy. Mam nadzieję, że tak, bo chciałabym się tymi moimi podróżami podzielić z większą ilością osób.

Na moim blogu będę opisywać głównie podróże, choć nie tylko. Podróże jednak to jedna z moich największych pasji życiowych. Dają mi one siłę i motywują do działań. W czasie moich podróży interesuję się zarówno zabytkami, jak i ludźmi (kto wie, czy tymi nie bardziej:), przyrodą, stylem życia mieszkańców, ich obyczajami.

No, to do dzieła:) 

09:41, chiara76
Link Komentarze (11) »
| < Lipiec 2004 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
O autorze
Zakładki:
Moja Strona na
email
Czytam
Czytam blogi książkowe
Ulubione filmy
Ulubione wydawnictwa
Warte odwiedzenia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...